Na Szlaku · ochrona · Warmia Mazury

Wdowy, mężatka i przyszła panna młoda

Zjechałam z trasy i podjechałam na tyły dworu żeby na niego popatrzeć. Wiosna dopiero się zaczynała, ktoś łapał pierwsze promienie słońca odpoczywając w ogrodzie. Wtedy obiecałam sobie, że tu wrócę ale już jako gość. Rok później nadarzyła się okazja. Pojawił się wolny pokój i to w piątek trzynastego! Czyżby dzień tak pechowy, że nikt go nie chciał? Nic jednak nie dzieje się przypadkiem, zwłaszcza gdy obchodzi się tego dnia piątą rocznicę ślubu! I tak staliśmy się gośćmi dworu w Dawidach więc marzyć zawsze warto.

20190914_112340

– Dzień dobry. Cisza. Poruszył się królik w klatce. Z kuchni dobiega jakiś szmer, ktoś się tam krząta. Majątek służył kiedyś jako dworek myśliwski, posiadał więc przestronne pomieszczenie do gotowania, oporządzania zwierzyny i wędzarnię. – Dzień dobry – powtarzam i zachodzę głębiej – mieliśmy na dziś rezerwację – mówię. – Ach tak, przepraszam – pani ociera łzy – już, już chwileczkę i zamiast chusteczki używa rękawa – właśnie kroiłam cebulę, jutro mamy tu wesele. Piękną datę wybrali – pomyślałam i uśmiechnęłam się w duchu. Pogoda jak na zamówienie a to przecież pomyślna wróżba. Słońce ciągnie się już ku zachodowi otaczając dwór ciepłym, jesiennym światłem. Obrysowuje kontury stylizowanych mebli a całe wnętrze nabiera przez to wyjątkowego charakteru. Z kuchni unosi się zapach weselnych potraw. Pora odpocząć od zgiełku i dać się ponieść pozytywnym emocjom. Oto dwór wdów, w tym ja – mężatka i przyszła wybranka. Zapowiada się ciekawie. Czy panna młoda ustawiła już ślubne buty na parapecie aby weszło do nich szczęście?

t43t320190914_113537

Pod nogami skrzypią drewniane schody gdy wchodzimy na piętro. Wszystko jest tu zrobione z drewna. Drewniane drzwi, okna, podłogi i meble. W końcu nasza piąta rocznica ślubu też jest drewniana. Dostajemy klucz do pokoju z widokiem na staw i z przestronną łazienką. Chcemy złapać ostatnie promienie słońca wiec nie tracąc czasu udajemy się na spacer malowniczymi wąwozami. Mijamy bogate drzewostany, buki liczące ponad dwieście lat. To dawni strażnicy dworu, pomniki przyrody. W powietrzu wyraźnie czuć jesień, ktoś pali wrześniowe ogniska. Czerwieni się głóg, pola opustoszały, usychają osty i ta cisza jak makiem zasiał. O czym teraz myśli przyszła panna młoda? Co będzie pamiętać z jutrzejszego dnia? Ja przecież pamiętam tak niewiele. Tyle dni już minęło, lat. Uschnął na dobre ślubny bukiet, zamknęłam z pamiątkami urocze ptaszki z korowaja, odłożyłam rusznik na szczęście.

36525336y220190913_182701do pary20190913_185705

Wiatr zwiewa z drzew pożółkłe liście. W spokoju tego miejsca, w zakamarkach sędziwego dworu jesteśmy jak zaczarowani, wszystko nas zachwyca. Z łatwością dobieramy piękne słowa w rozmowach i snujemy historie w salonie przy blasku kominka. W dworze poza nami nie ma innych gości więc za pozwoleniem zwiedzamy wszystkie pokoje. W którym z nich sypiał Wilhelm II z rodziną? Czy opowiadał swej babce, królowej Wiktorii o pobycie tutaj? Przedmioty i detale, wszystko dopracowane. Dopiero jutro dwór ożyje, zjadą się weselnicy jak kiedyś gdy organizowano tu ważne spotkania towarzyskie. Czytam na głos historię tego miejsca: w końcu XV wieku majątek należał do Achatiusa Borcka, a w 1705 roku wdowa po Jerzym Drzewickim sprzedała majątek rodzinie  Dohnów ze Słobit, którzy wznieśli tu dwór… W Dawidach, w  posiadłości o cechach baroku holenderskiego zamieszkiwały samotne kobiety i wdowy z uznanego rodu. Z tego powodu zaczęto dwór nazywać „dworem wdów”. Mam nadzieję, że to żadna mojra ale mimo to przezornie odkładam lekturę. Trzaska ogień w kominku, kolejny łyk wina. Skoro to dwór kobiet niezależnie od ich losu rozmawiały pewnie o miłości. Cisza na stawie, lekko szumi sitowie i głowa.

