Muzeum Otwarte · Sztuka to z dzieciakiem · Warmia Mazury

Święto ziół i malowane kwiaty

Maj 2016 / Sierpień 2019

Mikołajowi.

Pamiętasz jak wtedy maił się maj? Rozbielony kwiatostanem pejzaż mienił się w słońcu wprawiając w drganie nieprzyzwyczajone jeszcze powieki. Zdmuchnięte dmuchawce unosiły się delikatnie, a było to – pamiętasz? – nasze pierwsze rodzinne zwiedzanie skansenu naznaczone orientalnym motywem z cygańskiego wozu. Bogate chaty przyciągały barwną stolarką okienną i drzwiową. Cieszyły nas wówczas te zielenie, błękity i brązy tak nowe dla zaspanych po zbyt długiej zimie oczu. Delikatność mchu, który pokrywał dach miała w sobie coś baśniowego. Chaty w muzeum mają charakterystyczny dwuspadowy dach z płaskim gzymsem, nierzadko wykończony podłużną dekoracyjną deską na szczycie. Zdobienia o formach geometrycznych i zoomorficznych można było podejrzeć także na skrzyżowanych krańcach wiatrownic nazywanych ŚPAROGAMI. Nie ustępowały im także w swej krasie PAZDURY – zdobione deski umieszczone na szczytach. Drewniany ptak przysiadł i czeka. Ryglowe ściany, żuraw studzienny i domy podcieniowe opowiadają historie Powiśla, Warmii i Mazur a wszystko to znaleźć można w parku etnograficznym w Olsztynku.

Wyniki wyszukiwania dla wyrażenia olsztynek

To nie prawda, że patrząc na obrazy w ramach nie jesteś w stanie poczuć ich zapachu i smaku. Cierpko smakują porzeczki ze stołu holenderskiego malarstwa a wonny i liryczny jest Dziwny Ogród Mehoffera. Mikołaj całkowicie wtopił się w  wiośniany krajobraz. Przybrał postać uroczego chłopca jakby tuż przed chwilą wyszedł z płótna mistrza. Zamiast malw ma garstki dorodnych dmuchawców. Zamieram w tym widoku. Czy do każdej chwili naszego życia jesteśmy w stanie dopasować dzieło sztuki? Idylla dzieciństwa, potęga przyrody – ile będziesz z tego pamiętał syneczku? 

ladne2

Teraz spójrz, meble ludowe przed nami. W drewnianej kołysce tuliła się do snu dziecina. Schowany w posagowej skrzyni welon zamknął na spust stare czasy. Rodzinna szafa i łóżko z podniebziem umila sny po ciężkim dniu pracy. Pod białą pierzyną grzeją się przemarznięte ciała. Z piecowych kafli można poznać smak chleba i wyczytać historie. Za rogiem rośnie pole słoneczników, a ze wsi Słonecznik pochodzi mebel z ornamentem kwiatowym – stylizowane ulubione tulipany i narcyze. Upijamy się w pijalni ziół naparem z bzu, rozmyślając o tym co minęło i co nadchodzi. Celebrujemy ostatnie chwile w trójkę.  Kołysze się we mnie mała dziewczynka, która właśnie rozpoczyna serię podróży po skansenach. Przyjemnym zefirkiem otula nas ta wiosna, tylko nie ma tego złego nad nami, ważka przeleciała nad głową i zniknęła.

DSC01980

W chałupie ze wsi Kaborno jest wystawa istny cud – prezentacja malowanych mebli ludowych. W całym skansenie znaleźć można skrzynie wianne, kredensy, szafy, łóżka z podniebziem, kołyski biegunowe, zydle, kufry. O meblach warmińskich można mówić jako o unikalnych. Utrzymały własny styl, zachowując przy tym w pełni swoją indywidualność. Dekoracje na licach nie przypominają w żaden sposób intarsjowanych i rzeźbionych mebli gdańskich. Ich wzory bliższe są dekoracji malarskiej drewnianych stropów kościelnych.  Elementami wyróżniającymi skrzynie są bogate opracowania architektonicznie i barwnie. Szafy są zazwyczaj 1-2 drzwiowe, złożone przeważnie z 3 części – podstawy, szafy właściwej i gzymsu. Jak i w skrzyniach lico ma zasobną dekorację, malaturę. Przeważają motywy kwiatowe, rzadziej drzewko życia. Szafy mazurskie mają ciekawy gzyms koronujący wzbogacony ornamentem a z Warmii i Powiśla gzyms płaski złożony jedynie z kilku płytek i sim. Są też narożne kredensy – rogale, a każdy egzemplarz jest świadectwem wysokiego poziomu potrzeb estetycznych.

