Sztuk kilka

2 km od granicy

Szarobura markotność tegorocznych świąt zaprowadziła nas na niecodzienną wycieczkę. Zatrzymaliśmy się na mazurskiej wsi, w wynajętym domku z malowniczym widokiem. Nieustępliwa ściana deszczu przesłoniła jednak cały pejzaż, a dudniące o szyby krople wprowadzały nas w ospały nastrój. Na taki stan najlepsze okazują się planszówki, a w tym czasie najlepszą okazała się dokładnie ta jedna:

  • Pojawił się w jadalni, co teraz? – Możę pójdę do niego, a Ty idz na sam koniec, tak będzie bezpieczniej, zaraz będzie ich więcej.

W jadalni państwa von Fahrenheit stał solidny dębowy stół, który był wstanie pomieścić całą rodzinę baronów jak i licznych gości przyjeżdżających do Rapy (niem. Angerapp). O wyglądzie jadalni decydowała sama Wilhelmina – żona barona, która pilnowała czujnym okiem dobytku pod nieobecność męża i świeżych kwiatów w wazonie. Pan Friedrich nigdy nie zasiedział w domu zbyt długo, gdy natomiast powracał do swej posiadłości – rodzina najczęściej widywała go nieobecnego duchem. Baron z zaangażowaniem rozwijał swoje pasje konne i kolekcje dzieł sztuki. Założył największą prywatną stadninę koni czystej krwi w Europie. Najczęściej jednak oddalał się w marzeniach do gorących piasków Sahary i planował odkrywcze wyprawy w głąb egipskich piramid. Zazwyczaj przerywał mu czas posiłku. W domu baronów na co dzień podawano dania kuchni pruskiej, w niedzielę nadziewane raki i zupę ze smardzów, która odbijać się będzie czkawką tragedii jeszcze długi czas.

foto glowne

  • w gabinecie pojawiła się zjawa, musimy ją pokonać od razu, bo jeszcze kilka diamentów nam zostało do zabrania!

Gabinet barona był typowym gabinetem światłego pana domu tamtych czasów. Panował słodkawy zapach tytoniu, a gdy ruszyło się opasłe tomiska, uleciały kurz mienił się w świetle słońca wpadającym przez duże okna. Jak to w gabinetach można było tam znaleźć sekretne zakamarki, gdzie Friedrich trzymał swoje artefakty. Były to prawdziwe skarby miłośnika starożytności: urny egipskie, idole, drogocenne kamienie, które hipnotyzowały swoimi kolorami, posągi z obdartymi nosami i fiolki orientalnych zapachów. Zauroczony sztuką dawnego Egiptu, poddał się modzie i pasji, odgadując w czasie wolnym znaczenie tajemniczych hieroglifów. Dodatkowo kolekcjonował współczesne dzieła sztuki, które kupował z ogromną pasją i wyczuciem smaku godnym poszanowania. Zwykł cytować swojego profesora Kanta: Piękne jest to, co podoba się całkiem bezinteresownie. Zasiadał następnie w fotelu i polerował eksponaty bawełnianą  białą chusteczką.

  • w salonie są dwa duchy, może jak nie wyrzucisz dużo oczek to pójdziesz je pokonać?

Baron postanowił  spełnić swe marzenia budując grobowiec dla swojej rodziny na wzór piramid w Egipcie. Widać go było z okna salonu. Stał pośrodku lasu, ustawiony na osi alei parkowej, a drogę do niego ozdobiono rzeźbami. Podobno kształt piramidy ma w sobie coś szczególnego, a nawet magicznego. Piramida leczy choroby, wygina igły w kompasach, zatrzymuje czas i ostrzy żyletki. Do budowy grobowca wynajęto architekta, który wzorując się na prawdziwych egipskich budowlach stworzył konstrukcję sklepienia pod kątem 51°52′. Choć zainteresowanie Egiptem sięgało zenitu przez wzgląd na podboje Napoleona, to w Rapie i okolicznych miasteczkach śmiano się po cichu z barona, który niczym faraon stawia mauzolea godne króla. Szkoda tylko, że warunki klimatyczne różnią się od egipskich i zwłok nie zmumifikują – mówili. Czy baron miał przeczucie, że nim skończy się rok 1811 pochowa tam swoją maleńką Niniette? A może to sama piramida naznaczyła klątwą rodzinę von Farenheit?

IMG_0458

  • w łazience mamy już dwa, na razie nie warto tam iść, najwyżej pójdziemy tam razem jak się pozbędziemy tych obok.

W łazience baron ostrymi żyletkami poprawiał wygląd swojego zarostu, umył twarz letnią wodą i nakręcił wąsa specjalnie wybranym do tego celu woskiem. Dziś wybiera się w podróż do Paryża. Zanim wyjdzie poprawi jeszcze ramkę z projektem termometru Daniela Gabriela – dumę rodzinną, ucałuje żonę i dzieci. Ród Fahrenheitów był jednym z najbardziej poważanych rodów w Prusach Wschodnich. W XVIII wieku Johan Friedrich Wilhelm opuścił Królewiec by zamieszkać w Rapie. Gospodarczy rozkwit ich posiadłości zawdzięczał synowi Friedrichowi, który był nad wyraz niezwykłą postacią.