do pary-004do pary-00720190914_121537do pary-00820190914_120840fds20190913_185503

Szumiało też w miasteczku jak państwo jechali do Dawid. Na piknik i polowanie zbierało się liczne towarzystwo.  Droga ze Słobit wiodła przez piękny pagórkowaty krajobraz, a każdy kto ich widział kłaniał się z szacunkiem. Mężczyźni ściągali czapki czyniąc z nich powitalny gest. Początkowo ruszali do Mikołajek a stamtąd musieli galopem przejechać przez Górski Las, przez bagniska. Z Sęp gdzie droga była już lepsza docierało się prosto do dworku. Pod koniec XIX wieku podczas remontu, który zleconego wybitnemu mistrzowi, postawiono pokaźne piętro i dobudówkę przy wejściu wspartą na  czterech kolumnach. Dziś już jej nie ma. Z zachowanych wspomnień wynika, że na piętrze stał okrągły stół przykryty białym obrusem a do tego zastawiano go owocami i ciastem z kruszonką. Lepiły się dziecięce palce od słodkości, może do dziś ich zjawy zaglądają do łakoci gdy nikt ich nie nasłuchuje? Jutro zjawią się weselni goście i spróbują tortu na zapowiedź słodkiego życia nowożeńców.

do pary-005yutjdo pary-00120190914_12002453520190914_115653do pary-003fdffdfs

Zbudziło nas słońce o wiele łaskawsze od dźwięku budzika. Oświetliło różanecznik i ostatnie w nim kwiaty. Woda w kranie rozgrzewa się pomału. Jakiej pomady używały kobiety? Czy ich pudry pachniały olejkiem różanym? Romantyczna aura dworku wisi w powietrzu, sączymy herbatę kwiatową. Ostatnie spacery i lektura pod altaną z lip, nasłuchiwanie ptasich odgłosów. Ostatnie też śniadanie na zewnątrz w tym sezonie, pożegnanie lata. Panna młoda niedługo założy welon. Czy któraś z dawnych mieszkanek dworu brała też ślub we wrześniu? Gdzie się podziały ich bukiety ślubne z astrów, dalii i kalin? Co się wydarzyło, że tu zamieszkały? Cały ranek chodzą mi po głowie leniwe myśli o nich. O kobietach.  O pannach młodych, żonach i wdowach. Zajadam myśli obszernym ciastem z kremem i kajmakiem. W końcu to nasze pięć lat i jeden dzień a kolejna, szósta rocznica jest przecież cukrowa…

do pary-00920190914_12135920190914_10442820190914_112421

Wrześniowej Pannie Młodej w tym wyjątkowym dniu chciałam życzyć pięknych wspomnień, kolejnych rocznic ślubu i miłości w gestach, słowach i spojrzeniach.

*

Opuszczony dwór w Dawidach uratował od ruiny pan S. Matuszewicz z żoną wykupując go w 1976 roku i pozbywając się chociażby drzew z wnętrza dworu. Wysoki dach mansardowy kładł się do środka.  Dzisiejszy właściciel po gruntownym remoncie umiejętnie stworzył klimat dawnego dworu wcale nie korzystając przy tym z barokowej stylistyki. Na piętrze w korytarzu ustawiono warmińską skrzynię posagową, do której panny młodej należała?

*

o pałacu w Słobitach: https://wordpress.com/post/kierunekzwiedzania.blog/1291

do pary

 

