Muzeum Otwarte · Sztuka to z dzieciakiem · Warmia Mazury

Święto ziół i malowane kwiaty

Maj 2016 / Sierpień 2019

Mikołajowi.

Pamiętasz jak wtedy maił się maj? Rozbielony kwiatostanem pejzaż mienił się w słońcu wprawiając w drganie nieprzyzwyczajone jeszcze powieki. Zdmuchnięte dmuchawce unosiły się delikatnie, a było to – pamiętasz? – nasze pierwsze rodzinne zwiedzanie skansenu naznaczone orientalnym motywem z cygańskiego wozu. Bogate chaty przyciągały barwną stolarką okienną i drzwiową. Cieszyły nas wówczas te zielenie, błękity i brązy tak nowe dla zaspanych po zbyt długiej zimie oczu. Delikatność mchu, który pokrywał dach miała w sobie coś baśniowego. Chaty w muzeum mają charakterystyczny dwuspadowy dach z płaskim gzymsem, nierzadko wykończony podłużną dekoracyjną deską na szczycie. Zdobienia o formach geometrycznych i zoomorficznych można było podejrzeć także na skrzyżowanych krańcach wiatrownic nazywanych ŚPAROGAMI. Nie ustępowały im także w swej krasie PAZDURY – zdobione deski umieszczone na szczytach. Drewniany ptak przysiadł i czeka. Ryglowe ściany, żuraw studzienny i domy podcieniowe opowiadają historie Powiśla, Warmii i Mazur a wszystko to znaleźć można w parku etnograficznym w Olsztynku.

Wyniki wyszukiwania dla wyrażenia olsztynek

To nie prawda, że patrząc na obrazy w ramach nie jesteś w stanie poczuć ich zapachu i smaku. Cierpko smakują porzeczki ze stołu holenderskiego malarstwa a wonny i liryczny jest Dziwny Ogród Mehoffera. Mikołaj całkowicie wtopił się w  wiośniany krajobraz. Przybrał postać uroczego chłopca jakby tuż przed chwilą wyszedł z płótna mistrza. Zamiast malw ma garstki dorodnych dmuchawców. Zamieram w tym widoku. Czy do każdej chwili naszego życia jesteśmy w stanie dopasować dzieło sztuki? Idylla dzieciństwa, potęga przyrody – ile będziesz z tego pamiętał syneczku? 

ladne2

Teraz spójrz, meble ludowe przed nami. W drewnianej kołysce tuliła się do snu dziecina. Schowany w posagowej skrzyni welon zamknął na spust stare czasy. Rodzinna szafa i łóżko z podniebziem umila sny po ciężkim dniu pracy. Pod białą pierzyną grzeją się przemarznięte ciała. Z piecowych kafli można poznać smak chleba i wyczytać historie. Za rogiem rośnie pole słoneczników, a ze wsi Słonecznik pochodzi mebel z ornamentem kwiatowym – stylizowane ulubione tulipany i narcyze. Upijamy się w pijalni ziół naparem z bzu, rozmyślając o tym co minęło i co nadchodzi. Celebrujemy ostatnie chwile w trójkę.  Kołysze się we mnie mała dziewczynka, która właśnie rozpoczyna serię podróży po skansenach. Przyjemnym zefirkiem otula nas ta wiosna, tylko nie ma tego złego nad nami, ważka przeleciała nad głową i zniknęła.

DSC01980

W chałupie ze wsi Kaborno jest wystawa istny cud – prezentacja malowanych mebli ludowych. W całym skansenie znaleźć można skrzynie wianne, kredensy, szafy, łóżka z podniebziem, kołyski biegunowe, zydle, kufry. O meblach warmińskich można mówić jako o unikalnych. Utrzymały własny styl, zachowując przy tym w pełni swoją indywidualność. Dekoracje na licach nie przypominają w żaden sposób intarsjowanych i rzeźbionych mebli gdańskich. Ich wzory bliższe są dekoracji malarskiej drewnianych stropów kościelnych.  Elementami wyróżniającymi skrzynie są bogate opracowania architektonicznie i barwnie. Szafy są zazwyczaj 1-2 drzwiowe, złożone przeważnie z 3 części – podstawy, szafy właściwej i gzymsu. Jak i w skrzyniach lico ma zasobną dekorację, malaturę. Przeważają motywy kwiatowe, rzadziej drzewko życia. Szafy mazurskie mają ciekawy gzyms koronujący wzbogacony ornamentem a z Warmii i Powiśla gzyms płaski złożony jedynie z kilku płytek i sim. Są też narożne kredensy – rogale, a każdy egzemplarz jest świadectwem wysokiego poziomu potrzeb estetycznych.

meble20190815_143313meble-001meble-002


Sierpień 2019

W sierpniowe Święto Ziół wracamy do Muzeum Budownictwa Ludowego, zniknęła jednak majowa aura. Dorodne sad i lato w pełni bardziej przypominają ogród ze wspomnianego płótna. Tylko nasz chłopiec wyrósł, pogubił piękne loki. Od samego wejścia można poczuć ziołowy aromat. Napary na spokój ducha, na gorączkę, na krztusiec. Żankiel na rany, robinia akacjowa na nerwy, głóg na ciśnienie. Lubczyk na miłość, tymianek na powodzenie. Ziołowa apteczka i kuchnia. Święcenie zbóż i kwiatów, wianki, suszone bukiety, zielarskie wróżby. Stragany pachnące bochenkami chleba i woda różana. Jałowcowe piwo umila nam wypoczynek na trawie. Kiedyś tu było – pamiętasz? – nasze pierwsze rodzinne zwiedzanie skansenu. 