rapa

Być może pustka jaka została po zmarłym przedwcześnie dziecku, a może zwykła możliwość zmiany na lepsze, skłoniła rodzinę von Fahrenheit do opuszczenia osiemnastowiecznego dworu. Nowe założenie pałacowo – parkowe urządzono w Bejnunach w stylu antykizującym (niem. Beynuhnen – dziś w obwodzie kaliningradzkim). Fritz – syn baronów, któremu ojciec zaszczepił miłość do piękna,  zaaranżował przeprowadzkę i przyczynił się do zaprojektowania ogromnego pałacu w stylu renesansowym. To właśnie w nowej posiadłości na ścianach wisiały najwspanialsze dzieła sztuki z całego świata, w tym obrazy Tycjana, da Vinci. Park zdobiła pokaźna kolekcja rzeźb w tym kopii Grupy Laokoona. Dlaczego wybrali akurat to dzieło pełne grozy i upadku człowieka?  Waleczny  i  silny ojciec, który nie jest w stanie uratować siebie i synów. Wieczorami w pałacu urządzano spotkania miłośników sztuki, gdzie prowadzono żywe wykłady o działach starożytnych i współczesnych. Rezydencję położono wśród upojnie pachnących lip, które otaczały swym cieniem liczne altany i przybytki na wzór świątyń doryckich. Albert Wolf – architekt z wizją, doskonale zrealizował pomysły baronów.

wegrorapa

Niedaleko Rapy, przy mętnych wodach zakola Węgołapy znaleźć można jeden z licznych majątków rodziny. Dziś wieś Meduniszki Wielkie (niem. Groβ Medunischken) jest tak samo zapomniana jak i mieszczące się tam ruiny majątku baronów von Fahrenheit. Smutnie wygląda dziś opuszczony park i ledwo stojące o własnych siłach zabudowania gospodarcze. Wojny, liczne przebudowy i pożary strawiły doszczętnie piękno tego miejsca. Jednak jest w tych zgliszczach wspomnienie dawnego życia, które być może przy lepszej pogodzie byłoby bardziej dostrzegalne.

wegrorapa1IMG_0465

  • Jest już pięć zjaw, jeszcze jedna i przegramy.

Mały kierunkowskaz przywieszony do drzewa pokazał nam drogę o niepewnej nawierzchni. Deszcz zmył doszczętnie ścieżkę i pozostawił grząskie błoto. Chcemy jednak obejrzeć  Grobowiec Steinerów z 1860 położony w środku lasu w miejscowości Zakaucze Wielkie (niem. Gross Sakautschen). Dziś piramida w Rapie jak i grobowiec Steinerów zamknięte są dla zwiedzających, choć można udać się z prośbą o możliwość zwiedzania. 10 km od Rapy rodzina Steinerów miała swój majątek. Dwór z XIX wieku zdobiły cztery lukarnie i różanecznik Marty Steiner.

IMG_0327zakaucze

W środku lasu, na niewielkiej polanie zapomnianego cmentarza ewangelickiego stoi kaplica z kryptą grobową. Bardziej nastrojowej aury do zwiedzania nie można było sobie wymarzyć. Sceneria dookoła kaplicy wydaje się jakby zaaranżowana. Zamknięte drzwi grobowca pobudzają wyobraźnię. Czy rzeczywiście znajdują się tam ciała pochowanych niegdyś małżonków? Jaka była Marta? Czy Alfred kochał ją wystarczająco bardzo? Kto wyrył serce na słupie bramowym? A może to wcale nie Steinerowie, tylko zupełnie ktoś inny zasłużył sobie na nieśmiertelność?

IMG_0321zakaucze1

Nikt nie wie dlaczego ciała w obu grobowcach uległy mumifikacji mimo mazurskiego, wilgotnego terenu. Każe zwłoki pozbawiono też głów. Krąży wiele legend, które tłumaczą te niecodzienne zjawiska. Czy zwłoki zbezcześcili okrutni oprawcy, którzy poszukiwali kosztowności niczym szabrownicy w egipskich piramidach? Czy może w ten sposób starano się odczarować klątwę pomoru bydła? Tak kończy się historia rodziny von Fahrenheit, która miała zjeść trujące grzyby podczas obiadu i skonać w męczarniach. Historie z życia baronów obrosły tak w mity jak ich majątki w chaszcze. Ciężko dokopać się prawdy. Czasem tylko ciekawość zwiedzających, podpowiada im wspiąć się po murze, by dostrzec przez maleńkie okienka grobowca trumny z mumiami i uwierzyć w magiczne moce piramid.

IMG_0449

  • W 1822 roku Jean – Francois Champollion odczytał hieroglify egipskie. 
Jeśli chcecie choć trochę doświadczyć historii rodu rodziny von Farenheit w Gdańsku, to przy ul. Ogarnej 95 znajduje się  kamienica w której narodził się sławny fizyk, twórca termometru rtęciowego i skali temperatur. Model termometru można obejrzeć niedaleko fontanny Neptuna przechodząc bezpośrednio z ulicy Ogarnej.  Do Gdańska rodzinę von Fahrenheit sprowadził dziadek fizyka – Reinhold Fahrenheit, który stał się słynnym i zamożnym kupcem.  
  • gra w którą graliśmy przez cały pobyt na Mazurach nazywa się „Łowcy skarbów” (Treasure Hunters) – Mattel

IMG_0338

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Sztuk kilka

Jak skała

Odsłaniając spod popiołu wulkanicznego Herkulanum i Pompeje nikt z pewnością nie przypuszczał, że to niezwykłe wydarzenie tak szybko odbije się na życiu Warszawy. Spod zastygłej lawy Wezywiusza wydobyto prawdziwy skarb – antyczne miasta, które odrodzone niczym feniks z popiołów ujrzały światło dzienne zachowując przy tym swój dawny kształt. Iskra, która ponownie rozbudziła ciekawość antykiem wkrótce zamieniła się w prawdziwą pasję do wszystkiego co klasyczne. Wraz z nową modą nastąpił szereg przemian ideologicznych. Nadeszła epoka doskonałości, oświecenia, człowieka – wypadało więc zmienić także sztukę, która stosowniej oddawałaby nowe poglądy. Nasza epoka klasycyzmu rozpoczyna się stylem Stanisława Augusta Poniatowskiego, a swój początek bierze w Łazienkach Królewskich. Ten niewykły mecenas, wizjoner, propagator na wstępie ożywił Warszawę, by pod koniec wszystko stracić.