meble20190815_143313meble-001meble-002


Sierpień 2019

W sierpniowe Święto Ziół wracamy do Muzeum Budownictwa Ludowego, zniknęła jednak majowa aura. Dorodne sad i lato w pełni bardziej przypominają ogród ze wspomnianego płótna. Tylko nasz chłopiec wyrósł, pogubił piękne loki. Od samego wejścia można poczuć ziołowy aromat. Napary na spokój ducha, na gorączkę, na krztusiec. Żankiel na rany, robinia akacjowa na nerwy, głóg na ciśnienie. Lubczyk na miłość, tymianek na powodzenie. Ziołowa apteczka i kuchnia. Święcenie zbóż i kwiatów, wianki, suszone bukiety, zielarskie wróżby. Stragany pachnące bochenkami chleba i woda różana. Jałowcowe piwo umila nam wypoczynek na trawie. Kiedyś tu było – pamiętasz? – nasze pierwsze rodzinne zwiedzanie skansenu. 

ladne320190815_120036ladne4-00220190815_12232320190815_140327ladne520190815_143541ladne4-001

W muzeum jest altana parkowa która jest kopią obiektu z pałacu w Judytach 

„DAWNE MEBLE LUDOWE PÓŁNOCNEJ POLSKI”

 

20190815_143516

Sztuka to z dzieciakiem · Warmia Mazury

Obecnie w ruinie

I tylko Mikołaj idący krok w krok za mną rozdziawia te swoje oczy, jeśli tylko oczy można rozdziawiać. I ich lodowaty błękit tak mocno mnie przeszywa, że robi mi się nawet niezręcznie. Nie boi się, ale z wielkim niedowierzaniem i niezrozumieniem patrzy na swoją matkę, jakby chciał powiedzieć: mamo co ty do licha robisz? Tylko widocznie czuje, że to nieodpowiednie zdanie dla tak małego chłopca i nie przerywa milczenia. W ciszy przeciskamy się przez wysokie zarośla, czyli ja i dzieci, bowiem za Mikołajem idzie jeszcze jego młodsza siostra. Wyglądamy jak stado gęsi, zwłaszcza że czasem na wyciągniętej szyi wychyli się któraś blond główka, ale głównie giną cali w zieleni. Idziemy zobaczyć z bliska upadek piękna. Już tylko tego należy się spodziewać po pałacu w Słobitach. Może niezbyt trafna rozrywka dla maluchów więc jakoś staram się dodatkowo ich zachęcić barwną historią pałacu, poza tym nie mają nic przeciwko.

Teraz ja wybałuszam oczy z niedowierzania. Przed nami najwybitniejsza realizacja doby baroku na terenie Prus kruszy się w oczach. I ogarnia mnie takie uczucie jak przy jedzeniu malin czy agrestu. Początkowo zbierając owoce cały się pokujesz, ale myślisz – przecież warto, pokusa jest silna. Potem cieszysz się ich smakiem choć sama myśl o owocach była wyraźniejsza i przyjemniejsza niż one same. Więc stoimy przed pałacem, obchodzimy go wokół i okazuje się, że jest to widok daleki od tego jakim chcieliśmy go zobaczyć. Czar wspaniałości towarzyszący temu miejscu prysł. A jaki był niegdyś pałac? Przede wszystkim wielkim założeniem pałacowo-parkowym. Majątek należał do rodziny zu Dohna co już mówi samo za siebie. Achacy – syn Piotra przeniósł się z Morąga do Słobit gdzie wybudowano dla nich Nowy Dom. Jego syn Abraham po zdobyciu wyksztalcenia w kilku ośrodkach europejskich wznosi pierwszy pałac w Słobitach w latach 20. XVII wieku zatrudniając przy tym zagranicznych architektów. Stylistyka pałacu nawiazywala do architektury niderlandzkiej. Renesansowe szczyty, plan na kształt spłaszczonej litery H. Ale to co najpiękniejsze miało nadejść nieco później.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAdwory-001

