Na Szlaku · ochrona · Sztuka to z dzieciakiem · Warmia Mazury

ul. Zamkowa, Orneta

Część 1.:     https://kierunekzwiedzania.blog/2019/06/14/obecnie-w-ruinie/

Desktop2

– Poprosimy dwa razy śmietankowe, płatność kartą  – spełniam obietnicę – Niestety, tylko gotówka. Szlag to….zaklinam w duchu. – O nie  i co teraz? – Mikołaj wykrzywia buzię w grymasie i zaczyna litanię – już nigdy w życiu nie zjemy lodów, nie mamy pieniędzy i nie możemy kupić już niczego, dlaczego dałaś… Dalej nie słucham, zaczynam się rozglądać po rynku. Szyld sklepu spożywczego natrętnie wybija się pod malowniczymi arkadami, idziemy. Oto urocza Orneta, którą czasem widywałam przez okna rozklekotanego i nagrzanego PKS-u. Siedziska wysłane zużytą tkaniną przesiąkniętą dymem popularnych papierosów do tej pory wracają do mnie zapachem, który mogę odtworzyć w pamięci na zawołanie. Jednak widok Ornety był za każdym razem tak samo zachwycający a kwaśny posmak w ustach z powodu krętych tras nie mógł tego zmienić.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

– Te dwa lody i zapłacę kartą – mówię. Pan za mną sapnął zirytowany. Wygląda na to, że nikt tu nie płaci kartą i moje pytanie jest absolutnie nie na miejscu. Jakbym wyrzekła się publicznie jakiejś rytualnej czynności, odrzuciła wielopokoleniową kulturę zakupów a tradycja tkana od pokoleń została przeze mnie przerwana. Tylko widzicie państwo, zazwyczaj się słyszy: nie wydam, no nie wydam! Nie mam! Kartą nie może pani?Od 20 zł – stanowczo stwierdza pani ekspedientka. Jesteśmy gdzieś w tym samym wieku, ale dźwięk jej głosu zagrzmiał tak silnie nad moimi myślami, że rozgonił je raz a dobrze. Robimy więc większe zakupy, a pani wygląda na zadowoloną więc zagaduję: czy jest tu w Ornecie zamek albo był? – staram się przybrać miły i wyluzowany ton żeby absolutnie nie wyczytała z mojej twarzy, że kiedyś uczono mnie o Ornecie tylko niewiele z tego pamiętam – coś mi się kojarzy, że powinien być, ale padł mi telefon, jesteśmy przejazdem…– tłumaczę się i robię minę pt.: „wie pani”. Przez chwilę mam wrażenie, że ekspedientka jest moim profesorem, który dokładnie omawiał zabytki miasteczka ale zapamiętałam tylko dekoracje fasady kościoła, rzygacze o niepokojącym obliczu i jakieś majaki dotyczące zamku i czuję jak płonę ze wstydu. – Zamek hmm ale to daleko, na piechotę to pani nie dojdzie. Ostatni raz to nie pamiętam…może w szkole, mała byłam ale nie, chyba nie mamy – zmieszała się dziewczyna. I kto tu kogo przyłapał? Dzieci dobierają się do lodów, zwykłe rożki ale jak widzę im to nie stanowi różnicy. Zaczepiam zakochaną parkę – czy jest tutaj jakiś zamek? – Zamek? nie wiem ja z Lidzbarka to nie wiem, niech pani kogoś starszego zapyta, bo my to nie wiemy, za młodzi jesteśmy. I właśnie nieświadomie doczepił mi łatkę staruchy, bo w końcu biegam dla rozrywki po zamkach. I proszę, wszyscy narzekają że ludzie w telefony zapatrzeni, ale bez internetu niczego się nie dowiesz. Kogo by tu zaczepić…? Idzie kobiecina, dwie siaty w rękach utrzymujące balans. Kołysze się na opasłych biodrach to w lewo to w prawo. Obraz kobiet się tutaj nie zmienia, tak często wyglądały niektóre mamy i babcie gdy byłam mała. Zaczepić, nie zaczepić? Biedna dźwiga te torby… –Przepraszam panią czy był albo jest tu jakiś zamek? Nie sprawdziłam wcześniej a mam wrażenie… –  kolejny raz wyrzucam z siebie wszystkie słowa. – Nieeee kochana, my tu w Ornecie zamku nie mamy, tylko ten rynek – przerywa. – I nic tu nie ma? – upewniam się. – Już mówiłam, nie mamy. Jakoś nie wierzę, przecież musi coś być. Powerbank odratował mój telefon na tyle, że może dam radę cokolwiek sprawdzić. Pani się dalej zastanawia ale chyba bardziej mi się przygląda. Wpisuję: ORNETA ZAMEK. Pozycja pierwsza: Orneta – średniowieczny zamek biskupi (zniszczony). Pani pyta: o! a gdzie to ma niby być? – Ulica Zamkowa – czytam – to daleko? – Nie, to ta tutaj – wskazuje siatką wypchaną warzywami malowniczą uliczkę obok nas. – Czyli to może w szkole było? – pyta zdziwiona. Faktycznie, szkoła postawiona na fundamentach dawnego zamku, ale w samej szkole widać o tym nie uczyli. Ale jest!