zdjecia blog wawa-001

Wezuwiusz ma wiele imion i jeszcze więcej opowiedziano o nim historii. Jedna z nich tkliwie przedstawia wulkan jako zakochanego młodzieńca, któremu nie dane było związać się ze swą ukochaną. Zazdrośni bogowie przemienili jego piękną wybrankę w wyspę Capri, która do dziś zdumiewa swoją urodą. Młodzieniec jako Wezuwiusz osadzony został u stóp wyspy. Kochankowie choć są blisko siebie nie mogą być razem. Z tego powodu głęboka tęsknota i żal młodzieńca wstrząsa nim tak silnie, że z wnętrza wulkanu niekiedy dochodzą przeraźliwe odgłosy, trzęsienia, wybuchy.

DSC00871

Poznali się w Sankt Petersburgu, miała ciemne włosy i błękitne oczy przypominające włoskie niebo. On uchodził za najbardziej oczytanego, znającego się na kulturze dżentelmena owych czasów. Ona była nieszczęśliwą mężatką, on przyciągał do siebie zwłaszcza nieszczęścia. Połączyła ich szczera przyjaźń, wspólne pasje, ars amandi i dziecko. Z pewnością go kochała, jeszcze długo po jego wyjeździe pisywali do siebie czułe listy. Z czasem coś się zmieniło – jej zdanie, ich pozycja społeczna, obowiązki. Caryca z biegiem lat upodabniała się do architektury Sankt Petersburga, będąc co raz to bardziej chłodną, wyrozumowaną, wyważoną damą.

DSC00716

Król już wcześniej odbywał ożywcze, bardzo rosławione podróże zwane Grand Tour. Przede wszytskim istniało przekonanie, że sztuka ma szanse rozwijać się wyłącznie pod Auzońskim niebem – niebem włoskim, które jak panaceum daje natchnienie i wytchnienie. Niebo to ma bowiem szeroko znane właściwości twórcze. Do szeregu włoskich atrakcji należały ruiny antycznych budowli a także sam Wezuwiusz. Damy na wulkan wnoszono, aby kurz nie osiadał na ich atłasowych pantofelkach i białych pończoszkach. Szukały tam wrażeń i historii wzbudzający dreszczyk podniecających emocji. Wezuwiusz jest jednak w tym zcasie wyciszony, za to Warszawa oddycha pełną piersią stając się domem włoskich talentów i towarzyszek w alkowie króla.

DSC00695

Korona okazała się najlepszym afrodyzjakiem i już podczas koronacji, w dzień św. Katarzyny król Stanisław zrzuca polski strój, by wystąpić w stroju hiszpańskim – obcisłym, pastelowym. Wydawać by się mogło, że urodził się z srebrną łyżką w ustach, a życie w pałacu toczyło się w różowych barwach. Kobiety lgnęły do niego zabawiając swym towarzystwem. Przechadzały się łazienkowskim parkiem, śmiejąc odchylały głowy i mdlały wprost w ramiona króla. Zniakały ukradkiem w Pokoju Bachusa. Księżniczki, markizy, damy, śpiewaczki nietuzinkowe kobiety, zagraniczne, arystokratki, aktorki, artystki, stare, młode, każda opisana na licznych rachunkach królewskich. Urządzały schadzki w ogrodzie chińskim, och! którejś niechcący pantofelek wpadł do wody! Długongie, oczytane, stałe, porywcze i dorywcze, kobiety z najprzedniejszych rodów, pełne wdzięku, powabu i urody. W amfiteatrze wyginały łabędzie szyje, napajały się mitami, odkrywały sensualne opowieści. Wszystkie kochały tę mitologiczną siedzibę bogów. Król niczym sam Apollo wygrywał im pieśni przepojone słodyczą greckiej muzy Erato. Gra miłości i pozorów kryła się za drzwiami teatru Starej Pomarańczarni. Spektakl powoli dobiega końca. Król kończy scenę w roli rosyjskiej marionetki. Ugodzony kiedyś strzałą Amora teraz opuszcza tron z rozkazu ukochanej. Seramida Północy przekreśla raz na zawsze idyllę królewskiego życia, zabiera mu ostanią nadzieję. Raz, dwa, trzy – pstryk, gasną światła. Kurtyna opada, Polska znika na 123 lata. Ktoś z widowni krzyknął: Vivat król! Ars longa, vita brevis! Vivat król!

DSC00709

Polecam zwiedzanie Łazienek Królewskich, w tym wszystkich dostępnych pomieszczeń kompleksu z myślą o tym jak wyjątkowy panował wówczas styl, starając się zrozumieć ówczesną modę, króla i poczuć antycznego ducha. Surowość architektury z pewnością ogrzeją barwne historie z tamtych czasó. Poniżej książka Iwony Kienzler i audiobook – przewodnik, który od formalnej strony przybliży historię Łazienek i ich wyjątkowego wyglądu!

zdjecia blog wawa

 

 

 

 

 

 

Muzeum Otwarte · Na Szlaku · Projekty · Sztuka to z dzieciakiem

Markowa i jej świat

PKS zatrzymuje się zaraz za znakiem droga kręta. Przystanek ustrojony blachą falistą ledwo trzyma się podkarpackej stylistyki. Za płotem ktoś prowadzi sprzedaż drzewek owocowych. W dali słychać dzowny kościelne a pod sklepem bawiące się dzieciaki. Nic się ciekawego nie dzieje. Na tle okruszonego tynku wybija się żółta budka telefoniczna, znak nowych czasów – przeżytek? Markowa to wieś zawieszona między jest a nie ma, ale z pewnością nie jest to byle jaka wieś.

