Pocztówka z Ameryki · Uncategorized

Pocztówka z Ameryki: Long Island czyli ostrygi na dzień dobry

 

Lipiec 2018

W pierwotnej nazwie w języku Indian oznaczało tyle co kształt ryby. Dla mnie ma kształt pięknych wspomnień spędzonych nad oceanem. Tu poznałam jak tak naprawdę smakują świeże ostrygi, które całe zziębnięte podają na wielkich paterach wyścielanych lodem. Lód ocieka, topi się powoli i skrapla z nierównych krawędzi muszli. Samo lato jest niemiłosiernie gorące. W chłodzie klimatyzacji jedziemy na kraniec Long Island do Montauk Point. Podróż zaczyna się od ujmujących witryn sklepowych których korowód ciągnie się nadmorską kolorystyką miasteczka a jego równe trawniki pachną zielonymi dolarami. Mijamy jachty, restauracje z owocami morza, winiarnie gdzie można upijać się lokalnym winem. Opaleni panowie w bermudach sączą burgund wlewając jego czerwień delikatnie do ust, między szczeliny zębów. Rozkładają smak po obu policzkach wyczuwając wtenczas bukiety kwiatowe i zapach drewnianych beczek. Mają na końcu języka recepturę jak delektować się życiem. Zabudowa winnicy Duck Walk układa się w kształt litery „U” a usytuowany za nią ogród winny pachnie mdło nagrzany od słońca. Zamawiamy zestaw tutejszych win i staramy się poczuć o czym mówi sommelière. Znajduję wino Afrodyta na którego etykietce widnieje bogini powstała z piany morskiej. Ustawiona na muszli ostrygi prawie jak u Botticellego choć tym razem ubrana i bardziej klasyczna, może nawet nieco toporna w swej swobodzie ale wciąż rozkosznie rozwiana morską bryzą, kusi swym kolorem. Owoce morza łączą się z kiściami winnych winogron spójnie i do pary. Smaki są wyraziste i mocne. Przy kolejnym kieliszku czuję jak zaczyna pulsować mi w ciele. Czerwonokrwisty alkohol łączy się z krwiobiegiem. 

36724757_10215891172488116_7561388841999794176_n

Więzy krwi utworzyły rezerwat Indian w Mastic. Poospatuck ma niewielu mieszkańców i odbiega od pozostałej stylistyki wyspy. Na rogu ustawiono maleńki sklep, którego strzeże figura obdartego już z farby Indianina. Indianie mają prawo do wolnej sprzedaży tytoniu, benzyny i zajmowana się hazardem – taka fajka pokoju ze strony państwa. Borykające się z uznaniem tutejsze plemię „U zbiegu wód” prowadzi maleńki SMOKE SHOP. Do środka zaprasza nas migający napis 24/h OPEN. Drewniane schodki w górę prowadzą do ciemnego pomieszczenia z podświetlonym nad wejściem hasłem 25% OFF. Wewnątrz pachnie słodkawo tytoniem, wanilią i wilgocią. Nieco oswojone oczy dostrzegają przesuwające się na małym ekranie WELCOME, otwarte 7 dni w tygodniu. Reklamy docierają do moich zmysłów okrutnie i boleśnie. I już samo słowo rezerwat mierzi mnie jak tablice GOOD PRISE. Wśród kolorowych etykiet pojawiają się motywy indiańskie. Na tabakach ułożonych równiutko pod szkłem lady widnieje profil Indianina w pióropuszu. Gdzieniegdzie pojawia się także łapacz snów i strzała z łukiem. Wielopokoleniowe tradycje Indian zostały ubrane w plastikowe neony. Julia kupuje na pamiątkę kartkę, która symbolizuje równowagę natury, krąg życia. W środku są życzenia o pokoju i harmonii. Oczom nie wierzę jak bardzo odległy jest to świat. Dzieciaki dostają od sprzedawczyni okulary w kształcie gwiazd, wszystko mi mówi: witajcie w Ameryce, w świecie kontrastów!