ladne320190815_120036ladne4-00220190815_12232320190815_140327ladne520190815_143541ladne4-001

W muzeum jest altana parkowa która jest kopią obiektu z pałacu w Judytach 

„DAWNE MEBLE LUDOWE PÓŁNOCNEJ POLSKI”

 

20190815_143516

Sztuka to z dzieciakiem

Brulion wspomnień

Rozpoczęło się liceum, my pierwszoklasiści staliśmy wężykiem do sekretariatu. W małym korytarzu unosił się zapach olejków do opalania i świeżych koszul. Po prostu nie mogłam  się na nią napatrzeć, wyglądała jak bohaterka z ostatnio przeczytanej książki. Tak sobie ją wyobrażałam. Poruszaliśmy się nieznacznie do przodu, osoba za osobą. Stała kilkanaście kroków przede mną i widziałam ją dopóki szyk nie wymknął się z ładu. Czas się dłuży i nuży w otoczeniu obcych twarzy. Po chwili znów ją widzę i patrzę się na nią co raz już bardziej zaciekawiona. Studiuję jej profil, kolor włosów i gesty. Dziewczyna unika moich spojrzeń i prostuje się odruchowo. Robi mi się nawet głupio, ale nie mogę się powstrzymać. To musi być ona, Beata Bitner z książki Musierowiczowej! – Cześć, jestem Beata – zwraca się tak po prostu bohaterka po przydzieleniu nas do jednej klasy. Świat mi zawirował: BEATA??!! – krzyczę i słyszę ten niestosowny piskliwy dźwięk, który wydobywa się samowolnie z moich ust i tworzy aromat niezręcznej chwili między nami. Pokochałam ją od pierwszego momentu, miłością na trzy lata w jednej ławce, na każdy przedmiot bycia razem i chwile poza murami szkoły. Może to za sprawą „Brulionu Bebe B.”, a może tak po prostu się lubimy. Z falbaniastych spódnic, repertuaru Myslovitz i wcale niewykwintnego wina, które ubywało za starymi murami kamienic wyrosła nasza przyjaźń.

– Beata! – znów krzyczę po latach, ale będziemy miały tu pięknie! Moja towarzyszka, świeżo upieczona matka znosi właśnie wszystkie leżaczki-bujaczki, stosy pampersów i wszelkie urządzenia dzisiejszych niemowląt.  Jej syn gaworzy na potwierdzenie, gdy moje dzieci otoczyły go jak dwa sępy. Pięknie w tych Dębkach, na naszych babskich wczasach! Jest wyjątkowo ciepła połowa września,  miesiąca wrzosów a tu w Dębkach dodatkowo miejsca pamięci profesora Wrzoska. Jest po prostu wspaniale.

P1050133

Nieoceniony klimat po sezonie daje się odczuć na każdym kroku. Pustka, kojąca cisza i ten zapach igliwia. Z miasteczka wszyscy wyjeżdżają, słychać ostatnie postukiwania narzędzi przy zamykanych kramach i bzyczenie os, które garną się do naszych lukrowanych jagodzianek. Nikogo więcej nie ma. Kto nie mieszkał nad morzem ten nie zrozumie widoku zdziwionego dmuchanego krokodyla w sezonie, który zatopiony pod pachą Wczasowicza chce wydać ostatnie tchnienie. Mówią o tym jego szeroko otwarte i mocno wymalowane oczy. Właściciel popularnej zabawki w tych stronach (rzecz jasna dostępnej także w innych wariantach) z racji przebywania w mieście nadmorskim hasa w skąpym przyodzieniu jeszcze daleko poza plażą, wycierając z czoła kropelki potu i  ostatnie krokodyle łzy. Już dawno przestał przejmować się, że w lustrze nie dostrzega dawnego atlety. Jego zręczność i wytrzymałość przełożyły się na łapanie dzieci w locie i pokłady ojcowskiej cierpliwości. Ojciec Wczasowicz przybiera na wakacjach postawę herosa i w geście polskiej gościnności zaprasza całą rodzinę na gofry. Rozpływa się gotówka jak bita śmietana w upale z zaklętymi owocami w żelfixie.  I nas mieszkańców zazdrość zżera nie tylko na myśl o  wakacyjnych, słodkich przyjemnościach. Chodzimy latem do pracy ubrani w stroje spod hasła dress code i savoir-vivre, przedzieramy się przez tłum jako zwykli śmiertelnicy w nadziei, że dziś się nie spóźnimy. Rozpoczynamy sezonową walkę, gdy w tym czasie turyści zaczynają kosztować nadmorskiej ambrozji w postaci piwa podawanego z sokiem malinowym. Dlatego po sezonie jest zdecydowanie najlepiej. Wszyscy są spokojniejsi, zrelaksowani. Biel piasku i błękit wody łagodnie pieści zmysły, pochyłe od wiatru drzewa kłaniają się na dzień dobry. Nic nie mąci surowego nadmorskiego krajobrazu. Delikatnie oblizuję usta sprawdzając czy mają już słony posmak. Lodowata woda rzeki tworzy malowniczą tasiemkę wpadającą do morza. Nie mamy ochoty iść do kolejnego przejścia wiec przechodzimy ją boso. Woda w jednym miejscu sięga zaledwie do kolan.