Minęło tyle lat,
harmonia znów gra,
obłoki płyną w dal,
znów toczy się świat.

Na niewielkim skrawku ziemi we wsi Markowa jest skansen, zagroda. Historia wsi zaczyna się od prawdziwego rytuału kupna biletu oraz soczysto-zielonej trawy, świeżo bielonych pni drzew i opadających płatków jabłonek. Cieszymy oczy widokiem by za chwile przejść do Muzeum Markowskiego Pożarnictwa. Zebrano tam ojców dzisiejszych wozów Ochotniczej Straży Pożarnej, na czele z samym świętym Florianem. Drewniany strop gasi gorąc wiosennego słońca.


Wypiękniał nasz Bełz,
w ogrodach, na drogach bez.
Nikt nie chce pamiętać,
nikt nie chce znać smaku łez.

 

DSC08192markowa-004

We wnętrzach chat ospałych od kurzu z pozoru wszystko jest uporządkowane, a jednak trudno jest się tam odnaleźć. Wychodząc z sieni drugimi drzwiami dochodzimy do stajni. Trzeba tylko zrobić kilka kroków po charakterystycznej ławie umieszczonej w poprzek. Taką podgródkę spotkamy jeszcze w innym skansenie, niedaleko stąd. Między chałupą Rafała Dźwierzyńskiego, która jest sercem skansenu, a tak zwaną oborą znajdujemy nasz ulubiony symbol solarny przy którym wyryto w miękkim drewnie „1852 4 maia” – chałupę według informacji wybudowano w 1874 roku. Nie ma nikogo komu można zadać pytanie…chodzimy sami dla siebie.

I tylko gdy śpisz,
samotny i sam,
i tylko gdy śpisz,
płyniesz, giniesz tam…

markowa-001

W izbach, zaraz pod stropem zawieszono kapliczki i obrazy wyznaczając tym sferę sacrum. Dodatkowo potwierdzają to wskazujące palce świętych surowo uniesione w górę. Z gestu błogosławieństwa zrobiło się nawoływanie o ciszę. Wszystkie oleodruki wesoło zostały ustrojone kolorowymi wiankami kwiatów z bibuły. Nad usłanym puchową bielą łożem, niewielkie choć w swej formie dostojne, znajdują się kwieciste makatki i tradycyjne pająki strzegące snów. Wisi biała kobieca koszula. Tylko puste klatki dla ptaków, brak kukułki w zegarze mówią o tym, że sen zapadł na dobre.

Gdzie tata i mama
przy tobie są znów
i czule pilnują
malutkich twych snów.

markowa-005markowa-002markowa-003

Dziś „Galeria pod strzechą” jest czarno-biała od fotografii. Wisi samodzielnie zrobiony plakat, który finezyjnie pociągnięto flamastrem. Hasło okalają ślady po ramce. Godne uwagi słowa pamięcią wracają do uczniów Polski Ludowej. Ludność Markowej upamiętnia też rok 1944. Opisany jest dokładnie czerwoną plamą na starej fotografii. Ze zdjęcia spogląda też rodzina Józefa Ulma. Amatorski zespół teatralny wystawia sztukę „Upiór w kuchni”. Zbior artykułów i wycinki z gazet głoszą o wielkiej zbrodni w Markowej, głos zabiera także wiejska Orkiestra dęta.

Miasteczko Bełz,
kochany mój Bełz.
W poranne gazety ubrany
spokojnie się budzi Bełz

DSC08091

Zagroda w Markowej żyje pracą.W kuźni kowal wyrabia podkówki, olejarz wlewa kupcom olej do głowy, sołek rośnie od ziarnka do ziarnka. Robotnice szykują ule pełne miodu, stroją się w czepce pracowite modnisie. I kręci się życie, koło za kołem wyznaczane ramionami potężnego wiatraka.

Łagodny świt
w zwyczajnych dni rytm,
w niedziele bezpieczna
nad rzekę wycieczka
i w krzakach szept.


Na progu markowskiego kościoła świętej Doroty rozsypano kwiaty ślubne. Patronka botaników, kwiaciarzy, młodych małżeństw i matek jak ulał wpisuje się w historię wsi. W ikonografii występuje jako młoda kobieta wiosennie ozdobiona kwiatami. Zimą, w okresie Bożego Narodzenia według teatru tradycji ludowej wystawiano „Chodzenie z Dorotą”. W roli głównej Dorota i Fabrycjusz – król pogański chcący ją poślubić. Kobieta nie usłuchała poleceń króla przez co ginie w sposób tragiczny. Kolejne sceny pokazują jej męczeństwo. Gościnnie gra anioł, kat i diabeł. Przedstawienie kończy się sceną porwania króla do gorących czeluści piekieł.

Miasteczko Bełz,
main sztetełe Bełz.
Wypłowiał już tamten obrazek,
milczący, płonący Bełz.

Markowa dzięki zagrodzie została wpisana na Szlak Architektury Drewnianej województwa podkarpackiego. Trasę oznaczono szczęśliwą cyfrą 7. Do najciekawszych obiektów na szlaku rzeszowsko-jarosławskim należy cerkiew grekokatolicka w Tyniowicach, zespół dawnego Pałacyku Myśliwskiego „Julin” w miejscowości Wydrze i kościół z końca XVI w. w Nowosielicach.

Dziś, kiedy dym,
to po prostu dym.
Pierścionek na szczęście,
w przemyśle zajęcie,
w niedzielę chrzest.

DSC08064

Pobrali się w 1935 roku. Józef zajmował się sadownictwem, Wiktoria doglądała dzieci. Dom wraz z pociechami rósł w książki i fotografie, które były pasją Józefa. Aparaty fotograficzne pozwalały mu uwietrzniać momenty z życia najbliższych, jarmarki i festyny w Markowej. Słodycz kwitnącej wsi mija wraz z gorzkim smakiem trzech litrów wódki, które wypito po dokonaniu zbrodni na całej rodzinie Ulmów i ich ośmiu lokatorów żydowskiego pochodzenia. Rodzina Szallów i Goldmanów długi czas ukrywała się na strychu chaty.