Sztuka to z dzieciakiem

Brulion wspomnień

Rozpoczęło się liceum, my pierwszoklasiści staliśmy wężykiem do sekretariatu. W małym korytarzu unosił się zapach olejków do opalania i świeżych koszul. Po prostu nie mogłam  się na nią napatrzeć, wyglądała jak bohaterka z ostatnio przeczytanej książki. Tak sobie ją wyobrażałam. Poruszaliśmy się nieznacznie do przodu, osoba za osobą. Stała kilkanaście kroków przede mną i widziałam ją dopóki szyk nie wymknął się z ładu. Czas się dłuży i nuży w otoczeniu obcych twarzy. Po chwili znów ją widzę i patrzę się na nią co raz już bardziej zaciekawiona. Studiuję jej profil, kolor włosów i gesty. Dziewczyna unika moich spojrzeń i prostuje się odruchowo. Robi mi się nawet głupio, ale nie mogę się powstrzymać. To musi być ona, Beata Bitner z książki Musierowiczowej! – Cześć, jestem Beata – zwraca się tak po prostu bohaterka po przydzieleniu nas do jednej klasy. Świat mi zawirował: BEATA??!! – krzyczę i słyszę ten niestosowny piskliwy dźwięk, który wydobywa się samowolnie z moich ust i tworzy aromat niezręcznej chwili między nami. Pokochałam ją od pierwszego momentu, miłością na trzy lata w jednej ławce, na każdy przedmiot bycia razem i chwile poza murami szkoły. Może to za sprawą „Brulionu Bebe B.”, a może tak po prostu się lubimy. Z falbaniastych spódnic, repertuaru Myslovitz i wcale niewykwintnego wina, które ubywało za starymi murami kamienic wyrosła nasza przyjaźń.

– Beata! – znów krzyczę po latach, ale będziemy miały tu pięknie! Moja towarzyszka, świeżo upieczona matka znosi właśnie wszystkie leżaczki-bujaczki, stosy pampersów i wszelkie urządzenia dzisiejszych niemowląt.  Jej syn gaworzy na potwierdzenie, gdy moje dzieci otoczyły go jak dwa sępy. Pięknie w tych Dębkach, na naszych babskich wczasach! Jest wyjątkowo ciepła połowa września,  miesiąca wrzosów a tu w Dębkach dodatkowo miejsca pamięci profesora Wrzoska. Jest po prostu wspaniale.

P1050133

Nieoceniony klimat po sezonie daje się odczuć na każdym kroku. Pustka, kojąca cisza i ten zapach igliwia. Z miasteczka wszyscy wyjeżdżają, słychać ostatnie postukiwania narzędzi przy zamykanych kramach i bzyczenie os, które garną się do naszych lukrowanych jagodzianek. Nikogo więcej nie ma. Kto nie mieszkał nad morzem ten nie zrozumie widoku zdziwionego dmuchanego krokodyla w sezonie, który zatopiony pod pachą Wczasowicza chce wydać ostatnie tchnienie. Mówią o tym jego szeroko otwarte i mocno wymalowane oczy. Właściciel popularnej zabawki w tych stronach (rzecz jasna dostępnej także w innych wariantach) z racji przebywania w mieście nadmorskim hasa w skąpym przyodzieniu jeszcze daleko poza plażą, wycierając z czoła kropelki potu i  ostatnie krokodyle łzy. Już dawno przestał przejmować się, że w lustrze nie dostrzega dawnego atlety. Jego zręczność i wytrzymałość przełożyły się na łapanie dzieci w locie i pokłady ojcowskiej cierpliwości. Ojciec Wczasowicz przybiera na wakacjach postawę herosa i w geście polskiej gościnności zaprasza całą rodzinę na gofry. Rozpływa się gotówka jak bita śmietana w upale z zaklętymi owocami w żelfixie.  I nas mieszkańców zazdrość zżera nie tylko na myśl o  wakacyjnych, słodkich przyjemnościach. Chodzimy latem do pracy ubrani w stroje spod hasła dress code i savoir-vivre, przedzieramy się przez tłum jako zwykli śmiertelnicy w nadziei, że dziś się nie spóźnimy. Rozpoczynamy sezonową walkę, gdy w tym czasie turyści zaczynają kosztować nadmorskiej ambrozji w postaci piwa podawanego z sokiem malinowym. Dlatego po sezonie jest zdecydowanie najlepiej. Wszyscy są spokojniejsi, zrelaksowani. Biel piasku i błękit wody łagodnie pieści zmysły, pochyłe od wiatru drzewa kłaniają się na dzień dobry. Nic nie mąci surowego nadmorskiego krajobrazu. Delikatnie oblizuję usta sprawdzając czy mają już słony posmak. Lodowata woda rzeki tworzy malowniczą tasiemkę wpadającą do morza. Nie mamy ochoty iść do kolejnego przejścia wiec przechodzimy ją boso. Woda w jednym miejscu sięga zaledwie do kolan.