P1050137debki blogNa początku było tu tak jakby sezon zupełnie miał nie nadejść. Stało tylko kilka chat polskich – kaszubskich i ze trzy niemieckie. Rzeka Piaśnica, wyznaczała granicę państw, miejsce zapomniane i obce. Dziś jeszcze przypomina o niej zrekonstruowany  kamień wersalski ustawiony zaraz za malowniczym mostkiem. Gdy profesor Wrzosek przybył do Dębek musiał przeżyć iście prawdziwy zachwyt, który zaczyna się małym niepokojem gdzieś w głowie, przechodzi lekko w kołatanie serca i swędzenie w koniuszkach palców. To  tu w Dębkach znajdowała się północno-zachodnia granica, gdzie przybywano po symbolicznych zaślubinach Polski z morzem. Wyprawa na sam kraniec kraju ma w sobie coś romantycznego. Wyobrażałam go sobie będąc w Dębkach wiele razy, zazwyczaj oddającego się talasoterapii w pasiastym kostiumie z epoki. Zakręcał od czasu do czasu w zadumie wąsa stojąc nad brzegiem morza, wsłuchiwał się w szum fal, by potem wrócić do swoich naukowych obowiązków. W niedzielne popołudnie jadał słodki poczęstunek udekorowany malinowym bukietem zerwanym prosto z ogrodu pana Grena, którego dom wraz z rodziną zamieszkiwał aż do połowy września.

20180917_143124

Nasza połowa września okazała się nad wyraz piękna i chyba nikt się tego do końca nie spodziewał. Tu przy Piaśnicy, której wody nas nieustannie zachwycały  mieszkał niegdyś rybak Jan Gren, którego niesforna rzeczka skłoniła do sprzedaży ziem i wyprowadzenia się w głąb lądu. Profesor Wrzosek wykupując od niego gospodarstwo dał początek nowej epoce. Rozpoczęło się w Dębkach modne letnisko. Zbliżał się właśnie maj, rok 1922, gdy nadmorską wioskę zaczęli zamieszkiwać kolejni letnicy, głównie towarzystwo lekarskie z Poznania. Stawiali domki letniskowe i wille. Bronisław Niklewski znany fizjolog roślin  wykupił dom pod strzechą i prowadził obserwacje nad fotosyntezą Mikołajka nadmorskiego wdychając przy tym nieskażone niczym powietrze. Państwo Wrzosek założyli w salonie muzeum etnograficzne zbiorów kaszubskich, które z czasem doczekało się nawet własnej siedziby w postaci chaty kaszubskiej. Był to największy na tamte czasy zbór eksponatów. Dziś Dworek państwa Wrzosków stoi odnowiony a dawne kolekcje rozproszyły się wraz z widmem minionych czasów. Na parceli obsadzonej przez profesora drzewami powiewają już tylko przypieczętowane pinezkami strzępy ogłoszeń wynajmu. Kołyszą się niedbale w takt nadmorskiej bryzy wakacyjne oferty kupna i sprzedaży rzeczy wszelakich. Na marne szukać także domku pana Iwaszkiewicza czy pani Hinzowej. Murowana willa Otomańskich zniknęła w skutek wojennych czarów. Zburzono domy, jeden po drugim. Willa Wrzosków została ogołocona z drzwi, okien, futryn, podłóg i pieców. „Daj Boże, aby Dębki wróciły rychło do swego przedwojennego kwitnącego stanu!” – pisał profesor w grudniu 1957 roku.

drogosze120180917_135109

Potrzebę odprawiania mszy w Dębkach jeszcze przed wojną jako pierwsza poruszyła żona prof. Wrzoska. Oddając stodołę na miejsce spotkań, zorganizowała tymczasową kaplicę czynną w sezonie letnim przy współpracy XX. Zmartwychwstańców. Dopiero w 1935 roku powstał w Dębkach piękny kościółek z drzewa modrzewiowego, którego  wystrój zaaranżowali kaszubscy rzeźbiarze. W tym czasie państwo Wrzosek przebudowują także swój dom. Chata rybaka jak za sprawą złotej rybki zmienia się w uroczy dworek. Dawna posiadłość profesora  i kaplica stoją niemalże obok siebie. Niestety dzisiejsze oblicze drewnianej fasady kościoła burzą banery reklamujące wiarę, ukoronowane wielką tarczą plastikowego zegara. Niemniej jednak jest to piękna architektura na planie litery „T” i z podcieniem, którą ktoś potraktował z wielkim nietaktem. Na szczęście Mikołaj zażyczył sobie by coś już zjeść i odgonił mnie od nieestetycznych myśli. Przypomina mi się jeszcze historia zaginionej gipsowej figury Matki Boskiej Morskiej, która miała się tu znajdować. Rzeźba wzbudzała zgorszenie przez delikatne i zwiewne odzienie madonny, oplatające przy tym jej kobiece kształty. Jedno przychodzi na myśl – Afrodyta wychodząca z piany morskiej.

20180918_154729debki blog-001

Padło na rosół, nie ma co ryzykować z wykwintnym podniebieniem mego syna. Rosół to rosół, receptura ta sama od pokoleń i nic nas nie zaskoczy. A jednak Mikołaj pyta patrząc mi w oczy:  mamo co to jest? Pytanie proste, odpowiedź zupa. Nachylam się jednak badawczo nad obiadem. Wkładam łyżkę, mieszam, nabieram zupy i znów wlewam do środka przybierając przy tym minę prawdziwego eksperta. Spektakl zakończony, diagnoza zapadła – to nie jest rosół! Mikołaj zgodnie kiwa głową. Uznałam, że to pomyłka. Zupa jak to się okazało później nazywała się „po sezonie”. Kolor brunatny, ciecz oleista w miarę gęsta, dosolona. Zanim jednak dowiedziałam się co zamówiłam, panie z restauracji zrobiły wielkie oczy dmuchanego krokodyla i dam wiarę, że zastygły bez ruchu. Zegar na kaplicy tyka a tu jakby czas się zatrzymał. Jedna z pań ułożyła nawet usta w dziubek jakby chciała coś powiedzieć ale nic nie mówi, ja też. Cisza po sezonie. Patrzy  się na mnie i widzę jak upodabnia się do ryby namalowanej na obszernym menu. Po chwili mówi, że już właściwie jak wiadomo jest po sezonie. Odstawiam miseczkę i na pocieszenie kupujemy sobie lody, w końcu jesteśmy na wakacjach! Mikołaj jest przeszczęśliwy.