SAMSUNG DIGITAL CAMERASAMSUNG DIGITAL CAMERA

Pięknie. Ta uliczka – kadr z filmu „Wenecja”. Przysiedliśmy na murku, wszystko buduje się tu na pewną nastrojowość. Powolność tygodnia, mieszkańcy, kamieniczki, obdrapane tynki i przy tym wszystkim góruje nad miasteczkiem filmowa atmosfera. Zabytkowa plebania przy kościele gdzie ksiądz zaparza ziele mniszka. Mały domek szachulcowy ze spadzistym dachem, który pamięta stukot słynnych furmanek z lokalnej fabryki. Obdrapany drewniany baranek na fasadzie i legendy o Lilianie pochowane w zakamarkach. Dziś w starej synagodze mieszkają ludzie. Na rynku w barokowej wieżyczce drzemie najstarszy na Warmii dzwon. Powoli zbiera się na deszcz. Najbardziej znane z Ornety są dekoracje fasady. Wiśniówki i zendrówki mienią się gotykiem. Gotyk ceglany miał to do siebie, że dekorację architektoniczną tworzono także z cegieł, które były głównym materiałem budowlanym. Można je podziwiać głównie na elewacjach, a ta z Ornety zasługuje na wyróżnienie. Cegłę można było formować w celach dekoracyjnych już na samym początku. Kościół nie tylko posiada wspaniały fryz ale i kaplice boczne z najeżonymi szczytami. Pamięta wojny i pożary które rzygacze, piękne gargulce, maszkarony opluwały wodą opadową. Przeplatają się wzajemnie stare kamienice i nowi powojenni ich mieszkańcy. Nad dachami snuje się z dymem pewien rodzaj melancholii, smutku post-pokoleń. Kiedyś szły tu cygańskie kolorowe wozy Wajsów, a potem nagrywano „Papuszę”. Oglądam mury szkoły. Wędruję wzrokiem po starych cegłach. Zamek miał nietypowy kształt, nieregularny ze względu na ukształtowanie terenu. Różnił się więc na tle innych założeń krzyżackich na terenie Warmii. A cóż to? Drzewo? Na dachu? I teraz grzmią w uszach słowa profesor Rouby. Profilaktyka! Profilaktyka moi drodzy! Drzewo usadowiło się jak bocian na szczycie. Czas na nas, ruszamy w dalszą podróż. Czy wszyscy tu zapomnieli o ulicy Zamkowej, która zapuszcza korzenie w głąb murów dawnego zamku?

ornetaSAMSUNG DIGITAL CAMERA

Cegły układane są według różnych wątków. Główka – wozówka – główka to typowo polski układ. Ceglana dekoracja może występować także ze względu na wykorzystanie cegieł w różnym stopniu jej wypalania. I tak rozróżniamy np. wiśniówkę o intensywnym czerwonym odcieniu czy zendrówkę wypalaną aż do zeszklenia.

Post-pokolenie to termin który określić można także słowem „postmemory” i opisuje związek jaki „pokolenie po” osobiście zmaga się ze zbiorową i kulturową traumą wcześniejszych pokoleń. Temat często wykorzystywany w sztuce w stosunku do doświadczeń, które nowe pokolenia „pamiętają” tylko dzięki historiom, obrazom i zachowaniom wśród których dorastali. Ale te doświadczenia zostały im przekazane tak głęboko i uczuciowo jakby wydawały się same w sobie wspomnieniami. Dotyczy np. zmiany rzeczywistości pod wpływem Holocaustu i traumy jaką wywołała wojna.