P1050137debki blogNa początku było tu tak jakby sezon zupełnie miał nie nadejść. Stało tylko kilka chat polskich – kaszubskich i ze trzy niemieckie. Rzeka Piaśnica, wyznaczała granicę państw, miejsce zapomniane i obce. Dziś jeszcze przypomina o niej zrekonstruowany  kamień wersalski ustawiony zaraz za malowniczym mostkiem. Gdy profesor Wrzosek przybył do Dębek musiał przeżyć iście prawdziwy zachwyt, który zaczyna się małym niepokojem gdzieś w głowie, przechodzi lekko w kołatanie serca i swędzenie w koniuszkach palców. To  tu w Dębkach znajdowała się północno-zachodnia granica, gdzie przybywano po symbolicznych zaślubinach Polski z morzem. Wyprawa na sam kraniec kraju ma w sobie coś romantycznego. Wyobrażałam go sobie będąc w Dębkach wiele razy, zazwyczaj oddającego się talasoterapii w pasiastym kostiumie z epoki. Zakręcał od czasu do czasu w zadumie wąsa stojąc nad brzegiem morza, wsłuchiwał się w szum fal, by potem wrócić do swoich naukowych obowiązków. W niedzielne popołudnie jadał słodki poczęstunek udekorowany malinowym bukietem zerwanym prosto z ogrodu pana Grena, którego dom wraz z rodziną zamieszkiwał aż do połowy września.

20180917_143124

Nasza połowa września okazała się nad wyraz piękna i chyba nikt się tego do końca nie spodziewał. Tu przy Piaśnicy, której wody nas nieustannie zachwycały  mieszkał niegdyś rybak Jan Gren, którego niesforna rzeczka skłoniła do sprzedaży ziem i wyprowadzenia się w głąb lądu. Profesor Wrzosek wykupując od niego gospodarstwo dał początek nowej epoce. Rozpoczęło się w Dębkach modne letnisko. Zbliżał się właśnie maj, rok 1922, gdy nadmorską wioskę zaczęli zamieszkiwać kolejni letnicy, głównie towarzystwo lekarskie z Poznania. Stawiali domki letniskowe i wille. Bronisław Niklewski znany fizjolog roślin  wykupił dom pod strzechą i prowadził obserwacje nad fotosyntezą Mikołajka nadmorskiego wdychając przy tym nieskażone niczym powietrze. Państwo Wrzosek założyli w salonie muzeum etnograficzne zbiorów kaszubskich, które z czasem doczekało się nawet własnej siedziby w postaci chaty kaszubskiej. Był to największy na tamte czasy zbór eksponatów. Dziś Dworek państwa Wrzosków stoi odnowiony a dawne kolekcje rozproszyły się wraz z widmem minionych czasów. Na parceli obsadzonej przez profesora drzewami powiewają już tylko przypieczętowane pinezkami strzępy ogłoszeń wynajmu. Kołyszą się niedbale w takt nadmorskiej bryzy wakacyjne oferty kupna i sprzedaży rzeczy wszelakich. Na marne szukać także domku pana Iwaszkiewicza czy pani Hinzowej. Murowana willa Otomańskich zniknęła w skutek wojennych czarów. Zburzono domy, jeden po drugim. Willa Wrzosków została ogołocona z drzwi, okien, futryn, podłóg i pieców. „Daj Boże, aby Dębki wróciły rychło do swego przedwojennego kwitnącego stanu!” – pisał profesor w grudniu 1957 roku.

drogosze120180917_135109

Potrzebę odprawiania mszy w Dębkach jeszcze przed wojną jako pierwsza poruszyła żona prof. Wrzoska. Oddając stodołę na miejsce spotkań, zorganizowała tymczasową kaplicę czynną w sezonie letnim przy współpracy XX. Zmartwychwstańców. Dopiero w 1935 roku powstał w Dębkach piękny kościółek z drzewa modrzewiowego, którego  wystrój zaaranżowali kaszubscy rzeźbiarze. W tym czasie państwo Wrzosek przebudowują także swój dom. Chata rybaka jak za sprawą złotej rybki zmienia się w uroczy dworek. Dawna posiadłość profesora  i kaplica stoją niemalże obok siebie. Niestety dzisiejsze oblicze drewnianej fasady kościoła burzą banery reklamujące wiarę, ukoronowane wielką tarczą plastikowego zegara. Niemniej jednak jest to piękna architektura na planie litery „T” i z podcieniem, którą ktoś potraktował z wielkim nietaktem. Na szczęście Mikołaj zażyczył sobie by coś już zjeść i odgonił mnie od nieestetycznych myśli. Przypomina mi się jeszcze historia zaginionej gipsowej figury Matki Boskiej Morskiej, która miała się tu znajdować. Rzeźba wzbudzała zgorszenie przez delikatne i zwiewne odzienie madonny, oplatające przy tym jej kobiece kształty. Jedno przychodzi na myśl – Afrodyta wychodząca z piany morskiej.