debki blog-002

Kiedyś Dębki zamieszkiwał Józef Kur, dozorca wydm. Pilnował piasku i miał oko na wszystko. Ruchome wydmy znają wiele tajemnic, kryją też skarb skradziony z angielskiego statku. Na wydmach porasta także mikołajek nadmorski, który leczy schorzenia a zakochanym letnikom służy jako afrodyzjak. Stał się też inspiracją do haftu kaszubskiego. Mój Mikołajek w sezonie letnim także zwany dzieckiem nadmorskim buduje zamki z piasku i sprawdza smaki z ostatniej czynnej budki z lodami. Chodzimy po leśnych ścieżkach, zbieramy maliny i odkrywamy zakamarki tego niezwykłego miejsca. Za płotem w gąszczu traw i drzew rysuje się chata rybaka. Dalej jest cicho i pusto. Z wieży widokowej czynnej w sezonie, a po sezonie tylko w wyznaczone dni można obejrzeć panoramę morza. Na plaży przy wejściu oznaczonym „19” zaraz za Rybaczówką stoją żółte, niektóre finezyjnie malowane łodzie rybaków. Opowiadam dzieciom historię rozbitego statku, którego wrak znaleziono tuż obok ujścia Piaśnicy. Angielski żaglowiec, który wyglądał jak ten na którym James Cook opłynął świat wracał ze Sztokholmu. Zerwał się wiatr północno zachodni i silny sztorm zatopił statek wypełniony ładunkami żelaza. Legendy o nim snuli od dawien dawna miejscowi rybacy, których historie przyczyniły się do znalezienia wraku. Żaglowiec General Carleton zatonął we wrześniu 1785 roku.

Jest wyjątkowo ciepła połowa września 2018 roku,  miesiąc kwitnięcia wrzosów.

P1050182P1050172

  • W roku 1995 rozpoczęto badania nad wrakiem zlecone przez Centralne Muzeum Morskie w Gdańsku. W muzeum możemy podziwiać eksponaty wydobyte z wraku statku. Mój ulubiony – kubeczek fajansowy został jak i inne eksponaty oznaczony symbolem W-32. Pięknie zdigitalizowane można obejrzeć na stronie: 

https://kolekcje.nmm.pl/Home/SimpleSearch

Desktop1

 

 

  • Przekrój, nr 3 (3558)/ 17 LATO 2017
  • B. Nikliński założył w 1959 roku rezerwat przyrody „Piaśnickie łąki”
  • Historia profesora Wrzoska i Dębek została opisana na podstawie pamiętników m.in. „Kartka z historii Dębków”, „Wyciąg z Księgi Pamiątkowej XX. Zmartwychwstańców w Dębkach”, „Pamiętnik Adama Wrzoska (1875-1965) i własnych wspomnień z wakacji.
  • Polecamy domki Nemo i Fajne Miejsce, zwłaszcza po sezonie 🙂
  • z Dębek już bardzo blisko do muzeum otwartego Zagroda Gburska i Rybacka / Nadole

https://kierunekzwiedzania.blog/2018/10/09/sledzie-po-kaszubsku-i-atomy/

Muzeum Otwarte · Na Szlaku · Sztuka to z dzieciakiem · Uncategorized

Śledzie po kaszubsku i atomy

Byliście kiedyś w niewielkim muzeum otwartym w Nadolu? Ten maleńki skrawek oddziału Muzeum Ziemi Puckiej skrywa w sobie wiele tajemnic. Rozległe wody jeziora Żarnowieckiego kołyszą zacumowane łodzie a wrześniowa cisza podpowiada, że już po sezonie. Wytężcie jednak wzrok, tam po drugiej stronie jeziora była wieś. Wieś była i wsi nie ma, ot co. Mężczyźni spakowali rodzinny dobytek, kobiety powybierały co lepsze pościele z haftem kaszubskim i wszyscy jak jeden mąż opuścili jedno z najstarszych miejsc osadnictwa na Pomorzu. Rozpoczęła się w Kartoszynie budowa Elektrowni Jądrowej.

blogblog-001

 Wieś była – wsi nie ma, elektrowni zresztą też a ogromne jezioro stoi jak stało. Spokojny rytm szuwar trzcinowych można zauważyć już z zagrody rybackiej. Mieszkańcy wsi z trzciny jeziornej pletli sobie dach nad głową. Sama architektura domów szachulcowych ostro odcina się od jesiennego krajobrazu.  Powstawały z gliny i siana co czyniło je lekkimi tak, że nie zapadły się na podmokłym terenie. Słupy ustawiano w kratkę i malowano czarnym jak noc dziegciem. Przestrzeń między nimi tynkowano, pokrywano białą farbą i powstawała szachownica. Cudo, prawda? Nie mylcie jej z murem pruskim, który wypełniano cegłami.