Dzisiejsza Warmia, Mazury to przede wszystkim zamki krzyżackie i biskupie, dawne kościoły ewangelickie, pałace i dwory z niegdyś rozbudowanymi założeniami parkowymi. Magiczne szpalery drzew, aleje i szlaki konne. Sprowadzani tu zagraniczni architekci dawali wyraz wielkiej klasy. Z analizy planów pałacowo – dworskich dawnych Prus Wschodnich można wyróżnić kilka typów założeń. Słobity, Drogosze, Gładysze należące do rodu zu Dohna jak i inne siedziby o wielkim obszarze zdradzają cechy charakterystyczne dla założeń rezydencjonalnych XVIII wieku. Pałac był usytuowany miedzy dziedzińcem a ogrodem przy czym kompleks gospodarczy daleko odsunięty od zespołu. Park i architektura parkowa była tworzona z zamysłem artystycznym. Przy założeniu posiadającym mniejszą ilość obszaru ale wciąż zdradzającym cechy dużych założeń reprezentacyjnych jest typ z dworem wewnątrz parku z wyłącznie którym był związany. Budynki gospodarcze pozostają wciąż oddalone. Jednak najliczniejszy typ założeń dla średniej wielkości obszaru to typ gdzie siedziba została ustawiona między parkiem a zabudowaniami gospodarczymi. Charakterystyczna dla tego układu jest elewacja frontowa zwrócona w kierunku podwórza gospodarczego oddzielona od niego tylko zielenią. Strefa gospodarcza jest tu silnie zaakcentowana. Rozległy park położony z drugiej strony, często związany był z wodą typu staw, rzeka. Zupełnie odrębnym typem są założenia położone nad jeziorem, których układ zależny był od topografii terenu. Co charakterystyczne dla tych założeń to park otaczający jezioro, a rezydencja usytuowana była na wzgórzu blisko wody z otwarciem widokowym w stronę jeziora.

rodzaje planów


Aleksander zu Dohna poświecił się w całości rozbudowie pałacu przekształcając go w reprezentacyjną rezydencje położoną między dziedzińcem i ogrodem. Pałac wkomponowany w rozlegle architektoniczno-krajobrazowe założenie obmyślił francuski architekt Jean Baptista Broebes. Jego projekt dodatkowo przedłużał istniejący pałac galeriami do których dostawiono prostopadłe skrzydła. Ogród w stylu francuskim roztaczał się po południowej stronie. Kamienny most nad prostokątnymi stawami ustawiono na osi fasady. Słobity należały do tzw. pałaców królewskich gdzie monarchowie zatrzymywali się w podroży oddając się odpoczynkowi i zabawie. Pałac posiadał salę balową a także wspaniałe kolekcje dzieł sztuki. W wyniku działań wojennych w 1945 pałac został spalony, obecnie w ruinie. Ostały się pomnikowe lipy sadzone w 1625 roku i resztki pokaźnej kolekcji,  w tym 4 obrazy i trzy cynowe posążki.

o gościach Słobit w tym Wojciechu Kossaku, pięknej Luizie można poczytać w artykule:

https://www.glospasleka.pl/artykuly/na-tropie-skarbow-ksiazat-zu-dohna-w-slo,a,16387.html

SAMSUNG DIGITAL CAMERASAMSUNG DIGITAL CAMERA

Pan, który wskazał nam drogę co  dokładnie oznacza dziurę w płocie i uprzejmie znalazł w zaroślach ślad po dawnej ścieżce, opowiadał że jeszcze jak był małym chłopcem to widać było założenia ogrodowe, stare alejki. – Ale już nic nie ma, rozebrali pozabierali. Jeszcze jak pałac stał, bo teraz to same cegły – opowiada dalej –  to mieszkała tu w Słobitach starsza pani i ona oprowadzała wszystkich. To przyjeżdżali tu do nas i się patrzyli. Teraz nie ma na co się patrzeć droga pani – zakończył. No to spóźniłam się o jakieś 70 lat. Rzeczywiście wielkie nic. Głucha cisza i pustka po kartuszu herbowym. Za fatygę wskazania drogi życzy sobie zapłaty, co okazuje się w dobie kart dla mnie zbyt wiele. Przetrzepuję portfel i torebkę, do licha żadnej gotówki? Wygrzebuję z kieszeni Mikołaja jakieś monety które miał odłożone na lody. Wręczam panu mniej niż równowartość czterech złotych zapewniając o mojej dozgonnej wdzięczności i życzę miłego dnia. Mikołaj tylko kręci oczami, nie wiem czy na myśl o potencjalnej stracie ulubionego deseru czy moich pokracznych formach wdzięczności i niskiej zapłacie. Potem mu powiem, że to było konieczne a lody z pewnością zjemy w Ornecie.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