20190705_143410

  • Uliczki i kamienice Ornety posłużyły jako plan filmowy do filmów: „Wenecja”, „Papusza”, „Róża”. Nieopodal leżące Krosno, także można zobaczyć w filmach.

https://kierunekzwiedzania.blog/2019/03/11/dwory-i-palace-dawnych-prus-wschodnich-2-jedzmy-wracajmy/

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

  • kadr z filmu „Papusza” przy pałacu w Słobitach

 

Muzeum Otwarte · Sztuka to z dzieciakiem

Kipiące gary

Do licha! Co to za skansen? Pierwsza wizyta we lwowskim skansenie łączyła w sobie wiele skrajnych odczuć. No cóż, prowadzić muzeum to trudna sztuka, zwłaszcza gdy brakuje dofinansowania i pomysłu. Wylane betonem wnętrza chat raziły w oczy, a brak zbudowanej narracji nie pomagał w ocenie muzeum. Ale chwileczkę… Były tam pamiętam jednak małe cuda, których daremnie jest szukać u nas. W swojej prostocie wyjątkowe i pozbawione zachodniej sterylności. Stworzyły klimat nietypowy i zabawny, taki jekiego szukamy jadąc na Wschód, ciut niewłaściwy ale prawdziwy.

Lubimy wyłapywać rozety solarne, znaki niemalże magiczne. Powtarzają się często, niemalże w każdym skansenie – tylko trzeba się dobrze rozglądać. Słowiańskie symbole wyryte na belkach i podporach zapraszają do drewnianych chat. Niekiedy rozety są ukryte gdzieś na podwórzu, piecach, a inne wymalowane tuż nad progiem. Skrywają się w zakurzonych herbach rodzinnych i na krzyżach przydrożnych. Dekoracyjne symbole słońca mają z całą pewnością magiczną moc, moc opiekuńczą i uzdrowicielką. Chroniły dom i jego mieszkańców. Pozytywna energia dawnych wierzeń, których echo odzywa się jeszcze. Rozety mają kształt gwiazdy heksapentalnej –  sześcioramiennej, przypominającej kwiat, mandalę. W sztuce najczęściej nazywa się je podhalańskimi czy karpackimi, chyba wiadomo dlaczego?

W drewnianej cerkwii trwają akurat przygotowania do kolejnych świąt. Panie krzątają się sumiennie. Należy zdjąć ozdoby z pisanek i bazi, które dały pierwsze wrażenia wiosny i ozdobić nowymi kwiatami. Pachnie słodko wilgocią drewna. Malutkie wnętrze wypchane zostało czym się da, a to w imię pierwszej zasady przepychu – nie mylić z pychą – czyli  „na bogato”.  Majestatyczną pozę przybrała także Świeta w kapliczce obok. Muzeum rozkwita.  Na głównym skrzyżowaniu, pomiędzy cerkwią a kapliczką tuż przy wydeptanej drodze jest kierunkowskaz zapraszający do restauracji zdje się kozackiej, zrobiony na styl drapieżny. Idziemy za strzałką, taki to nasz KIERUNEK ZWIEDZANIA.

Zza kilku chałup wyłonił się zniewalający widok! Para buchała już z daleka, białe kłęby zamierały na mroźnym wiosennym powietrzu! Na prowizorycznie zbudowanej kuchni, pani w fartuchu mieszała barszcz, grzybową i pierogi. Bulgotały wielkie czarne poprzypalane garnki, dorzucano drewnem do pieca! W słojach na głównej ladzie pozamykane były małe, ręcznie robione słodkie przysmaki obsypane czarnym makiem i domowej roboty kompot. Pobladłe truskawki namaczały się w słodkiej wodzie kusząc smakiem dzieciństwa.  Prywit, gdzie jest menu? – pytam, starając się jak najlepiej wypowiedzieć gardłowe „h” zamiast literki „g”, ale wychodzi mi tylko dźwięk odksztuszania śliny. No nic, pani zrozumiała.  – Ja je menu! A szo potreba? Wsio je… Wzięliśmy więc wszytsko. Pod drewnianą wiatą, przy stole zaścielonym ceratowym obrusem w kwiaty, zajadaliśmy się prawdziwie  smaczną i niech będzie, że kozacką kuchnią. Pomyślałam sobie, że polski sanepid miałby tu co robić! Ucieszyło mnie to jednak ogromnie i poczułam pewnego rodzaju wolność.  Wspaniałą uroczystość dla naszych zmysłów przerwał nam chłopak, który bardziej gestem niż słowem nakazuje zatkać uszy. BUUCH! Z małej armaty wstrzelił pocisk. Z chmary kurzu słychać tylko delikatne pochichrywanie. Oto żywe muzeum… Żywe były też zwierzęta, które całym stadem otoczyły nas w drodze powrotnej. Owce i kozy całkowicie na bogato wyjadały trawę z całego obszaru muzeum – jak kto chciał i lubił, bez ograniczeń. Jedne skrywały się za drzewami, inne paradowały głównymi drogami nie przestrzegając zasad ruchu drogowego. To się nazywa wolność! Owca spojrzała w naszą sronę, baran-wódz zabeczał i poszły dalej za kierunkowskazem…pewnie na kozackie pierogi.