20180918_154729debki blog-001

Padło na rosół, nie ma co ryzykować z wykwintnym podniebieniem mego syna. Rosół to rosół, receptura ta sama od pokoleń i nic nas nie zaskoczy. A jednak Mikołaj pyta patrząc mi w oczy:  mamo co to jest? Pytanie proste, odpowiedź zupa. Nachylam się jednak badawczo nad obiadem. Wkładam łyżkę, mieszam, nabieram zupy i znów wlewam do środka przybierając przy tym minę prawdziwego eksperta. Spektakl zakończony, diagnoza zapadła – to nie jest rosół! Mikołaj zgodnie kiwa głową. Uznałam, że to pomyłka. Zupa jak to się okazało później nazywała się „po sezonie”. Kolor brunatny, ciecz oleista w miarę gęsta, dosolona. Zanim jednak dowiedziałam się co zamówiłam, panie z restauracji zrobiły wielkie oczy dmuchanego krokodyla i dam wiarę, że zastygły bez ruchu. Zegar na kaplicy tyka a tu jakby czas się zatrzymał. Jedna z pań ułożyła nawet usta w dziubek jakby chciała coś powiedzieć ale nic nie mówi, ja też. Cisza po sezonie. Patrzy  się na mnie i widzę jak upodabnia się do ryby namalowanej na obszernym menu. Po chwili mówi, że już właściwie jak wiadomo jest po sezonie. Odstawiam miseczkę i na pocieszenie kupujemy sobie lody, w końcu jesteśmy na wakacjach! Mikołaj jest przeszczęśliwy.

debki blog-002

Kiedyś Dębki zamieszkiwał Józef Kur, dozorca wydm. Pilnował piasku i miał oko na wszystko. Ruchome wydmy znają wiele tajemnic, kryją też skarb skradziony z angielskiego statku. Na wydmach porasta także mikołajek nadmorski, który leczy schorzenia a zakochanym letnikom służy jako afrodyzjak. Stał się też inspiracją do haftu kaszubskiego. Mój Mikołajek w sezonie letnim także zwany dzieckiem nadmorskim buduje zamki z piasku i sprawdza smaki z ostatniej czynnej budki z lodami. Chodzimy po leśnych ścieżkach, zbieramy maliny i odkrywamy zakamarki tego niezwykłego miejsca. Za płotem w gąszczu traw i drzew rysuje się chata rybaka. Dalej jest cicho i pusto. Z wieży widokowej czynnej w sezonie, a po sezonie tylko w wyznaczone dni można obejrzeć panoramę morza. Na plaży przy wejściu oznaczonym „19” zaraz za Rybaczówką stoją żółte, niektóre finezyjnie malowane łodzie rybaków. Opowiadam dzieciom historię rozbitego statku, którego wrak znaleziono tuż obok ujścia Piaśnicy. Angielski żaglowiec, który wyglądał jak ten na którym James Cook opłynął świat wracał ze Sztokholmu. Zerwał się wiatr północno zachodni i silny sztorm zatopił statek wypełniony ładunkami żelaza. Legendy o nim snuli od dawien dawna miejscowi rybacy, których historie przyczyniły się do znalezienia wraku. Żaglowiec General Carleton zatonął we wrześniu 1785 roku.

Jest wyjątkowo ciepła połowa września 2018 roku,  miesiąc kwitnięcia wrzosów.