notka long island-001

Amerykańska flaga powiewa przy Montauk Point Lighthouse. Ten najdalej wysunięty punkt stanu Nowy Jork ma w sobie coś romantycznego. Mrużę powieki i zasłaniam się ręką od wiatru i ostrego południowego słońca. Na zielonym wzgórzu stoi dumnie wyprostowana latarnia morska. Jak panna madonna marynarskich litanii z małym domkiem u stóp pobudza wyobraźnię. Myślę o pasażerach wyczekujących lądu i lepszego świata. O pragnieniu swobody, które pielęgnowali w podróży kołysani do snu bezkresem mórz i oceanów. Może był tu sam Herman Melville pisząc Moby Dicka? To pierwsza powstała latarnia morska w stanie Nowy Jork i to u jej podnóży zaczyna się opowieść o zakopanym skarbie kapitana Kidda. Z wieży widokowej widać horyzont rysowany granatowym atramentem i klify o które rozbijają się z silnym łomotem wzburzone fale. Gdzieś tam z majaków morskich i nagrzanych od słońca widziadeł powstała z piany postać Afrodyty – bogini miłości, pożądania i piękna. W drodze powrotnej, w restauracji Salt położonej nad samą wodą ostrzymy sobie apetyt na ostrygi. Cumują tu kutry przypływających ze świeżą dostawą pożądanego afrodyzjaku.

notka long island

Widziałam już Atlantyk skuty lodem, jego diamentowe zimne plaże niczym nie przypominają tych na Jones Beach. Muszle są tu wielkości dłoni, szumią do ucha zasłyszane melodie z głębin. Wiatr otula kokieteryjnie nasze ciała i mierzwi mi włosy. Widoczna z daleka latarnia morska Fire Island zalotnie puszcza oko. Tu jest lepiej niż na Manhattanie – myślę. Na przeciwległym krańcu wyspy od plaży Jones Beach znajduje się Glen Cove. Tam w zacisznym pustkowiu monastyru kilku braciszków mieszka w przeogromnej siedzibie dawnego miliardera nazwanej przez niego Ormston House. Dzisiejsza pustelnia zrobiona została na angielski neostyl dbając o najmniejsze szczegóły. Naśladownictwo dawnych epok widać przez zastosowanie elementów charakterystycznych dla późnego gotyku angielskiego zwanego stylem Tudorów oraz wczesnorenesansowego stylu elżbietańskiego, który łączył w sobie to co angielskie i włoskie. Solidne mury z jasnego kamienia wznoszą się ku górze i załamują przeróżnymi wykuszami. Okiennice, witraże, ornamenty w pełni oddają angielski dwór a pierwotnie ulokowane motywy religijne wspaniale wkomponowują się w dzisiejsze przeznaczenie rezydencji. Nieprawdopodobne, że mieszka tu zaledwie kilku zakonników, których można zliczyć na palcach jednej dłoni choć sama rezydencja posiada 74 pokoje. Wewnątrz mają znajdować się importowane kominki, kamienne posadzki i wykończenia z drewna orzechowego, które miało być importowane z samego lasu Sherwood w Anglii. Tajemniczy ogród pełen jest zbłąkanych alejek, ławek, rzeźb i fontann. W dawnym basenie zrobiono różanecznik. Cztery maleńkie domki z kamienia niczym rogatki stoją na straży posiadłości. Korzystamy z zaproszenia właścicielki i zostajemy w jednym z nich na herbatkę o piątek, w prawdziwie angielskim stylu. Stąd już blisko do plaży gdzie można zbierać ostrygi, woda wyrzuca je na brzeg jak gdyby nigdy nic…      





Wrzesień 2019

Minął rok a my znów zasiadamy do baru w jednym z miasteczek Long Island. Barman stawia przed nami paterę wypełnioną po brzegi zziębniętymi ostrygami. Skraplamy je sokiem z cytryny. Cierpko smakuje pora pożegnań.  Jak to się stało, że mogliśmy tu wrócić? Wraz z końcem lata zbieramy się do domu i już za parę godzin wejdziemy na pokład samolotu. W kieszeni mam kilka muszli z Jones Beach, pamiątkę z najjaśniejszego i najprzyjemniejszego miejsca na ziemi.

