Sztuk kilka

Drużka Hucułka

Podróż w góry

Nieco ponad godzinę temu zostawiłyśmy za sobą szarość Iwano-Frankiwska, dawnego Stanisławowa. Do autobusu odprowadziła nas gromada bezpańskich psów błąkających się po terenie niewielkiego dworca. Osowiałe, mizerne stworzenia o sympatycznych pyskach snuły się bez celu, inne wylegiwały się w silnym jak na styczeń słońcu. Roztopniała chlapa kleiła nam się pod nogami. Zimie tej zimy nie było po drodze a nasza podróż w góry ciągnęła się wielkim pustkowiem burej równiny, którą od czasu do czasu przecinały domostwa. Jeśli rok 2020 ma być także rokiem Teodora Axentowicza to nie mogłyśmy go lepiej rozpocząć niż wyprawą na Huculszczyznę. Pomyślałam o tym gdy po godzinie drogi za oknem zaczęły pojawiać się szczyty gór obsypane na ostrych wierzchołkach śniegiem. To był niezwykły widok zwłaszcza dla kogoś kto mieszka przy równym horyzoncie morza. Czułyśmy się więc nieco zawiedzione kiedy kierowca zmienił kierunek wioząc nas teraz w stronę niewielkich zalesionych wzniesień. Podróż mijała w skwarze podkręconej klimatyzacji i nieokreślonym uczuciu niedoczekania. Rozmowa ciągnęła się lekką serpentyną drogi by w końcu przyznać, że gorące powietrze wypełnia wnętrze busa tak silnie bowiem z zimy w Karpatach zrobił się tu gorący klimat Odessy. Jak pijane z ukropu i jednostajnego kołysania osunęłyśmy się w milczeniu na siedzenia. Na bilecie jako stację docelową miałyśmy Jaremcze, które powitałyśmy ceremonią nakładania na siebie wszystkich warstw zdjętych w podróży. 

20200111_13112320200112_081834

Nad rzeką Prut

Miasteczko położone w dolinie Karpat nad kapryśną rzeką Prut wystroiło się w kolory. Zbliżają się imieniny Melanii, dzień Małanki i tym samym Nowy Rok. Ze sceny dają się słyszeć huculskie śpiewy na głosy, których dźwięk będzie nam kołatał w pamięci jeszcze długo. Wymalowane i wystrojone jak lalki dziewczęta czekają na występ. Nowoczesność ich telefonów miesza się z folklorem barwnych chust. Niezwykła feeria kolorów i dźwięków wybija się na tle sczerniałego zimowego krajobrazu. Wszystko jest tu wyraźne i ostre. Bazary korowodem przyciągają przechodniów i mamią nasze oczy. Nietrudno jest mieć pstro w głowie przy tak licznych stoiskach. Słodkie górskie miody, eliksiry prawdy i zioła na wszystkie dolegliwości w zielono-mętnym odcieniu bylicy piołun. Wełniane skarpety, młode wino, soroczki wyszywanki czy ceramika w huculskie wzory. Kupujemy co się da. Pomiędzy stoiskami na skleconych ławach sprzedawcy wyrobów mają ucztę. Zajadają chleb z grubo krojoną soloną słoniną, którą dla kurażu popijają czystą wódką. Staramy się poskładać ten chaos w jeden ład. Chłopiec zakręcił gwiazdą, ruszyli ze śpiewem na ustach młodzi kolędnicy. Jest gwarno i żwawo, tylko wąwozy jakieś milczące i mroczne.