Białe ziarno, czarny mak,
młodej żony słodki smak.
Kroki w sieni… nie drżyj tak,
to nie oni. To tylko wiatr…

24 III 1944 – rozstrzelano szesnaście osób. O zdradzie sąsiedzkiej, fragmencie zaznaczonego tekstu, nienarodzonym dzieciątku, strychu i fotografiach dowiedzieć się można więcej w niedawno powstałym Muzeum Polaków Ratujących Żydów podczas II wojny światowej im. Rodziny Ulmów w Markowej. Nowoczesna architektura niewielkiego muzeum niezwykle wkomponowuje się w naturalną przestrzeń wsi.

Miasteczko Bełz,
kochany mój Bełz.
W kołysce gdzieś dzieciak zasypia,
a mama tak nuci mu:

Zaśnijże już
i oczka swe zmruż.
Są czarne,
a szkoda, ze nie są niebieskie.
Wołałabym…

zikea-002

Już na wstępie czytamy „co kilka dni dzwonię do niej z jedynej we wsi budki telefonicznej…”. Historie rodzin żydowskich które wyjechały w porę do dalekiej Kostaryki choć wcale nie tam zmierzały. O sekretach rodzinnych, przygodach, odnajdywaniu się po latach, pustce i niekoniecznie zawsze dobrej pamięci o Polsce…

W tekście notki przeplata się tekst piosenki napisany przez Agnieszkę Osiecką, który powstał na melodię Pieśni z Getta. Słowa w oryginale nuci także jeden z bohaterów „Polacos”. Książka wpadła mi w ręce już po napisaniu notki, przypadek? 🙂

 

ochrona · Sztuk kilka

Wenus jako dzisiejsza celebrytka

Ma na imię Wenus. Zazwyczaj chodzi lekko obnażona bądź zupełnie naga. Można ją spotkać w towarzystwie białych gołębi, na kwiecistych wonnych łąkach. Sunie się wdzięczym krokiem w prześwitujących szatach zostawiając za sobą upojny zapach wiosny. Wenus jest piękna, przesączona erotyzmem. Ogląda się w lusterku, śpiewa miłosne pieśni. Jest przy tym jakby rozleniwiona, mruży oczy do słońca i przysypia owładnięta marzeniami. Trudno sobie pomyśleć, że ta naga, urocza dziewczyna z rozpuszczonymi włosami była niegdyś nazwana paskudną ropuchą, obślizgłym wężem, postacią diabelską. Chrześcijański hejt zdecydowanie narastał przed wiekiem XII.

painting-63186_640

Opinia publiczna była jednak podzielona. Jedni podchodzili z niechęcią do próżności Wenus, inni natomiast kochali jej wygląd i była dla nich prawdziwą inspiracją. Dzięki niej zaczęto hołdować kult kobiecego ciała, a jej wizerunki szybko trafiły w obieg. Ilustrowano jej portretami książki. W XV wieku dekorowano jej postacią prezenty miłosne, szkatułki, skrzynie posagowe, grzebienie i amulety. Jej podobizny były dosłownie wszędzie. Zrobiła karierę nie tylko we Włoszech, stała się ikoną międzynarodową. Szybko zaczęło interesować się nią wytworne towarzystwo, malarze nie odstępowali jej na krok. Wenus była prawdziwą boginią. Stała się symbolem wiosny i płodności. Jej dzieci narodzone w gwiazdozbiorze Taurusa i Libry szybko zaczęły pojawiać się u jej boku. Zostało to uwiecznione w niemieckim podręczniku astrologii. Spacerująca po chmurze Wenus, otoczona girlandą ma w dłoniach bukiet kwiatów i lusterko. Przy jej boku widać Byka i Wagę. Za jej sprawą powstawały liczne ogrody miłosne, pary zażywały rozpustnych kapieli w baniach albo współżyli na ukwieconych łąkach. Niebezpieczne ilustracje co raz częściej trafiały na karty. Pamiętajmy jednak o zasadach – co było dozwolone w pogańskiej starożytności nie w chrześcijańskim średniowieczu! W końcu bezpruderyjne epatowanie nagością Wenus zaczęto cenzurować. Giorgione wprowadza w obieg drugą wersję boginii. Jest to Pudica Wenus czyli Wenus Wstydliwa, obejmująca intymne części. Innym wariantem hamującym erotyzm bijący z obrazów jest ukazywanie Wenus śpiącej, jako że w śnie człowiek jest niewinny, bezbronny. Co dzieje się w śnie, nie dzieje się na prawdę. Wszyscy łyknęli haczyk. Zorganizowano niebawem Konkurs Piękności. W jury zasiadał Parys – królewicz trojański, niestety w chwili gdy kandydatki wyszły na scenę – Parys spał. Oczywista zwyciężczyni niedługo potem trafiła na języki.