20180919_153340

W ten sam sposób zrobiono chatę gburską, którą wykupiono od rodziny Rutzów. Drewniana figura Chrystusa Frasobliwego znajduje się przed jej wejściem. To typowe przedstawienie w polskiej kulturze ludowej powstało już w XIV wieku. Zamyślony Chrystus wspierający swą głowę na dłoni najczęściej przedstawiany jest w formie rzeźbiarskiej. Smutne oblicze niosące znaki męki pańskiej urozmaicano koroną cierniową, perizonium, czaszką Adama pod stopą lub berłem czy trzciną w dłoni. 

20180919_153634blog-003

Cichutko w skansenie w Nadolu. Jabłonka kłania się w pas od owocnego urodzaju, gołębnik wyścielił się puchem z piór. Pokryła się śnieżną pierzyną wystawa zabaw zimowych w stodole.  Opuszczone ule i piec chlebowy mówią, że toczyło się tu życie w spokoju i dostatku. Makatka przytacza przysłowia o dobroci i wdzięczności, a na haftowanej serwecie w żółto-niebieskie kwiaty zastawiano półmisek śledzi po kaszubsku. Przypłynęły ostatnim statkiem pasażerskim kończące się ciepłe dni września.

blogblog-002

*Oddział Muzeum Ziemi Puckiej im. Floriana Ceynowy: „Zagroda Gburska i Rybacka”

*Historia rodzin z Kartoszyna została pokazana w filmie „Ojcowizna” (I.Engler)

https://kierunekzwiedzania.blog/2017/07/10/lyzka-dziegciu-w-beczce-miodu/

Co łączy Gdańsk z tymi terenami? Opactwo jak  i jezioro to dawna własność cystersów z Oliwy. Wchodzą w skład trzech głównych kompleksów pocysterskich w ramach Pomorskiej Pętli Szlaku Cysterskiego. Szlak ten to część większego szlaku w Polsce. To jak, zwiedzamy?

20180919_154003

Muzeum Otwarte · Sztuka to z dzieciakiem

Kolbuszowa

Kolor zielony ma nieskończenie wiele odcieni. Zielono mi w Kolbuszowej. Dojechaliśmy do Parku Etnograficznego Kultury Ludowej. Muzeum otwarte przywitało nas wiosennie i nad wyraz spokojnie. Ogromne rozmiary wiszących na horyzoncie chmur burzowych wcale nie pośpieszają nas ze zwiedzaniem. Zielono mi na skrawku ziemi Rzeszowiaków i Lasowiaków. Prąd ciepłego powietrza unosi się wysoko, rozszerza i ochładza. My chłodzimy się lodami w odcieniu bieli i limonki, bo robi się powoli duszno. Topią się stożki na patyku i maleńkie dziecięce dłonie masz całe w klejącej mazi. Uroczo oblizujesz paluszek po paluszku. Jak konwalie wyglądają kropelki roztopionych lodów na stole. Siedzimy w zabytkowej recepcji z kawiarnią. Przez okno obserwujemy jak idzie noc z deszczowych chmur, pora iść zwiedzać! Wszystko intensywnie pachnie nam soczystą zielenią. Obserwujemy jak ten młody las kołysze się na wietrze. Na Twojej popielatej koszuli pojawiają się pierwsze krople deszczu. Staw jest pełen rechotu żab i unoszącej się nad nim mgły. Chaty już pozamykane, zaglądamy więc przez okna. W chałupie z Wrzaw ma swoją wystawę zabawek nieżyjący już pan Stanisław Naroga. A w jej wnętrzu dawne formy charakterystyczne dla ośrodka z Brzózy Stadnickiej, elementy do tworzenia zabawek i własne nowe formy. W tej ciszy leśnej nie ma zwiedzających, Tylko ja i Ty. Spacerujemy z dziećmi od kapliczki do kapliczki, od paproci do paproci. Do dziś pamiętamy, że było nam w Kolbuszowej jakoś wyjątkowo pięknie, spokojnie i bardzo zielono.

kolbuszowa3kolbuszowa4kolbuszowa1

Musiało minąć trochę czasu jak zaczęto malować zabawki na zielono. Początkowo miały odcień buraczkowo-fioletowy jak zimowe rumieńce na twarzy Marcina Guzego. Wystrugał on raz głowę konia i od tego zaczął się cały korowód zabawek w Brzózie Stadnickiej. Gdy nadchodził okres zimowy i bieda z nudą chętnie zaglądały do okien, Marcin strugał dla wszystkich. Dołączali się do niego sąsiedzi. Uśpione pola nie wymagały opieki, a każdy grosz ze sprzedaży się przyda. Rzeszowiacy nie byli bogaci, nędznie szedł przemysł fabryczny więc w małych chałupach chałupniczo dorabiali chłopi czym się dało. Marcin Guzy koników nie malował, za to miały podstawki na kółkach. Dla starszych wyrabiał fajki zakończone przedstawieniem ludzkiej głowy. Głowę na karku mieli jego następcy, gdy podejrzeli wzory z fabryki zabawek w Leżajsku. Bracia Guzy wraz z siostrą Agnieszką malowali koniki i upiększali je dodatkowo charakterystycznymi czarnymi ciapkami. Wyróżniał ich zabawki także szafranowo – żółty odcień i prosty ornament kwiatowy. Kolekcja wzorów się powiększała. Wytwarzano rozmaitości: łóżeczka i kołyski, kurki dziobiące ziarenka i ptaszki klepotki z ruchomymi skrzydełkami. Popularne w Brzózie Stadnickiej były też pajace na sznurkach i kaczki. Szymon Guzy rzeźbił też duże koniki do karuzeli. Kręciło się w głowie od barw i różności. Wzorów i twórców zabawek przybywało. Założono spółdzielnie, która pozyskiwała od rzemieślników zabawki na sprzedaż. Szybko zakończył się jednak galop sukcesu. Gonitwa za zyskiem obniżyła znacznie jakość produktu i zabawki z Brzózy Stadnickiej poszły na strych. 

kolbuszowakolbuszowa-001

Niemniej jednak w Polsce w odróżnieniu do Zachodu nie istniał przepis cechowy dotyczący zabawkarstwa, co dało pole do rozwoju tej dziedziny. Największy targ zabawek odbywał się na krakowskim Emaus, gdzie w poniedziałek wielkanocny można było kupić barwne cudeńka. Wystawiano tam zabawki od najstarszych znanych form po współczesne autorskie projekty.