Open Air Museum – Long Island

https://kierunekzwiedzania.blog/2019/05/16/kotyliony-i-binokle/

Sztuka to z dzieciakiem · Warmia Mazury

Obecnie w ruinie

I tylko Mikołaj idący krok w krok za mną rozdziawia te swoje oczy, jeśli tylko oczy można rozdziawiać. I ich lodowaty błękit tak mocno mnie przeszywa, że robi mi się nawet niezręcznie. Nie boi się, ale z wielkim niedowierzaniem i niezrozumieniem patrzy na swoją matkę, jakby chciał powiedzieć: mamo co ty do licha robisz? Tylko widocznie czuje, że to nieodpowiednie zdanie dla tak małego chłopca i nie przerywa milczenia. W ciszy przeciskamy się przez wysokie zarośla, czyli ja i dzieci, bowiem za Mikołajem idzie jeszcze jego młodsza siostra. Wyglądamy jak stado gęsi, zwłaszcza że czasem na wyciągniętej szyi wychyli się któraś blond główka, ale głównie giną cali w zieleni. Idziemy zobaczyć z bliska upadek piękna. Już tylko tego należy się spodziewać po pałacu w Słobitach. Może niezbyt trafna rozrywka dla maluchów więc jakoś staram się dodatkowo ich zachęcić barwną historią pałacu, poza tym nie mają nic przeciwko.

Teraz ja wybałuszam oczy z niedowierzania. Przed nami najwybitniejsza realizacja doby baroku na terenie Prus kruszy się w oczach. I ogarnia mnie takie uczucie jak przy jedzeniu malin czy agrestu. Początkowo zbierając owoce cały się pokujesz, ale myślisz – przecież warto, pokusa jest silna. Potem cieszysz się ich smakiem choć sama myśl o owocach była wyraźniejsza i przyjemniejsza niż one same. Więc stoimy przed pałacem, obchodzimy go wokół i okazuje się, że jest to widok daleki od tego jakim chcieliśmy go zobaczyć. Czar wspaniałości towarzyszący temu miejscu prysł. A jaki był niegdyś pałac? Przede wszystkim wielkim założeniem pałacowo-parkowym. Majątek należał do rodziny zu Dohna co już mówi samo za siebie. Achacy – syn Piotra przeniósł się z Morąga do Słobit gdzie wybudowano dla nich Nowy Dom. Jego syn Abraham po zdobyciu wyksztalcenia w kilku ośrodkach europejskich wznosi pierwszy pałac w Słobitach w latach 20. XVII wieku zatrudniając przy tym zagranicznych architektów. Stylistyka pałacu nawiazywala do architektury niderlandzkiej. Renesansowe szczyty, plan na kształt spłaszczonej litery H. Ale to co najpiękniejsze miało nadejść nieco później.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAdwory-001

Dzisiejsza Warmia, Mazury to przede wszystkim zamki krzyżackie i biskupie, dawne kościoły ewangelickie, pałace i dwory z niegdyś rozbudowanymi założeniami parkowymi. Magiczne szpalery drzew, aleje i szlaki konne. Sprowadzani tu zagraniczni architekci dawali wyraz wielkiej klasy. Z analizy planów pałacowo – dworskich dawnych Prus Wschodnich można wyróżnić kilka typów założeń. Słobity, Drogosze, Gładysze należące do rodu zu Dohna jak i inne siedziby o wielkim obszarze zdradzają cechy charakterystyczne dla założeń rezydencjonalnych XVIII wieku. Pałac był usytuowany miedzy dziedzińcem a ogrodem przy czym kompleks gospodarczy daleko odsunięty od zespołu. Park i architektura parkowa była tworzona z zamysłem artystycznym. Przy założeniu posiadającym mniejszą ilość obszaru ale wciąż zdradzającym cechy dużych założeń reprezentacyjnych jest typ z dworem wewnątrz parku z wyłącznie którym był związany. Budynki gospodarcze pozostają wciąż oddalone. Jednak najliczniejszy typ założeń dla średniej wielkości obszaru to typ gdzie siedziba została ustawiona między parkiem a zabudowaniami gospodarczymi. Charakterystyczna dla tego układu jest elewacja frontowa zwrócona w kierunku podwórza gospodarczego oddzielona od niego tylko zielenią. Strefa gospodarcza jest tu silnie zaakcentowana. Rozległy park położony z drugiej strony, często związany był z wodą typu staw, rzeka. Zupełnie odrębnym typem są założenia położone nad jeziorem, których układ zależny był od topografii terenu. Co charakterystyczne dla tych założeń to park otaczający jezioro, a rezydencja usytuowana była na wzgórzu blisko wody z otwarciem widokowym w stronę jeziora.