REN092-Giorgione_Venus

W 1525 roku boginii była widziana przez M.Michiela na obrazie Giorgiona w Wenecji o czym poinformował media. Obraz przedstawiał Akt Śpiącej Wenus z Kupidynem (bożek miłości) na tle krajobrazu. Kilka lat później inny artysta – Tycjan dokończył dzieło. Obraz w 1699 trafił do rąk Augusta Mocnego elektora Saksonii i króla Polski. Późniejsze doniesienia z początku XVIII wieku donoszą, że Wenus na obrazie była naga, leżała na plecach a na przodzie, w prawym dolnym rogu znajdował się Kupidyn trzymający wróbla w ręku. Przy okazji tych doniesień wynikła niepokojaca kwestia autorstwa obrazu. W dokumentach obraz uznano za oryginał Tycjana. Po aferze z prawami autorskimi ślad po dziele sztuki się zatraca. Kilkakrotnie jeszcze obraz był rejestrowany w katalogach. Ostatnie sprawozdanie komisji galerii z 17 listopada 1837 donosi: „Nieznane. Szkoła wenecka. Śpiąca Wenus, prawa ręka umieszczona nad głową, przy jej odpoczynku siedzi bożek miłości”. Krótko potem Kupidyna zamalowano. W prasie pojawły się druzgoczące komentarze. Giovani Morelli piszacy pod pseudonimem Ivan Lermolief nadał sławy obrazowi pisząc o nim: „Jak takie dzieło, które jest istotą sztuki weneckiej, może zostać tak długo ignorowane przez historyków sztuki? Byłoby to dla mnie prawdziwą zagadką, gdybym nie wiedział z własnego doświadczenia, że w sprawach sztuki najbardziej niesamowite rzeczy są jednak możliwe.”

c31cae5e3ed847cd226d182b6320

Kupidyn od tej historii co raz częściej jest widywany na salonach. Wychodzi z cienia i cała uwaga skupia się teraz na nim. Kim jest i skąd przybył? Czy to za jego sprawą w Renesansie pojawiały się tak śmiałe i swobodne wizerunki Wenus? Jaka tak na prawdę była Wenus w czasach średniowiecznych? Kupidyn jednak tylko śmiało pojawia się na obrazach celując nerzadko łukiem prosto w twarz widza. Zaczęto podważać wyniki konkursu piękności. Podobno Wenus przekupiła Parysa obiecując mu rękę pięknej Heleny. Zamieszanie buduje Fulgencjusz, którego nazwisko staje się synonimem alegorycznych interpretacji trzech kandydatek konkursu miss. Publicysta uważa, że człowiek ma swobodę wyboru spośród trzech opcji stylu życia – contemplativa vita, vita activa, vita voluptaria. Czyli coś dla ducha, dla spraw codziennych, dla ciała. Wenus schodzi na dalszy plan. Wzorują się jednak na niej młodsze dziewczęta. Niestety nie epatują już taką subtelnością i aurą jak boginii Wenus. Ucharakteryzowane na nią są jednak wyłącznie nagimi kobietami na tle krajobrazu. Przybierają na obrazach te same pozy, ale są przy tym lubieżne i śmiało pobudzają zmysły odbiorcy. Jedna z modelek wystąpiła w towarzystwie znanego już wcześniej Amora, który to przybiera rolę mąciciela spokoju, zrzucając z ciała modelki czerwone prześcieradło.

SleepingVenuswithCupid

W drugim obrazie Bordonesa Amor zbliża strzałę w stronę kobiety z wyrzutem w spojrzeniu, Wenus odbiera strzałę. Palma Vechio również zainspirował się tematem podjęcia strzały. Czy Wenus powinna ją chwycić? Co to dla niej oznacza? Otwarcie napisał o tym Owidiusz w Metamorfozach: „obudziało to w Wenus miłość do Adonisa, spowodowane było to przypadkowym zranieniem jej piersi przez strzałę Amora”. Lorenzo Lotto w tym czasie publikuje szokujący obraz z kupidynem i Wenus. Jest na nim przedstawiony Amor w trakcie załatwiania swoich potrzeb fizjologicznych na ciało kobiety. Przedstawienie siusiającego Kupidyna artysta tłumaczy symbolem płodności. Obraz zostaje okrzyknięty dziełem sztuki.

Lorenzo_Lotto_Venus_and_Cupid_25957

Z następczyń Wenus, które zostały ogłoszone wielkim odkryciem (zwłaszcza odkryciem ciała) zaliczyć można przede wszystkim Danae. Pod koniec kariery Wenus pozowała dla głośnej sesji w Urbino. Pierwszy właściciel obrazu to młody Guido Baldo II della Rover, któremu bardzo zależało by szybko wejść w posiadanie obrazu „Donna Nuda”. Tycjan zaaranżował sesję tym razem we wnętrzu. Modelka leży na łóżku, podparta na prawym ramieniu, trzyma na poduszce kwiaty. Złociste włosy odkrywają jej kształtne piersi. Lekko podnosi głowę, ma bezpośredni kontakt wzrokowy z odbiorcą obrazu. Lewą dłonią przysłania łono, dotyka się kusząc i prowokując tym widza. Zamiast Amora obecny jest pies śpiący w nogach łóżka. Jako przeciwwaga na obrazie umieszczono dwie postacie w tle zajmujące się odzieniem Wenus. Widoczne jest erotyczne napięcie, które nie wymaga mitologicznych określeń. Ikonografia obrazu jest jawna – Wenus została przedstawiona jako kurtyzana.

Tiziano_-_Venere_di_Urbino_-_Google_Art_Project

Komentarzom nie było końca. Autor tekstów – Ardingbello w 1781 roku pisze: „Wenus z Urbino to młoda wenezianska pani w wieku siedemnastu lat. Letnią scenerię podkreślają róże i świeże poranne światło. Wewnętrzy blask modelki obejmuje całą przestrzeń obrazu. Dziewczyna kusi swym ciałem, które jest wykorzystywane dla chwilowej przyjemności”. Po latach temat został kontynuowany przez Eduarda Maneta portretującego Olimpię.