DSC08208

Głównym ośrodkiem produkcji stolarskiej na terenach południowo-wschodnich była właśnie Kolbuszowa. Stanowiła centrum ośrodka w którego skład wchodziły liczne wsie i miasteczka. Meble z Kolbuszowej charakteryzowały się prostą bryłą, intarsją geometryczną i roślinną.  Często ornamentyka mebli z Kolbuszowej wskazuje na związki ze sztuką ludową jak wykorzystanie motywu „gwiazdy”. Meble z Kolbuszowej słynęły głównie z integracji funkcji. Jeden mebel potrafił łączyć w sobie trzy rodzaje mebli siedemnastowiecznych: biurko, sekretarzyk, bieliźniarkę. Meble produkowane w Kolbuszowej w inwentarzach są wymieniane jako pierwsze, uznając je za najcenniejsze i piękne. Drugim największym ośrodkiem meblarskim był Gdańsk a wraz z nim jego słynne szafy gdańskie.

 

W niedalekiej odległości od Parku Etnograficznego Kultury Ludowej w Kolbuszowej jest muzeum otwarte w Markowej.

https://wordpress.com/post/kierunekzwiedzania.blog/906

20180808_13540920180808_135433

  • Tadeusz Seweryn „Polskie Zabawki Ludowe”
  • Tekst piosenki „Zielono mi” A. Osieckiej, polecamy wersję K. Nosowskiej czyli N/O Nosowska / Osiecka
Muzeum Otwarte · Na Szlaku · Projekty · Sztuka to z dzieciakiem

Markowa i jej świat

PKS zatrzymuje się zaraz za znakiem droga kręta. Przystanek ustrojony blachą falistą ledwo trzyma się podkarpackej stylistyki. Za płotem ktoś prowadzi sprzedaż drzewek owocowych. W dali słychać dzowny kościelne a pod sklepem bawiące się dzieciaki. Nic się ciekawego nie dzieje. Na tle okruszonego tynku wybija się żółta budka telefoniczna, znak nowych czasów – przeżytek? Markowa to wieś zawieszona między jest a nie ma, ale z pewnością nie jest to byle jaka wieś.

Minęło tyle lat,
harmonia znów gra,
obłoki płyną w dal,
znów toczy się świat.

Na niewielkim skrawku ziemi we wsi Markowa jest skansen, zagroda. Historia wsi zaczyna się od prawdziwego rytuału kupna biletu oraz soczysto-zielonej trawy, świeżo bielonych pni drzew i opadających płatków jabłonek. Cieszymy oczy widokiem by za chwile przejść do Muzeum Markowskiego Pożarnictwa. Zebrano tam ojców dzisiejszych wozów Ochotniczej Straży Pożarnej, na czele z samym świętym Florianem. Drewniany strop gasi gorąc wiosennego słońca.


Wypiękniał nasz Bełz,
w ogrodach, na drogach bez.
Nikt nie chce pamiętać,
nikt nie chce znać smaku łez.

 

DSC08192markowa-004

We wnętrzach chat ospałych od kurzu z pozoru wszystko jest uporządkowane, a jednak trudno jest się tam odnaleźć. Wychodząc z sieni drugimi drzwiami dochodzimy do stajni. Trzeba tylko zrobić kilka kroków po charakterystycznej ławie umieszczonej w poprzek. Taką podgródkę spotkamy jeszcze w innym skansenie, niedaleko stąd. Między chałupą Rafała Dźwierzyńskiego, która jest sercem skansenu, a tak zwaną oborą znajdujemy nasz ulubiony symbol solarny przy którym wyryto w miękkim drewnie „1852 4 maia” – chałupę według informacji wybudowano w 1874 roku. Nie ma nikogo komu można zadać pytanie…chodzimy sami dla siebie.

I tylko gdy śpisz,
samotny i sam,
i tylko gdy śpisz,
płyniesz, giniesz tam…

markowa-001

W izbach, zaraz pod stropem zawieszono kapliczki i obrazy wyznaczając tym sferę sacrum. Dodatkowo potwierdzają to wskazujące palce świętych surowo uniesione w górę. Z gestu błogosławieństwa zrobiło się nawoływanie o ciszę. Wszystkie oleodruki wesoło zostały ustrojone kolorowymi wiankami kwiatów z bibuły. Nad usłanym puchową bielą łożem, niewielkie choć w swej formie dostojne, znajdują się kwieciste makatki i tradycyjne pająki strzegące snów. Wisi biała kobieca koszula. Tylko puste klatki dla ptaków, brak kukułki w zegarze mówią o tym, że sen zapadł na dobre.