 

Niedaleko znajduje się również zabytkowa stacja kolejowa Słobity, którą na szybko udało nam się wcześniej obejrzeć. Następnie kierujemy się w stronę Ornety zatrzymując w Gładyszach. Tam chcieliśmy zobaczyć pałac, ale akurat trwały przy nim prace remontowe otoczone wysokim płotem. Jedynie co udało nam się uwietrznić to tablice informacyjne i dzisiejszy dom mieszkalny z przeuroczą wieżyczką.

Pałac w Gładyszach także był siedzibą rodową rodziny zu Dohna, którą odziedziczył Christoph – brat Aleksandra. Początkowo będący tam dwór nie spełniał wymogów i właściciel pozostawał na stałe w Morągu. Okoliczności, które sprawiły że zmuszony był do zamieszkania Gładysz sprawiły, że do projektu przebudowy zatrudnił francuskiego architekta Jeana de Bodt. Co ciekawe pracował on przy realizacji Poczdamu. Ukończony pałac świecił przykładem baroku holenderskiego, wyróżniając się detalem architektonicznym i harmonijnym przenikaniem zabudowań z krajobrazem. Malowniczo otoczony sześcioma stawami był piękną rezydencją o wyjątkowej aurze. Następny właściciel Carl Florus zu Dohna zadbał o rokokową sztukaterie i poszerzył koncepcję ogrodu między innymi o chińską herbaciarnię. W okresie letnim w oranżerii chodowano drzewka cytrusowe i jadano posiłki. Robiono tu słynną marmoladę pomarańczową, która kusiła swym smakiem.

Pałac przetrwał wojnę. Zajął go ogień w 1986 roku, dziś w remoncie.

ORNETA: link do wpisu

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

 

*dawne zdjęcia pałaców i stacji pochodzą z portalu: https://polska.fotopolska.eu/

* informacje o pałacach z nieocenionej książki:

20190614_174127

 

 

Na Szlaku · Warmia Mazury

Dwory i Pałace Dawnych Prus Wschodnich (1.): Kurs traktorzysty i chińska porcelana.

Malownicze drzewa u skraju drogi, w gęstej zieleni migoczące tafle jezior i ten ożywczy zapach. Jestem na Warmii i Mazurach, jestem w domu. Zamykam tylko okna gdy woń lasu zmienia się w zapach krowiego łajna. Nie umiem jeszcze poradzić sobie z walorami wsi, oto ja – mieszczuch na tygodniowych wczasach. Włączam ulubioną muzykę, śpiewam w głos za Janis Joplin i zatrzymuję się gdy zobaczę coś ciekawego. Deszcz wybija rytm na szybie i wchodzę w ten zapomniany skrawek ziemi. Świat jest wspaniały i mam dostatecznie dużo czasu na zabytki, nic nad komfort samotnych podróży! Auto podskakuje na wyboistych drogach, jadę w podskokach do babci. Łapię tym samym ostatnie dni lata i między rozmowami a babcinymi obiadami urządzam sobie wycieczki po dworach i pałacach dawnych Prus Wschodnich.