Edouard_Manet_-_Olympia_-_Google_Art_Project_3

Kilka lat temu, schorowana Olimpia dała się sfotografować świeżo po odbytej chemioterapii. Sceneria została po części zachowana. Katarzyna Kozyra – autorka projektu chciała podkreślić problem nieukazywania publicznie ciał chorych i starych. Zwraca przy tym uwagę na tabu kobiecego ciała. Ciało pozbawione witalności nie kusi tak bardzo, jest mało zachęcające – co powoduje, że nie jest pokazywane. Dlaczego? To wciąż ciało kobiety. Był to decydujący ruch, rozpoczęło się społeczne oswajanie z problemem cierpienia, starości, chorób.

katarzyna-kozyra-olympia-1996-1347295918_org

Gniew narastał już dawno. W 1914 roku członkini ruchu sufrażystek dosłownie zadźgała nagą Wenus leżącą na płótnie Velázqueza. Zadała jej siedem ran siekierą. Podczas renowacji obrazu, badania wykazały, że kupidyn na obrazie został domalowany w późniejszym czasie. Komu zależało na obecności Amora w towarzystwie Wenus? Kim jest dzisiejsza Wenus?

VelazquezVenues

*Kupidyn – nazywany także Kupido, Amorem co odnosi się do słów „pragnienie”, „pożądanie”, „miłość”. Uchodził za syna Wenus i boga Marsa. Zarażał miłością przy pomocy swoich strzał.

UNESCO

Pejzaże Romantyzmu

Pakujemy ogromną retro walizkę w kwiaty. Namiot, cztery śpiwory, plandeka i karimaty – są. Stroje kąpielowe i zimowe czapki – odhaczone. Wódka, parówki i chleb. Pierwszy poziom absurdu za nami. Czeka nas wyprawa na Islandię. Wszystko na szybko, połowa rzeczy się nie pomieściła, zgapiliśmy się z wynajęciem auta, bagaż pęka w szwach, ale jakoś to będzie. Jedziemy na lotnisko, poddenerwowani ludzie poubierani w kilka warst na sobie, ciągną się w gigantycznej kolejce. My, równie opatuleni stajemy na końcu kolorów z Decathlonu, uzupełniając szereg o kilka nowych odcieni. Szybciej, no szybciej proszę! Startujemy. Nie powiodło się lądowanie w Keflawiku – zbyt silny wiatr. Wznosimy się w powietrze raz jeszcze. Pilot uspokaja, ale mimo jego zapewnień zdenerwowanie rośnie. Któryś z pasażerów opowiada, że pewnego razu samolot nie wylądował i wrócił do Wrocławia. Szybciej, no szybciej proszę! Uff udało się, jesteśmy!

DSC09326DSC09128

Wieje silny wiatr, jest dość chłodno i dziwnie pusto. Zniknął gwar i pośpiech. Pierwsze co zauważamy, że nikt się tutaj nie pcha, nie biega, nie przekłada w tę i we w tę bagaży. Wszyscy pracują we własnym rytmie, co wydaje nam się bliższe natury. Jeszcze nie możemy się do tego tempa przyzwyczaić. Szybciej, no szybciej proszę – ile można czekać? Jednak czekamy. Czas się leni w swobodzie pracy mieszkańców. Powoli się uspokajamy oddając się panującej harmonii. Wycieczka się rozpoczyna. Cztery dni, nasza czwórka i auto 4×4. Wyjazd pod tym hasłem okaże się podróżą naszego życia.

DSC09470DSC09190DSC09371

Wszystko szumi od wiatru i wodospadów, na każdym kroku coś piękniejszego, nieznanego. Natura rzeźbi krajobraz nie do powtórzenia. Cisza nigdy tak nie była słyszalna jak tutaj. Przestrzeń i my – tak nierealne. Rozbijamy namiot ciemną nocą i nie wiemy do końca gdzie się znajdujemy. Rano naszym oczom ukażą się skaliste zbocza w połowie których unosi się gęsta mgła wyglądająca jak tasiemka. Jej wyrazista biel otacza skały jak wąż i dryfuje w powietrzu. Krajobraz jest dość ciemny i mroczny. W takiej scenerii rodzą się kryminały! Czuję się jak „Wędrowiec” w czarnym płaszczu z obrazu Caspara Dawida Fredrich`a stojąc nad potęgą wodospadu Gulfoss. Jestem w sercu Matki Ziemi otoczona oceanem, lodowcem i wulkanem. Pochłaniam przepotężne pustkowie i wsłuchuję się w szmer dobiegający z oddali. Trochę się boję, ale to miły strach. Oswajamy się z każdym pokonywanym kilometrem. Biegamy po polanach miękiego mchu skacząc radośnie i zanurzając się po kostki w zielonej pierzynie. Trasy off road mają wiele niespodzianek. Dalsza droga jest niebezpieczna więc zostajemy w górach, jutro pokonamy drugą jej część. Skaliste zbocza odsłaniają nam pełną paletę barw. Czy widziałeś kiedyś niebieskie góry? Pokonujemy rzeki, mijamy stada owiec i galopujące konie. Jest życie na tym księżycowym przedpiekle! Islandzka Afrodyta co zrodziła się z fal oceanu ma postać kryształów lodowych wyrzucanych na czarną plażę. Srogość krajobrazu tworzy nowe mity. Tu mieszkają stwory fantazyjne, baśniowe krasnoludy. Mają zbroje wykute w grotach wulkanu. Śpimy pod jednym z nich. Nasze zmysły są wyostrzone do granic. To ostatnia noc tutaj. Nazajutrz pośpiesznie wracamy do domu. Kolejka po bagaż, byle szybciej złapać PKM, odbierać  dzieciaki, wstać do pracy. Szybciej, szybciej proszę! DSC09434DSC09567

Nastojowo:

Muzeum Otwarte · Sztuka to z dzieciakiem

Kipiące gary

Do licha! Co to za skansen? Pierwsza wizyta we lwowskim skansenie łączyła w sobie wiele skrajnych odczuć. No cóż, prowadzić muzeum to trudna sztuka, zwłaszcza gdy brakuje dofinansowania i pomysłu. Wylane betonem wnętrza chat raziły w oczy, a brak zbudowanej narracji nie pomagał w ocenie muzeum. Ale chwileczkę… Były tam pamiętam jednak małe cuda, których daremnie jest szukać u nas. W swojej prostocie wyjątkowe i pozbawione zachodniej sterylności. Stworzyły klimat nietypowy i zabawny, taki jekiego szukamy jadąc na Wschód, ciut niewłaściwy ale prawdziwy.