Gdzie tata i mama
przy tobie są znów
i czule pilnują
malutkich twych snów.

markowa-005markowa-002markowa-003

Dziś „Galeria pod strzechą” jest czarno-biała od fotografii. Wisi samodzielnie zrobiony plakat, który finezyjnie pociągnięto flamastrem. Hasło okalają ślady po ramce. Godne uwagi słowa pamięcią wracają do uczniów Polski Ludowej. Ludność Markowej upamiętnia też rok 1944. Opisany jest dokładnie czerwoną plamą na starej fotografii. Ze zdjęcia spogląda też rodzina Józefa Ulma. Amatorski zespół teatralny wystawia sztukę „Upiór w kuchni”. Zbior artykułów i wycinki z gazet głoszą o wielkiej zbrodni w Markowej, głos zabiera także wiejska Orkiestra dęta.

Miasteczko Bełz,
kochany mój Bełz.
W poranne gazety ubrany
spokojnie się budzi Bełz

DSC08091

Zagroda w Markowej żyje pracą.W kuźni kowal wyrabia podkówki, olejarz wlewa kupcom olej do głowy, sołek rośnie od ziarnka do ziarnka. Robotnice szykują ule pełne miodu, stroją się w czepce pracowite modnisie. I kręci się życie, koło za kołem wyznaczane ramionami potężnego wiatraka.

Łagodny świt
w zwyczajnych dni rytm,
w niedziele bezpieczna
nad rzekę wycieczka
i w krzakach szept.


Na progu markowskiego kościoła świętej Doroty rozsypano kwiaty ślubne. Patronka botaników, kwiaciarzy, młodych małżeństw i matek jak ulał wpisuje się w historię wsi. W ikonografii występuje jako młoda kobieta wiosennie ozdobiona kwiatami. Zimą, w okresie Bożego Narodzenia według teatru tradycji ludowej wystawiano „Chodzenie z Dorotą”. W roli głównej Dorota i Fabrycjusz – król pogański chcący ją poślubić. Kobieta nie usłuchała poleceń króla przez co ginie w sposób tragiczny. Kolejne sceny pokazują jej męczeństwo. Gościnnie gra anioł, kat i diabeł. Przedstawienie kończy się sceną porwania króla do gorących czeluści piekieł.

Miasteczko Bełz,
main sztetełe Bełz.
Wypłowiał już tamten obrazek,
milczący, płonący Bełz.

Markowa dzięki zagrodzie została wpisana na Szlak Architektury Drewnianej województwa podkarpackiego. Trasę oznaczono szczęśliwą cyfrą 7. Do najciekawszych obiektów na szlaku rzeszowsko-jarosławskim należy cerkiew grekokatolicka w Tyniowicach, zespół dawnego Pałacyku Myśliwskiego „Julin” w miejscowości Wydrze i kościół z końca XVI w. w Nowosielicach.

Dziś, kiedy dym,
to po prostu dym.
Pierścionek na szczęście,
w przemyśle zajęcie,
w niedzielę chrzest.

DSC08064

Pobrali się w 1935 roku. Józef zajmował się sadownictwem, Wiktoria doglądała dzieci. Dom wraz z pociechami rósł w książki i fotografie, które były pasją Józefa. Aparaty fotograficzne pozwalały mu uwietrzniać momenty z życia najbliższych, jarmarki i festyny w Markowej. Słodycz kwitnącej wsi mija wraz z gorzkim smakiem trzech litrów wódki, które wypito po dokonaniu zbrodni na całej rodzinie Ulmów i ich ośmiu lokatorów żydowskiego pochodzenia. Rodzina Szallów i Goldmanów długi czas ukrywała się na strychu chaty.

Białe ziarno, czarny mak,
młodej żony słodki smak.
Kroki w sieni… nie drżyj tak,
to nie oni. To tylko wiatr…

24 III 1944 – rozstrzelano szesnaście osób. O zdradzie sąsiedzkiej, fragmencie zaznaczonego tekstu, nienarodzonym dzieciątku, strychu i fotografiach dowiedzieć się można więcej w niedawno powstałym Muzeum Polaków Ratujących Żydów podczas II wojny światowej im. Rodziny Ulmów w Markowej. Nowoczesna architektura niewielkiego muzeum niezwykle wkomponowuje się w naturalną przestrzeń wsi.

Miasteczko Bełz,
kochany mój Bełz.
W kołysce gdzieś dzieciak zasypia,
a mama tak nuci mu:

Zaśnijże już
i oczka swe zmruż.
Są czarne,
a szkoda, ze nie są niebieskie.
Wołałabym…

zikea-002

Już na wstępie czytamy „co kilka dni dzwonię do niej z jedynej we wsi budki telefonicznej…”. Historie rodzin żydowskich które wyjechały w porę do dalekiej Kostaryki choć wcale nie tam zmierzały. O sekretach rodzinnych, przygodach, odnajdywaniu się po latach, pustce i niekoniecznie zawsze dobrej pamięci o Polsce…

W tekście notki przeplata się tekst piosenki napisany przez Agnieszkę Osiecką, który powstał na melodię Pieśni z Getta. Słowa w oryginale nuci także jeden z bohaterów „Polacos”. Książka wpadła mi w ręce już po napisaniu notki, przypadek? 🙂

 