drogosze

Jadę przez Parys. Nazwa wsi pięknie mitologiczna. Zatrzymuję się przy kościele, tu wszystkie są do siebie z pozoru podobne. Wysokie mury o kamiennych cokołach z których wyrasta dumna wieża gotyku ceglanego. Kolor mokrego cynobru migocze na horyzoncie. Jasność bielonych tynków i skromna dekoracja architektoniczna na zewnątrz budowli pozwala odnaleźć spokój ducha. Mój najwdzięczniejszy obraz niedzielnych nabożeństw z dzieciństwa, gdy dostawałam pieniążek na tacę, a koleżanki czekały na mnie w odświętnych koszulach przed wejściem. Gdzie podziali się baronii i hrabiowie tutejszych miejsc? Junkier odzyskał wolność i przepadł, a w raz z nim bogactwo dawnych czasów. Obserwuję wieś niedzielnego popołudnia i nie widzę nikogo w wyjściowym stroju, które z pewnością czeka w szafie na ten jeden dzień w tygodniu. Mówiło się: to na niedzielę. Dziś widać niedziela jak każda inna środa czy sobota.  Wiatr zagania pod próg kościoła opadające liście i raczej nic się tu nie wydarzy, pora jechać dalej. W Drogoszach skręcam w lewo zaraz przed przejazdem kolejowym jak nakazała babcia i trafiam na kościół p.w. MB Ostrobramskiej. Spójrzcie na tę kaplicę, to postać dumnego właściciela majątku. Popiersie Bogusława Fryderyka Doenhoffa (in. Dönhoff, Donhoff) wyrzeźbione zostało ręką Johanna Heinricha Meissnera, którego w Gdańsku tak doskonale znamy. Wszystko się plecie i przeplata ciut jesieni, trochę lata.

drogosze1

Tu natomiast wszyscy znają pałac w Drogoszach, to jeden z największych na Mazurach. Babcia opowiadała mi jakim widziała go po wojnie. Sandra jaki był piękny! – mówiła. A później zrobili tam kurs traktorzysty to śmierdziało tylko. Kilka razy z dziadkiem w jakąś wolną niedzielę pojechaliśmy Syrenką obejrzeć pałace i to co zobaczyłam...- zadumała się babcia. –A niech ich piorun trzaśnie, taki piękny pałac zmarnować! A jednak coś z tymi piorunami jest na rzeczy. Korzystam z chwili ciszy i oddzwaniam do koleżankiSandra to Ty? Poznaję po głosie,  słuchaj w mój dom w Gdyni trafił piorun i teraz mamy awarię. Telefon też jakoś nie działa, ale mów – i mówię jej, że tu gdzie jestem,  w Drogoszach przez uderzenie pioruna spaliła się też część pierwszego dworu w końcu XVII wieku. Nie ma żartów, pogoda dalej nienajlepsza. Wszystko się plecie i przeplata nowy pałac, dobre lata.

drogosze1

Deszcz ucichł a ja korzystam z okazji, wychodzę z kryjówki i obchodzę pałac dookoła. Staję na wprost portyku jońskiego. Kolumny to 4 pory roku – życie toczyło się tu przez cały ten czas. Przez 12 miesięcy jak liczba kominków, by ogrzać mieszkańców w 52 pokojach na każdy tydzień z kalendarza. Woalką pajęczyn obrosło 365 okien i rok zatacza koło. Zmieniały się pory roku, gdy z 7 balkonów wróżono pogodę od poniedziałku do niedzieli. Pozmykane puste dziś wnętrza bardzo mnie ciekawią więc sprawdzam odruchowo klamkę, zamknięte. Posprawdzałam okna i szczeliny, dziś nie wejdę. Moje słowo na niedzielę: jeszcze tu wrócę. Pod ryzalitem od strony ogrodu z mokrych ścian w opłakanym stanie odeszła farba. Sama odchodzę bez pożegnania.