Lubimy wyłapywać rozety solarne, znaki niemalże magiczne. Powtarzają się często, niemalże w każdym skansenie – tylko trzeba się dobrze rozglądać. Słowiańskie symbole wyryte na belkach i podporach zapraszają do drewnianych chat. Niekiedy rozety są ukryte gdzieś na podwórzu, piecach, a inne wymalowane tuż nad progiem. Skrywają się w zakurzonych herbach rodzinnych i na krzyżach przydrożnych. Dekoracyjne symbole słońca mają z całą pewnością magiczną moc, moc opiekuńczą i uzdrowicielką. Chroniły dom i jego mieszkańców. Pozytywna energia dawnych wierzeń, których echo odzywa się jeszcze. Rozety mają kształt gwiazdy heksapentalnej –  sześcioramiennej, przypominającej kwiat, mandalę. W sztuce najczęściej nazywa się je podhalańskimi czy karpackimi, chyba wiadomo dlaczego?

W drewnianej cerkwii trwają akurat przygotowania do kolejnych świąt. Panie krzątają się sumiennie. Należy zdjąć ozdoby z pisanek i bazi, które dały pierwsze wrażenia wiosny i ozdobić nowymi kwiatami. Pachnie słodko wilgocią drewna. Malutkie wnętrze wypchane zostało czym się da, a to w imię pierwszej zasady przepychu – nie mylić z pychą – czyli  „na bogato”.  Majestatyczną pozę przybrała także Świeta w kapliczce obok. Muzeum rozkwita.  Na głównym skrzyżowaniu, pomiędzy cerkwią a kapliczką tuż przy wydeptanej drodze jest kierunkowskaz zapraszający do restauracji zdje się kozackiej, zrobiony na styl drapieżny. Idziemy za strzałką, taki to nasz KIERUNEK ZWIEDZANIA.

Zza kilku chałup wyłonił się zniewalający widok! Para buchała już z daleka, białe kłęby zamierały na mroźnym wiosennym powietrzu! Na prowizorycznie zbudowanej kuchni, pani w fartuchu mieszała barszcz, grzybową i pierogi. Bulgotały wielkie czarne poprzypalane garnki, dorzucano drewnem do pieca! W słojach na głównej ladzie pozamykane były małe, ręcznie robione słodkie przysmaki obsypane czarnym makiem i domowej roboty kompot. Pobladłe truskawki namaczały się w słodkiej wodzie kusząc smakiem dzieciństwa.  Prywit, gdzie jest menu? – pytam, starając się jak najlepiej wypowiedzieć gardłowe „h” zamiast literki „g”, ale wychodzi mi tylko dźwięk odksztuszania śliny. No nic, pani zrozumiała.  – Ja je menu! A szo potreba? Wsio je… Wzięliśmy więc wszytsko. Pod drewnianą wiatą, przy stole zaścielonym ceratowym obrusem w kwiaty, zajadaliśmy się prawdziwie  smaczną i niech będzie, że kozacką kuchnią. Pomyślałam sobie, że polski sanepid miałby tu co robić! Ucieszyło mnie to jednak ogromnie i poczułam pewnego rodzaju wolność.  Wspaniałą uroczystość dla naszych zmysłów przerwał nam chłopak, który bardziej gestem niż słowem nakazuje zatkać uszy. BUUCH! Z małej armaty wstrzelił pocisk. Z chmary kurzu słychać tylko delikatne pochichrywanie. Oto żywe muzeum… Żywe były też zwierzęta, które całym stadem otoczyły nas w drodze powrotnej. Owce i kozy całkowicie na bogato wyjadały trawę z całego obszaru muzeum – jak kto chciał i lubił, bez ograniczeń. Jedne skrywały się za drzewami, inne paradowały głównymi drogami nie przestrzegając zasad ruchu drogowego. To się nazywa wolność! Owca spojrzała w naszą sronę, baran-wódz zabeczał i poszły dalej za kierunkowskazem…pewnie na kozackie pierogi.

 

Sztuka to z dzieciakiem

Na straganie w dzień targowy

W zeszły poniedziałek nic mi nie wyszło, a smutny wyrzut sumienia dociągnął tej niedzieli. Doba staje się za krótka, a dni mijają jak szalone. Pobudka, praca, dom, dzieci, odpoczynek, pobudka…gdzie czas na pasje? Postanowiłam jednak choć trochę nadrobić poniedziałkowe braki i przedstawić wspomnienia z wyjazdu do Lwowa. To miejsce gdzie stragany, stoiska z pamiątkami, targowiska po raz pierwszy nas tak bardzo zachwyciły!  Jeśli ktoś jak my, cierpi z powodu powtarzalności się produktów, oklepanych widokówek i breloków, figurek z nazwą miasta czy struganych straszydełek – niech odwiedzi Ukrainę – kolorową, haftowaną, unikalną. Póki jeszcze ten klimat trwa! Kwiecień 2017.

Polecamy każdemu: Motanki – słowiańskie lalki dobrych życzeń. Motanki ukręca się ze starych materiałów. W miejscu twarzy jest zwykłe białe płótno lub krzyż z kordonka. Lalki służyły jako amulety lub zabawki. Często nazywa się je od rodzaju przeznaczenia. Robiąc motanki nie wolno używać ostrych narzędzi jak igły czy nożyczek, może to przeciąć nasz dobry los!