Huculszczyzna120200111_125017Huculszczyzna2

Wielka sztuka, wyższe góry

„Na wysokiej połoninie…” – jak wieloksiąg Vincenza zaczynał się tytuł krakowskiej wystawy, z której przywiozłam pamiątkę „Drużkę Hucułkę”, barwną reprodukcję pędzla Sichulskiego. Malarz przyjechał w te strony zimą 1904 roku aby zaszyć się w lesie dla odnowy sił witalnych i artystycznych. Huculszczyzna była w tym czasie modnym kierunkiem dla twórców Młodej Polski a zafrapowani chłopomanią artyści znajdowali tu lek na dręczącą ich wówczas dekadencję. I choć w Jaremczy leczono głównie gruźlików to lokalny folklor mógł pocieszyć każdego. Kuracjuszy więc nigdy nie brakowało, pielgrzymkami przybywali urzędnicy ze Lwowa. Pakowali swoje teczki i ruszali opalić poszarzałe od papierzysk twarze. Jeszcze wtedy Jaremcza jako Perła Karpat była popularnym uzdrowiskiem i stały tu wspaniałe wille i pensjonaty. Smutny szkielet jednego z nich można podziwiać przy głównej ulicy Svobody. My za to swobodnie wdychamy czyste górskie powietrze starając się rozszyfrować topografię miasteczka, które wzdłuż na pół przecięte jest torami kolejowymi. Niegdyś ich trasa wiodła przez najsławniejszy kamienny most malowniczo wzniesiony nad rzeką Prut. Miał on wówczas największą rozpiętość łuku w Europie co podziwiać można już wyłącznie na dawnych fotografiach Jaremczy. Rzeka pozostała ta sama, nakropiona co jakiś czas hałaśliwymi wodospadami i spacerem dochodzimy do wodogrzmotu Probiy. Jego mlachitowy odcień jest hipnotyzujący, mroźna woda uderza z hukiem o skały. Góry także o tej porze dnia mają odcień malachitu, dziwny i nawołujący do patrzenia. Mienią się jak upierzenie srok metalicznymi kolorami odbijającymi co jakiś czas jaskrawe promienie słońca. Poza tym wokół czerń uśpionej przyrody i jaskrawe róże na huculskich dywanach.

132f7513d0eec2117ae58a72dd683696.020200111_134456Huculszczyzna

Strzygi

Nawet tej umownej zimy górale ubierają się w baranie kożuchy. Rymarze wystawiają swoje wyroby na straganach, które ciągną się już przeszło kilometr. – Zachodźcie dziewczatka, kupujcie – słyszymy stale nawoływania. Dopiero teraz wchodzimy na niewydeptaną jeszcze ścieżkę, która ma nas doprowadzić do starego cmentarza położonego na skraju miasteczka. Rozpoczyna się nasze prawdziwe randez – vous z górskim krajobrazem. W pewnym momencie zza zakrętu wychodzi kobieta i ciągnie za sobą na sznurku najprawdziwszą kozę. Jest tak samo zdziwiona, że nas widzi jak i my. Poza tym nie ma nikogo, ludzie zeszli się do centrum na festyn. Podobno wiosną na tych wąwozach jest prawdziwy oczopląs barw, jakby Hucułki zdjęły kwieciste chusty z głów i złożyły hołd przyrodzie rozpościerając je na wzgórzach. Jednak o tej porze roku mijamy jedynie kolorowe reklamy zapraszające do zwiedzania konno skał Dobosza. Hucuły – pokraczne choć silne konie ciągną przez cały rok ten majdan. Wieczorami zachodzą do ich stajni leśne strzygi i plączą im grzywy, chowają wtenczas swe dzieci przestraszone góralki. Powiada się, że w wodach Prutu mieszkają Utopce a dawni gospodarze huculskich samotni zmieniają się w Domowiki, które niepocieszone zsyłają na niewinnych mieszkańców Zmory. Więc sadzono wokół domów ochronne ziele podróżnika i zawiązywano dzieciom czerwone wstążeczki.  Nam na horyzoncie majacze za to czerwona tablica gospody „Krym”, która staje się prawdziwym ratunkiem zmęczonego wędrowca. W ofercie znalazły się kibiny i inne smakołyki tradycyjnej tatarskiej kuchni. Siedząc na przedziwnej w swej formie łóżko-ławie przestrzegamy bon-ton tatarskiej kultury. Poprzez Internet oznaczony SlavaUkraini łapiemy kontakt ze światem, który zdaje się być w tym momencie tak bardzo odległy i prosty.