rodzaje planów


Aleksander zu Dohna poświecił się w całości rozbudowie pałacu przekształcając go w reprezentacyjną rezydencje położoną między dziedzińcem i ogrodem. Pałac wkomponowany w rozlegle architektoniczno-krajobrazowe założenie obmyślił francuski architekt Jean Baptista Broebes. Jego projekt dodatkowo przedłużał istniejący pałac galeriami do których dostawiono prostopadłe skrzydła. Ogród w stylu francuskim roztaczał się po południowej stronie. Kamienny most nad prostokątnymi stawami ustawiono na osi fasady. Słobity należały do tzw. pałaców królewskich gdzie monarchowie zatrzymywali się w podroży oddając się odpoczynkowi i zabawie. Pałac posiadał salę balową a także wspaniałe kolekcje dzieł sztuki. W wyniku działań wojennych w 1945 pałac został spalony, obecnie w ruinie. Ostały się pomnikowe lipy sadzone w 1625 roku i resztki pokaźnej kolekcji,  w tym 4 obrazy i trzy cynowe posążki.

o gościach Słobit w tym Wojciechu Kossaku, pięknej Luizie można poczytać w artykule:

https://www.glospasleka.pl/artykuly/na-tropie-skarbow-ksiazat-zu-dohna-w-slo,a,16387.html

SAMSUNG DIGITAL CAMERASAMSUNG DIGITAL CAMERA

Pan, który wskazał nam drogę co  dokładnie oznacza dziurę w płocie i uprzejmie znalazł w zaroślach ślad po dawnej ścieżce, opowiadał że jeszcze jak był małym chłopcem to widać było założenia ogrodowe, stare alejki. – Ale już nic nie ma, rozebrali pozabierali. Jeszcze jak pałac stał, bo teraz to same cegły – opowiada dalej –  to mieszkała tu w Słobitach starsza pani i ona oprowadzała wszystkich. To przyjeżdżali tu do nas i się patrzyli. Teraz nie ma na co się patrzeć droga pani – zakończył. No to spóźniłam się o jakieś 70 lat. Rzeczywiście wielkie nic. Głucha cisza i pustka po kartuszu herbowym. Za fatygę wskazania drogi życzy sobie zapłaty, co okazuje się w dobie kart dla mnie zbyt wiele. Przetrzepuję portfel i torebkę, do licha żadnej gotówki? Wygrzebuję z kieszeni Mikołaja jakieś monety które miał odłożone na lody. Wręczam panu mniej niż równowartość czterech złotych zapewniając o mojej dozgonnej wdzięczności i życzę miłego dnia. Mikołaj tylko kręci oczami, nie wiem czy na myśl o potencjalnej stracie ulubionego deseru czy moich pokracznych formach wdzięczności i niskiej zapłacie. Potem mu powiem, że to było konieczne a lody z pewnością zjemy w Ornecie.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 

Niedaleko znajduje się również zabytkowa stacja kolejowa Słobity, którą na szybko udało nam się wcześniej obejrzeć. Następnie kierujemy się w stronę Ornety zatrzymując w Gładyszach. Tam chcieliśmy zobaczyć pałac, ale akurat trwały przy nim prace remontowe otoczone wysokim płotem. Jedynie co udało nam się uwietrznić to tablice informacyjne i dzisiejszy dom mieszkalny z przeuroczą wieżyczką.

Pałac w Gładyszach także był siedzibą rodową rodziny zu Dohna, którą odziedziczył Christoph – brat Aleksandra. Początkowo będący tam dwór nie spełniał wymogów i właściciel pozostawał na stałe w Morągu. Okoliczności, które sprawiły że zmuszony był do zamieszkania Gładysz sprawiły, że do projektu przebudowy zatrudnił francuskiego architekta Jeana de Bodt. Co ciekawe pracował on przy realizacji Poczdamu. Ukończony pałac świecił przykładem baroku holenderskiego, wyróżniając się detalem architektonicznym i harmonijnym przenikaniem zabudowań z krajobrazem. Malowniczo otoczony sześcioma stawami był piękną rezydencją o wyjątkowej aurze. Następny właściciel Carl Florus zu Dohna zadbał o rokokową sztukaterie i poszerzył koncepcję ogrodu między innymi o chińską herbaciarnię. W okresie letnim w oranżerii chodowano drzewka cytrusowe i jadano posiłki. Robiono tu słynną marmoladę pomarańczową, która kusiła swym smakiem.

Pałac przetrwał wojnę. Zajął go ogień w 1986 roku, dziś w remoncie.

ORNETA: link do wpisu

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 

*dawne zdjęcia pałaców i stacji pochodzą z portalu: https://polska.fotopolska.eu/

* informacje o pałacach z nieocenionej książki:

20190614_174127