Sztuk kilka

Łyżka dziegciu w beczce miodu

Łemkowszczyzna

Hora, hora i dołyna, ne budu ja materyna… śpiewają dziewczęta w hafowanych strojach. Mają na sobie białe koszule wyszywanki, koronki, kwieciste spódnice i gorsety. Co bogatsze noszą się modnie i z wdziękiem, zwłaszcza przy niedzieli. Łemkowskie chaty są równie barwne, ozdobione kwiatami jak same dziewczęta. Zbierają się przy nich wieczorami i śpiewają na głosy, muzyka ich pieśni niesie się w dal. Zanim jednak pojdą spać, szepczą szczebiotliwie o zamążpójściu: lem sobi za horku zajdu, tam sobi fraira najdu. O poranku mężczyźni idą do pracy. W czarnym jak noc dziegciu jeszcze drzemią pieniądze. Trud i spryt maziarzy jest znany daleko za górami. W Łosiu obok potoku górskiego, strumieniami płynie terpentyna, dziegieć i maź. Każdy ma swoją butelkę brunatnej gęstej cieczy, stosuje się ją na choroby skóry – tylko nadchodzącego bólu serca niestety nie zaleczy. Ale jeszcze handlarze zamieniają łemkowskie chyże na bogate murowane domy, jeszcze uzupełniają beczki i ruszają na zarobek, jeszcze im wolno. W podróży mijają kamienne krzyże wykute przez zacnych kamieniarzy z Bartnego. Ten krzyż wykonał Dutkanycz, ten należy do zmarłego parocha, a ten ostatni z Chrystusem zrobił sam Gracoń.

Sady bieleją, izba pachnie bzem a zza Magurycza słońce wznosi się co raz to wyżej. Mówi się, że świat gdzieś się kończy i gdzieś zaczyna. Jest maj, rok 1947 – mieszkańcy Bartnego dowiadują się o wysiedleniu. Nie pójdą tej nocy spać, nazajutrz chyże opuści większość rodzin. Regietów ogarnia martwa cisza. Bezruch zamieszkał w cerkwi z Nowicy, która nieorientowana nie widzi żadnych wschodów słońca. Na halach gra wiatr, a echo głucho powtarza dawne pieśni. Ciężka do uprawy ziemia wydaje się być jeszcze surowsza. Osiada pył i kurz. Wywieźli. Cisza, pauza, pas.

10538561_789310491113354_2784890714552603885_n

Z Krynicy deportowali malarza dziwaka zwanego Nikiforem. Choć raz i drugi odprawiali…powrócił. Szedł pieszo do domu. Widać dom jest tam gdzie ciągnie cię serce, bo przecież Nikifor swojego kąta nie miał. Jego dobytek to wypchana teczka obrazków na skrawkach papieru. Niezwykle kolorowe pejzaże, portrety. Może namalowane widokówki przypominały mu drogę do domu? Do trzech powrotów sztuka! W końcu pozwolili mu zostać. Po wojnie wracali i inni. Dziś wracają kolejne pokolenia, zwłaszcza ten raz do roku, specjalnie na watrę w Zdyni. Na zielonym pustkowiu zaczyna być gwarno i wesoło, rozbrzmiewają jak dawniej śpiewy na głosy. Prawdziwe tłumy następnych pokoleń. Górską ciszę wypełniają tańce przy skocznej muzyce. Zjeżdząją się nie tylko zespoły ale i potomkowie kamieniarzy, którym przydrożne krzyże kłaniają się w pas. Dziękują zwłaszcza grupie Magurycz, że jeszcze dzięki nim, choć zgarbione, mogą stać. Zjeżdżają się ludzie z całego świata – jak maziarze z dalekich podróży – stęsknieni spotkań, by wymienić się dobrym słowem i wspomnieniem. Schodzą się mieszkańcy i goście. Trwa huczna zabawa, warsztaty, spotkania. Wstęp ma tam każdy, kto lubi, a polubić watrę w Zdyni warto! Dostarcza niezapomnianych wrażeń dla oczu, uszu i serca. Można się zapoznać nie tylko z pozytywnymi ludźmi ale i kulturą łemkowską.

W połowie łemkowskiego pochodzenia był także Nikifor – Epifaniusz Drowniak. Mały kaleka a zarazem wielki malarz z Krynicy, przedstawiciel sztuki prymitywnej. Inaczej zwana – sztuką naiwną – wyróżnia się od malarstwa amatorskiego przede wszystkim tym, że nie jest wzorowana na wcześniej powstałych dziełach. Prezentuje wart uwagi nieprofesjonalizm, który wynika z silnej potrzeby tworzenia i zaskakuje widza niezmanieryzowanym spojrzeniem na świat. Poetycki nastrój dzieł z zakresu sztuki prymitywnej jest znaczącą cechą tego malarstwa i określa się go naiwnym realizmem. Sam realizm sprowadza sie do odtworzenia rzeczywistości a przymiotnik – naiwny – odnosi się do dziecinnego, łatwowiernego i naciąganego obrazu świata. Prymitywiści prezentują więc nie tylko to co znane jest bezpośrednio dla oczu, a także to co wyobrażone. Rzeczy wzbogacone o własne wspomnienia, wynik niedoskonałej pamięci. Starają się odtwarzać rzeczy z jak największymi szczegółami, a ta drobiazgowośc powoduje, że przedstawione postacie, rzeczy czy budynki zdają się nie pasować do siebie. Nie zawsze zachowane zasady perspektywy, wrażenie rysunku dziecka jest niezwykłe w odbiorze i należy poświęcić tej sztuce więcej uwagi, ponieważ nierzadko skrywa interesujące szczegóły, które umykają przy pierwszym zetknięciu się z dziełem. Prace Nikifora charakteryzują się doskonałym doborem barw i można je podziwiać w „Romanówce” – dawnym pensjonacie zaadoptowanym na muzeum artysty, w miejscowości Krynica-Zdrój.

****

Polecany film – „Mój Nikifor”

https://watrazdynia.pl