20200226_090832

Medaliony

Przed nami rozciągają się purpurowe góry spowite zmierzchem zmieszane z szarością dymu z kominów. Jakby mgliste języki powoli zjadały ostatnie partie tego słonecznego dnia. Zaczyna się wyścig z czasem, słońce zachodzi dość szybko. W dali na tle śniegowej aury wybijają się huculskie dywany rozwieszone na ścianach osiemnastowiecznej cerkwi. Przesłonięto nimi od zewnątrz drzwi, by mroźne powietrze nie zaglądało do środka. Drewniane wyposażenie pracuje pod wpływem zmian temperatury, czasem słychać jak trzaskają drewniane figury świętych. Kurczą się z zimna i rozluźniają gdy jest gorąco. Wokół cerkiewki jeżą się w śniegu barwne mogiły. Jedne całe złote inne z kutymi krzyżami. Nieco dalej jest grób z huculskim motywem wykładanym mozaiką, a w starej części w kształcie szyszki. Wszystkie skierowane są tablicami w tę samą stronę. Tylko jeden wyrwał się z szeregu i niezgrabnie burzy harmonię układu. Mieszkańcy cmentarza prezentują się en face, często w chustach, koszulach, kapeluszach i serdakach. Zdjęcia są w kolorze, przeważnie na niebieskim tle i czarno-białe. Wyróżnia się wśród nich jeden medalion, którego czerwień haftów i obszerne sznury jarzębinowych korali dają wrażenie kropelki krwi na śniegu. To wizerunkiem młodej Hucułki. 

20200111_15275420200111_153823blog-001

Urokliwość

Oblicze ma pogodne i młode jakby w jej spojrzeniu migały zadziorne chochliki. Jakby te górskie licha grały jej w sercu melodię skocznej kołomyjki. Nie ma w niej cmentarnej powagi i uległości. Widać jeszcze wyblakle jak życie w niej pulsuje i gotuje się czerwienią strojnych korali, które to pewnego razu posypały się w tańcu. Jeden koralik za młodość co w niej tak kipiała wybuchając gorącem wdzięcznego ciepła i śmiechu. Drugi koralik za panieństwo malowane buraczanym różem i czekaniem na wejście w dorosłość. Trzeci koralik za święto Jordanu, za ten ołtarz z lodu co odbijał światło jak jakiś diament. Za tamte marzenia i melodię, która niosła się górskim echem jeszcze hen daleko. Trembity zazwyczaj zimą milczą, żeby nie zbudzić uśpionej przyrody i nie zwabić lawiny nieszczęść. Kręciło się fortuną koło ozdobione kolorowymi chwostami. Czwarty koralik za wspomnienie jak ojciec przywiózł do domu wełniany liżnik. Mówiono się u nich, że każdemu jeden liżnik na całe życie. Piąty koralik za zamążpójście i barwinkowy wianek. Za wesele, toast i za nią jak kwiat piękną i za niego jak się okazało farbowanego lisa. Szósty koralik za ciszę i śmierć zbyt szybką. Przyjeżdżali do niej medycy ale pomogło jak umarłemu kadzidło. A potem były i kadzidła i sroga zima skuta lodem. Tylko Hucułki nie było. I ten liżnik jej dali na ostatnią drogę, szli i śpiewali pieśni żałobne niepodobne do tych sprzed lat. A teraz zobacz ten bezruch, płaszcz topniejącego śniegu obsuwa się z dachu cerkwi. Pierzaste mgły zachodzą od lasu. Złotą niteczką tak pięknie mieni się czerwony ruszcznik, otula święty obrazek. Wszędzie twarze w kamieniu i stepowa cisza. Duch Hucułki znika gdzieś za zieloną świerczyną.