P1050182P1050172

  • W roku 1995 rozpoczęto badania nad wrakiem zlecone przez Centralne Muzeum Morskie w Gdańsku. W muzeum możemy podziwiać eksponaty wydobyte z wraku statku. Mój ulubiony – kubeczek fajansowy został jak i inne eksponaty oznaczony symbolem W-32. Pięknie zdigitalizowane można obejrzeć na stronie: 

https://kolekcje.nmm.pl/Home/SimpleSearch

Desktop1

 

 

  • Przekrój, nr 3 (3558)/ 17 LATO 2017
  • B. Nikliński założył w 1959 roku rezerwat przyrody „Piaśnickie łąki”
  • Historia profesora Wrzoska i Dębek została opisana na podstawie pamiętników m.in. „Kartka z historii Dębków”, „Wyciąg z Księgi Pamiątkowej XX. Zmartwychwstańców w Dębkach”, „Pamiętnik Adama Wrzoska (1875-1965) i własnych wspomnień z wakacji.
  • Polecamy domki Nemo i Fajne Miejsce, zwłaszcza po sezonie 🙂
  • z Dębek już bardzo blisko do muzeum otwartego Zagroda Gburska i Rybacka / Nadole

https://kierunekzwiedzania.blog/2018/10/09/sledzie-po-kaszubsku-i-atomy/

Muzeum Otwarte · Na Szlaku · Sztuka to z dzieciakiem · Uncategorized

Śledzie po kaszubsku i atomy

Byliście kiedyś w niewielkim muzeum otwartym w Nadolu? Ten maleńki skrawek oddziału Muzeum Ziemi Puckiej skrywa w sobie wiele tajemnic. Rozległe wody jeziora Żarnowieckiego kołyszą zacumowane łodzie a wrześniowa cisza podpowiada, że już po sezonie. Wytężcie jednak wzrok, tam po drugiej stronie jeziora była wieś. Wieś była i wsi nie ma, ot co. Mężczyźni spakowali rodzinny dobytek, kobiety powybierały co lepsze pościele z haftem kaszubskim i wszyscy jak jeden mąż opuścili jedno z najstarszych miejsc osadnictwa na Pomorzu. Rozpoczęła się w Kartoszynie budowa Elektrowni Jądrowej.

blogblog-001

 Wieś była – wsi nie ma, elektrowni zresztą też a ogromne jezioro stoi jak stało. Spokojny rytm szuwar trzcinowych można zauważyć już z zagrody rybackiej. Mieszkańcy wsi z trzciny jeziornej pletli sobie dach nad głową. Sama architektura domów szachulcowych ostro odcina się od jesiennego krajobrazu.  Powstawały z gliny i siana co czyniło je lekkimi tak, że nie zapadły się na podmokłym terenie. Słupy ustawiano w kratkę i malowano czarnym jak noc dziegciem. Przestrzeń między nimi tynkowano, pokrywano białą farbą i powstawała szachownica. Cudo, prawda? Nie mylcie jej z murem pruskim, który wypełniano cegłami.

20180919_153340

W ten sam sposób zrobiono chatę gburską, którą wykupiono od rodziny Rutzów. Drewniana figura Chrystusa Frasobliwego znajduje się przed jej wejściem. To typowe przedstawienie w polskiej kulturze ludowej powstało już w XIV wieku. Zamyślony Chrystus wspierający swą głowę na dłoni najczęściej przedstawiany jest w formie rzeźbiarskiej. Smutne oblicze niosące znaki męki pańskiej urozmaicano koroną cierniową, perizonium, czaszką Adama pod stopą lub berłem czy trzciną w dłoni. 

20180919_153634blog-003

Cichutko w skansenie w Nadolu. Jabłonka kłania się w pas od owocnego urodzaju, gołębnik wyścielił się puchem z piór. Pokryła się śnieżną pierzyną wystawa zabaw zimowych w stodole.  Opuszczone ule i piec chlebowy mówią, że toczyło się tu życie w spokoju i dostatku. Makatka przytacza przysłowia o dobroci i wdzięczności, a na haftowanej serwecie w żółto-niebieskie kwiaty zastawiano półmisek śledzi po kaszubsku. Przypłynęły ostatnim statkiem pasażerskim kończące się ciepłe dni września.

blogblog-002

*Oddział Muzeum Ziemi Puckiej im. Floriana Ceynowy: „Zagroda Gburska i Rybacka”

*Historia rodzin z Kartoszyna została pokazana w filmie „Ojcowizna” (I.Engler)

https://kierunekzwiedzania.blog/2017/07/10/lyzka-dziegciu-w-beczce-miodu/

Co łączy Gdańsk z tymi terenami? Opactwo jak  i jezioro to dawna własność cystersów z Oliwy. Wchodzą w skład trzech głównych kompleksów pocysterskich w ramach Pomorskiej Pętli Szlaku Cysterskiego. Szlak ten to część większego szlaku w Polsce. To jak, zwiedzamy?

20180919_154003