SAMSUNG DIGITAL CAMERASAMSUNG DIGITAL CAMERA

Zapłakano gdy podczas pojedynku zginął Stanisław Ernest herbu Dzik, a wraz  z nim zginęła męska linia potomków drogowskich Doenhoffów. Dziś jego postać – marmurowa rzeźba w pałacowym mauzoleum. Mówią, że wspierał króla Augusta II Mocnego z którym uciekła Marianna, jako jego metresa. Zawsze wiedziałam, że kobiety jawią się sprytem i wewnętrzną siłą. Majątek przypadł siostrze Stanisława – Angelice, która wspaniale rozbudowała rezydencję czyniąc z niej niezwykle modne i prężnie działające miejsce. Dziś jej postać – marmurowa rzeźba w pałacowym mauzoleum. Potem przyszła nowa dziedziczka – siostrzenica Angeliki, a w 1945 roku następni i wszystko się zmieniło. Rozgrabili pałac w Drogoszach. Ogołocono wnętrza z arrasów flamandzkich, waz chińskich i sreber z których spijał herbatkę sam  król. Wspaniałe historie ulatują w niepamięć wraz z sypiącym się tynkiem. Nie dasz rady wejść do tej samej rzeki – pisał Heraklit. Guber płynie a jego wspomnienia trafiają do Wielkiej Krainy Jezior. Może i kiedyś wszystko było jak z krainy wymarzonych snów. Dziś pałac stoi pusty. Karety odjechały, sobolowe futro przeżarły mole, daniele pouciekały, a bagnet rozszarpał króla Prus. Fryderyk Wilhelm IV był później reanimowany przez sprawnych konserwatorów zabytków. Kartusz herbowy Doenhoffów zupełnie zdziczał i przepadł. Na wjazd dla karet podjechał Ursus. Wszystko się plecie i przeplata, złoto opada zostaje strata.  

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Posłuchajcie historii o pałacu i samych Drogoszach, którą warto mieć podczas zwiedzania. Radio Olsztyn i program: „Niedziela odkrywców”:  https://ro.com.pl/113519/01113519

 O Drogoszach przypomniała mi wystawa w Muzeum Warmii i Mazur w Olsztynie, zobacz na:  http://muzeum.olsztyn.pl/1687-3392,fotografie-posiadanych-portretow-przedstawicieli-rodu-donhoffow-na-drogoszach-i-friedrichsteinie,18651.html

mapa i kaplica,dwozrec1 SAMSUNG DIGITAL CAMERA

***

Johann Heinrich Meissner działał także w  Gdańsku, jeśli chcesz obejrzeć jego działa to  udaj się na spacer po Starym Mieście i spoglądaj na przedproża. Płaskorzeźby znajdziesz przy ulicy Chlebnickiej, Piwnej i Długim Targu.

 

Sztuk kilka

2 km od granicy

Szarobura markotność tegorocznych świąt zaprowadziła nas na niecodzienną wycieczkę. Zatrzymaliśmy się na mazurskiej wsi, w wynajętym domku z malowniczym widokiem. Nieustępliwa ściana deszczu przesłoniła jednak cały pejzaż, a dudniące o szyby krople wprowadzały nas w ospały nastrój. Na taki stan najlepsze okazują się planszówki, a w tym czasie najlepszą okazała się dokładnie ta jedna:

  • Pojawił się w jadalni, co teraz? – Możę pójdę do niego, a Ty idz na sam koniec, tak będzie bezpieczniej, zaraz będzie ich więcej.

W jadalni państwa von Fahrenheit stał solidny dębowy stół, który był wstanie pomieścić całą rodzinę baronów jak i licznych gości przyjeżdżających do Rapy (niem. Angerapp). O wyglądzie jadalni decydowała sama Wilhelmina – żona barona, która pilnowała czujnym okiem dobytku pod nieobecność męża i świeżych kwiatów w wazonie. Pan Friedrich nigdy nie zasiedział w domu zbyt długo, gdy natomiast powracał do swej posiadłości – rodzina najczęściej widywała go nieobecnego duchem. Baron z zaangażowaniem rozwijał swoje pasje konne i kolekcje dzieł sztuki. Założył największą prywatną stadninę koni czystej krwi w Europie. Najczęściej jednak oddalał się w marzeniach do gorących piasków Sahary i planował odkrywcze wyprawy w głąb egipskich piramid. Zazwyczaj przerywał mu czas posiłku. W domu baronów na co dzień podawano dania kuchni pruskiej, w niedzielę nadziewane raki i zupę ze smardzów, która odbijać się będzie czkawką tragedii jeszcze długi czas.

foto glowne

  • w gabinecie pojawiła się zjawa, musimy ją pokonać od razu, bo jeszcze kilka diamentów nam zostało do zabrania!