Pogrzeb_huculskiblog-002

Ostatnia wieczerza

Na przystanek Yamna podjechała rozklekotana marszrutka. Chlupnęła pluchą lepiąca się i tak pod nogami. Znów to senne ciepło, gra w radiu tania melodia. Giba się na boki chybocący środek transportu. Kierowca zbyt szybko wchodzi w zakręty serpentynowej drogi. Sam się chyba gdzieś śpieszy, bo pasażerowie przysnęli ukołysani w cieple. Wnętrze busika wyścielono świętymi obrazkami. Z Ostatniej Wieczerzy spoglądają na mnie wyblakłe twarze apostołów. Po co się tak patrzą te niebieskie lica? Kołacze mi w głowie: Leonardo da Vinci, koniec XV wieku, iluzja, Mediolan, bezpowrotnie utracone detale. Dyndają głowy pasażerów i koraliki różańca kierowcy. I wydaje mi się, że właśnie czuję tę podróż, w tej zwykłej marszrutce powszedniej. Nie ilość odwiedzonych miejsc i nie wielkie dzieła tego świata decydują o odczuwania poetyki miejsca. Gdy wysiadałyśmy w centrum miasteczka góry zdążyły już zmienić barwę na atramentowy granat. Na kolację zajadamy lokalną kuleszę i banosz. Wszystko ma tu posmak bryndzy. Obudzimy się rano z widokiem otulonych mglistą pierzynką gór. Licho nie śpi powiadają. Metalowy kogut na jednym z dachów zapieje koślawo melodię o poranku. Ruszymy w dół w dalszą drogę, do Iwano-Frankiwska, do Lwowa, do Gdańska. Czeka tam na nas równy horyzont morza.

20200111_15430020200111_16363720200111_164249

W miasteczku uwagę przykuwa urwisko skalne zwane „Słoń”. Na pierwszym zdjęciu widnieje polska przedwojenna willa. Niektóre z tego typu zabudowań wówczas nazywały się „Warszawianka”, „Morskie Oko”. Oficjalnie w 2006 roku miejscowość Jaremcza zmieniła nazwę na Jaremcze. Huculiści którzy spędzili zimę 1904r. w Karpatach to Fryderyk Pautsch, Kazimierz Sichulski, Władysław Jarocki.
Obraz: „Pogrzeb huculski”  – Teodor Axentowicz

blog-003

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 

 

Muzeum Otwarte · Sztuka to z dzieciakiem

Kipiące gary

Do licha! Co to za skansen? Pierwsza wizyta we lwowskim skansenie łączyła w sobie wiele skrajnych odczuć. No cóż, prowadzić muzeum to trudna sztuka, zwłaszcza gdy brakuje dofinansowania i pomysłu. Wylane betonem wnętrza chat raziły w oczy, a brak zbudowanej narracji nie pomagał w ocenie muzeum. Ale chwileczkę… Były tam pamiętam jednak małe cuda, których daremnie jest szukać u nas. W swojej prostocie wyjątkowe i pozbawione zachodniej sterylności. Stworzyły klimat nietypowy i zabawny, taki jekiego szukamy jadąc na Wschód, ciut niewłaściwy ale prawdziwy.

Lubimy wyłapywać rozety solarne, znaki niemalże magiczne. Powtarzają się często, niemalże w każdym skansenie – tylko trzeba się dobrze rozglądać. Słowiańskie symbole wyryte na belkach i podporach zapraszają do drewnianych chat. Niekiedy rozety są ukryte gdzieś na podwórzu, piecach, a inne wymalowane tuż nad progiem. Skrywają się w zakurzonych herbach rodzinnych i na krzyżach przydrożnych. Dekoracyjne symbole słońca mają z całą pewnością magiczną moc, moc opiekuńczą i uzdrowicielką. Chroniły dom i jego mieszkańców. Pozytywna energia dawnych wierzeń, których echo odzywa się jeszcze. Rozety mają kształt gwiazdy heksapentalnej –  sześcioramiennej, przypominającej kwiat, mandalę. W sztuce najczęściej nazywa się je podhalańskimi czy karpackimi, chyba wiadomo dlaczego?

W drewnianej cerkwii trwają akurat przygotowania do kolejnych świąt. Panie krzątają się sumiennie. Należy zdjąć ozdoby z pisanek i bazi, które dały pierwsze wrażenia wiosny i ozdobić nowymi kwiatami. Pachnie słodko wilgocią drewna. Malutkie wnętrze wypchane zostało czym się da, a to w imię pierwszej zasady przepychu – nie mylić z pychą – czyli  „na bogato”.  Majestatyczną pozę przybrała także Świeta w kapliczce obok. Muzeum rozkwita.  Na głównym skrzyżowaniu, pomiędzy cerkwią a kapliczką tuż przy wydeptanej drodze jest kierunkowskaz zapraszający do restauracji zdje się kozackiej, zrobiony na styl drapieżny. Idziemy za strzałką, taki to nasz KIERUNEK ZWIEDZANIA.

Zza kilku chałup wyłonił się zniewalający widok! Para buchała już z daleka, białe kłęby zamierały na mroźnym wiosennym powietrzu! Na prowizorycznie zbudowanej kuchni, pani w fartuchu mieszała barszcz, grzybową i pierogi. Bulgotały wielkie czarne poprzypalane garnki, dorzucano drewnem do pieca! W słojach na głównej ladzie pozamykane były małe, ręcznie robione słodkie przysmaki obsypane czarnym makiem i domowej roboty kompot. Pobladłe truskawki namaczały się w słodkiej wodzie kusząc smakiem dzieciństwa.  Prywit, gdzie jest menu? – pytam, starając się jak najlepiej wypowiedzieć gardłowe „h” zamiast literki „g”, ale wychodzi mi tylko dźwięk odksztuszania śliny. No nic, pani zrozumiała.  – Ja je menu! A szo potreba? Wsio je… Wzięliśmy więc wszytsko. Pod drewnianą wiatą, przy stole zaścielonym ceratowym obrusem w kwiaty, zajadaliśmy się prawdziwie  smaczną i niech będzie, że kozacką kuchnią. Pomyślałam sobie, że polski sanepid miałby tu co robić! Ucieszyło mnie to jednak ogromnie i poczułam pewnego rodzaju wolność.  Wspaniałą uroczystość dla naszych zmysłów przerwał nam chłopak, który bardziej gestem niż słowem nakazuje zatkać uszy. BUUCH! Z małej armaty wstrzelił pocisk. Z chmary kurzu słychać tylko delikatne pochichrywanie. Oto żywe muzeum… Żywe były też zwierzęta, które całym stadem otoczyły nas w drodze powrotnej. Owce i kozy całkowicie na bogato wyjadały trawę z całego obszaru muzeum – jak kto chciał i lubił, bez ograniczeń. Jedne skrywały się za drzewami, inne paradowały głównymi drogami nie przestrzegając zasad ruchu drogowego. To się nazywa wolność! Owca spojrzała w naszą sronę, baran-wódz zabeczał i poszły dalej za kierunkowskazem…pewnie na kozackie pierogi.

 

Sztuka to z dzieciakiem

Na straganie w dzień targowy

W zeszły poniedziałek nic mi nie wyszło, a smutny wyrzut sumienia dociągnął tej niedzieli. Doba staje się za krótka, a dni mijają jak szalone. Pobudka, praca, dom, dzieci, odpoczynek, pobudka…gdzie czas na pasje? Postanowiłam jednak choć trochę nadrobić poniedziałkowe braki i przedstawić wspomnienia z wyjazdu do Lwowa. To miejsce gdzie stragany, stoiska z pamiątkami, targowiska po raz pierwszy nas tak bardzo zachwyciły!  Jeśli ktoś jak my, cierpi z powodu powtarzalności się produktów, oklepanych widokówek i breloków, figurek z nazwą miasta czy struganych straszydełek – niech odwiedzi Ukrainę – kolorową, haftowaną, unikalną. Póki jeszcze ten klimat trwa! Kwiecień 2017.

Polecamy każdemu: Motanki – słowiańskie lalki dobrych życzeń. Motanki ukręca się ze starych materiałów. W miejscu twarzy jest zwykłe białe płótno lub krzyż z kordonka. Lalki służyły jako amulety lub zabawki. Często nazywa się je od rodzaju przeznaczenia. Robiąc motanki nie wolno używać ostrych narzędzi jak igły czy nożyczek, może to przeciąć nasz dobry los!