Gabinet barona był typowym gabinetem światłego pana domu tamtych czasów. Panował słodkawy zapach tytoniu, a gdy ruszyło się opasłe tomiska, uleciały kurz mienił się w świetle słońca wpadającym przez duże okna. Jak to w gabinetach można było tam znaleźć sekretne zakamarki, gdzie Friedrich trzymał swoje artefakty. Były to prawdziwe skarby miłośnika starożytności: urny egipskie, idole, drogocenne kamienie, które hipnotyzowały swoimi kolorami, posągi z obdartymi nosami i fiolki orientalnych zapachów. Zauroczony sztuką dawnego Egiptu, poddał się modzie i pasji, odgadując w czasie wolnym znaczenie tajemniczych hieroglifów. Dodatkowo kolekcjonował współczesne dzieła sztuki, które kupował z ogromną pasją i wyczuciem smaku godnym poszanowania. Zwykł cytować swojego profesora Kanta: Piękne jest to, co podoba się całkiem bezinteresownie. Zasiadał następnie w fotelu i polerował eksponaty bawełnianą  białą chusteczką.

  • w salonie są dwa duchy, może jak nie wyrzucisz dużo oczek to pójdziesz je pokonać?

Baron postanowił  spełnić swe marzenia budując grobowiec dla swojej rodziny na wzór piramid w Egipcie. Widać go było z okna salonu. Stał pośrodku lasu, ustawiony na osi alei parkowej, a drogę do niego ozdobiono rzeźbami. Podobno kształt piramidy ma w sobie coś szczególnego, a nawet magicznego. Piramida leczy choroby, wygina igły w kompasach, zatrzymuje czas i ostrzy żyletki. Do budowy grobowca wynajęto architekta, który wzorując się na prawdziwych egipskich budowlach stworzył konstrukcję sklepienia pod kątem 51°52′. Choć zainteresowanie Egiptem sięgało zenitu przez wzgląd na podboje Napoleona, to w Rapie i okolicznych miasteczkach śmiano się po cichu z barona, który niczym faraon stawia mauzolea godne króla. Szkoda tylko, że warunki klimatyczne różnią się od egipskich i zwłok nie zmumifikują – mówili. Czy baron miał przeczucie, że nim skończy się rok 1811 pochowa tam swoją maleńką Niniette? A może to sama piramida naznaczyła klątwą rodzinę von Farenheit?

IMG_0458

  • w łazience mamy już dwa, na razie nie warto tam iść, najwyżej pójdziemy tam razem jak się pozbędziemy tych obok.

W łazience baron ostrymi żyletkami poprawiał wygląd swojego zarostu, umył twarz letnią wodą i nakręcił wąsa specjalnie wybranym do tego celu woskiem. Dziś wybiera się w podróż do Paryża. Zanim wyjdzie poprawi jeszcze ramkę z projektem termometru Daniela Gabriela – dumę rodzinną, ucałuje żonę i dzieci. Ród Fahrenheitów był jednym z najbardziej poważanych rodów w Prusach Wschodnich. W XVIII wieku Johan Friedrich Wilhelm opuścił Królewiec by zamieszkać w Rapie. Gospodarczy rozkwit ich posiadłości zawdzięczał synowi Friedrichowi, który był nad wyraz niezwykłą postacią.

rapa

Być może pustka jaka została po zmarłym przedwcześnie dziecku, a może zwykła możliwość zmiany na lepsze, skłoniła rodzinę von Fahrenheit do opuszczenia osiemnastowiecznego dworu. Nowe założenie pałacowo – parkowe urządzono w Bejnunach w stylu antykizującym (niem. Beynuhnen – dziś w obwodzie kaliningradzkim). Fritz – syn baronów, któremu ojciec zaszczepił miłość do piękna,  zaaranżował przeprowadzkę i przyczynił się do zaprojektowania ogromnego pałacu w stylu renesansowym. To właśnie w nowej posiadłości na ścianach wisiały najwspanialsze dzieła sztuki z całego świata, w tym obrazy Tycjana, da Vinci. Park zdobiła pokaźna kolekcja rzeźb w tym kopii Grupy Laokoona. Dlaczego wybrali akurat to dzieło pełne grozy i upadku człowieka?  Waleczny  i  silny ojciec, który nie jest w stanie uratować siebie i synów. Wieczorami w pałacu urządzano spotkania miłośników sztuki, gdzie prowadzono żywe wykłady o działach starożytnych i współczesnych. Rezydencję położono wśród upojnie pachnących lip, które otaczały swym cieniem liczne altany i przybytki na wzór świątyń doryckich. Albert Wolf – architekt z wizją, doskonale zrealizował pomysły baronów.

wegrorapa

Niedaleko Rapy, przy mętnych wodach zakola Węgołapy znaleźć można jeden z licznych majątków rodziny. Dziś wieś Meduniszki Wielkie (niem. Groβ Medunischken) jest tak samo zapomniana jak i mieszczące się tam ruiny majątku baronów von Fahrenheit. Smutnie wygląda dziś opuszczony park i ledwo stojące o własnych siłach zabudowania gospodarcze. Wojny, liczne przebudowy i pożary strawiły doszczętnie piękno tego miejsca. Jednak jest w tych zgliszczach wspomnienie dawnego życia, które być może przy lepszej pogodzie byłoby bardziej dostrzegalne.

wegrorapa1IMG_0465

  • Jest już pięć zjaw, jeszcze jedna i przegramy.

Mały kierunkowskaz przywieszony do drzewa pokazał nam drogę o niepewnej nawierzchni. Deszcz zmył doszczętnie ścieżkę i pozostawił grząskie błoto. Chcemy jednak obejrzeć  Grobowiec Steinerów z 1860 położony w środku lasu w miejscowości Zakaucze Wielkie (niem. Gross Sakautschen). Dziś piramida w Rapie jak i grobowiec Steinerów zamknięte są dla zwiedzających, choć można udać się z prośbą o możliwość zwiedzania. 10 km od Rapy rodzina Steinerów miała swój majątek. Dwór z XIX wieku zdobiły cztery lukarnie i różanecznik Marty Steiner.

IMG_0327zakaucze

W środku lasu, na niewielkiej polanie zapomnianego cmentarza ewangelickiego stoi kaplica z kryptą grobową. Bardziej nastrojowej aury do zwiedzania nie można było sobie wymarzyć. Sceneria dookoła kaplicy wydaje się jakby zaaranżowana. Zamknięte drzwi grobowca pobudzają wyobraźnię. Czy rzeczywiście znajdują się tam ciała pochowanych niegdyś małżonków? Jaka była Marta? Czy Alfred kochał ją wystarczająco bardzo? Kto wyrył serce na słupie bramowym? A może to wcale nie Steinerowie, tylko zupełnie ktoś inny zasłużył sobie na nieśmiertelność?

IMG_0321zakaucze1

Nikt nie wie dlaczego ciała w obu grobowcach uległy mumifikacji mimo mazurskiego, wilgotnego terenu. Każe zwłoki pozbawiono też głów. Krąży wiele legend, które tłumaczą te niecodzienne zjawiska. Czy zwłoki zbezcześcili okrutni oprawcy, którzy poszukiwali kosztowności niczym szabrownicy w egipskich piramidach? Czy może w ten sposób starano się odczarować klątwę pomoru bydła? Tak kończy się historia rodziny von Fahrenheit, która miała zjeść trujące grzyby podczas obiadu i skonać w męczarniach. Historie z życia baronów obrosły tak w mity jak ich majątki w chaszcze. Ciężko dokopać się prawdy. Czasem tylko ciekawość zwiedzających, podpowiada im wspiąć się po murze, by dostrzec przez maleńkie okienka grobowca trumny z mumiami i uwierzyć w magiczne moce piramid.

IMG_0449

  • W 1822 roku Jean – Francois Champollion odczytał hieroglify egipskie. 
Jeśli chcecie choć trochę doświadczyć historii rodu rodziny von Farenheit w Gdańsku, to przy ul. Ogarnej 95 znajduje się  kamienica w której narodził się sławny fizyk, twórca termometru rtęciowego i skali temperatur. Model termometru można obejrzeć niedaleko fontanny Neptuna przechodząc bezpośrednio z ulicy Ogarnej.  Do Gdańska rodzinę von Fahrenheit sprowadził dziadek fizyka – Reinhold Fahrenheit, który stał się słynnym i zamożnym kupcem.  
  • gra w którą graliśmy przez cały pobyt na Mazurach nazywa się „Łowcy skarbów” (Treasure Hunters) – Mattel

IMG_0338