Na Szlaku · ochrona · Warmia Mazury

Wdowy, mężatka i przyszła panna młoda

Zjechałam z trasy i podjechałam na tyły dworu żeby na niego popatrzeć. Wiosna dopiero się zaczynała, ktoś łapał pierwsze promienie słońca odpoczywając w ogrodzie. Wtedy obiecałam sobie, że tu wrócę ale już jako gość. Rok później nadarzyła się okazja. Pojawił się wolny pokój i to w piątek trzynastego! Czyżby dzień tak pechowy, że nikt go nie chciał? Nic jednak nie dzieje się przypadkiem, zwłaszcza gdy obchodzi się tego dnia piątą rocznicę ślubu! I tak staliśmy się gośćmi dworu w Dawidach więc marzyć zawsze warto.

20190914_112340

– Dzień dobry. Cisza. Poruszył się królik w klatce. Z kuchni dobiega jakiś szmer, ktoś się tam krząta. Majątek służył kiedyś jako dworek myśliwski, posiadał więc przestronne pomieszczenie do gotowania, oporządzania zwierzyny i wędzarnię. – Dzień dobry – powtarzam i zachodzę głębiej – mieliśmy na dziś rezerwację – mówię. – Ach tak, przepraszam – pani ociera łzy – już, już chwileczkę i zamiast chusteczki używa rękawa – właśnie kroiłam cebulę, jutro mamy tu wesele. Piękną datę wybrali – pomyślałam i uśmiechnęłam się w duchu. Pogoda jak na zamówienie a to przecież pomyślna wróżba. Słońce ciągnie się już ku zachodowi otaczając dwór ciepłym, jesiennym światłem. Obrysowuje kontury stylizowanych mebli a całe wnętrze nabiera przez to wyjątkowego charakteru. Z kuchni unosi się zapach weselnych potraw. Pora odpocząć od zgiełku i dać się ponieść pozytywnym emocjom. Oto dwór wdów, w tym ja – mężatka i przyszła wybranka. Zapowiada się ciekawie. Czy panna młoda ustawiła już ślubne buty na parapecie aby weszło do nich szczęście?

t43t320190914_113537

Pod nogami skrzypią drewniane schody gdy wchodzimy na piętro. Wszystko jest tu zrobione z drewna. Drewniane drzwi, okna, podłogi i meble. W końcu nasza piąta rocznica ślubu też jest drewniana. Dostajemy klucz do pokoju z widokiem na staw i z przestronną łazienką. Chcemy złapać ostatnie promienie słońca wiec nie tracąc czasu udajemy się na spacer malowniczymi wąwozami. Mijamy bogate drzewostany, buki liczące ponad dwieście lat. To dawni strażnicy dworu, pomniki przyrody. W powietrzu wyraźnie czuć jesień, ktoś pali wrześniowe ogniska. Czerwieni się głóg, pola opustoszały, usychają osty i ta cisza jak makiem zasiał. O czym teraz myśli przyszła panna młoda? Co będzie pamiętać z jutrzejszego dnia? Ja przecież pamiętam tak niewiele. Tyle dni już minęło, lat. Uschnął na dobre ślubny bukiet, zamknęłam z pamiątkami urocze ptaszki z korowaja, odłożyłam rusznik na szczęście.

36525336y220190913_182701do pary20190913_185705

Wiatr zwiewa z drzew pożółkłe liście. W spokoju tego miejsca, w zakamarkach sędziwego dworu jesteśmy jak zaczarowani, wszystko nas zachwyca. Z łatwością dobieramy piękne słowa w rozmowach i snujemy historie w salonie przy blasku kominka. W dworze poza nami nie ma innych gości więc za pozwoleniem zwiedzamy wszystkie pokoje. W którym z nich sypiał Wilhelm II z rodziną? Czy opowiadał swej babce, królowej Wiktorii o pobycie tutaj? Przedmioty i detale, wszystko dopracowane. Dopiero jutro dwór ożyje, zjadą się weselnicy jak kiedyś gdy organizowano tu ważne spotkania towarzyskie. Czytam na głos historię tego miejsca: w końcu XV wieku majątek należał do Achatiusa Borcka, a w 1705 roku wdowa po Jerzym Drzewickim sprzedała majątek rodzinie  Dohnów ze Słobit, którzy wznieśli tu dwór… W Dawidach, w  posiadłości o cechach baroku holenderskiego zamieszkiwały samotne kobiety i wdowy z uznanego rodu. Z tego powodu zaczęto dwór nazywać „dworem wdów”. Mam nadzieję, że to żadna mojra ale mimo to przezornie odkładam lekturę. Trzaska ogień w kominku, kolejny łyk wina. Skoro to dwór kobiet niezależnie od ich losu rozmawiały pewnie o miłości. Cisza na stawie, lekko szumi sitowie i głowa.

do pary-004do pary-00720190914_121537do pary-00820190914_120840fds20190913_185503

Szumiało też w miasteczku jak państwo jechali do Dawid. Na piknik i polowanie zbierało się liczne towarzystwo.  Droga ze Słobit wiodła przez piękny pagórkowaty krajobraz, a każdy kto ich widział kłaniał się z szacunkiem. Mężczyźni ściągali czapki czyniąc z nich powitalny gest. Początkowo ruszali do Mikołajek a stamtąd musieli galopem przejechać przez Górski Las, przez bagniska. Z Sęp gdzie droga była już lepsza docierało się prosto do dworku. Pod koniec XIX wieku podczas remontu, który zleconego wybitnemu mistrzowi, postawiono pokaźne piętro i dobudówkę przy wejściu wspartą na  czterech kolumnach. Dziś już jej nie ma. Z zachowanych wspomnień wynika, że na piętrze stał okrągły stół przykryty białym obrusem a do tego zastawiano go owocami i ciastem z kruszonką. Lepiły się dziecięce palce od słodkości, może do dziś ich zjawy zaglądają do łakoci gdy nikt ich nie nasłuchuje? Jutro zjawią się weselni goście i spróbują tortu na zapowiedź słodkiego życia nowożeńców.

do pary-005yutjdo pary-00120190914_12002453520190914_115653do pary-003fdffdfs

Zbudziło nas słońce o wiele łaskawsze od dźwięku budzika. Oświetliło różanecznik i ostatnie w nim kwiaty. Woda w kranie rozgrzewa się pomału. Jakiej pomady używały kobiety? Czy ich pudry pachniały olejkiem różanym? Romantyczna aura dworku wisi w powietrzu, sączymy herbatę kwiatową. Ostatnie spacery i lektura pod altaną z lip, nasłuchiwanie ptasich odgłosów. Ostatnie też śniadanie na zewnątrz w tym sezonie, pożegnanie lata. Panna młoda niedługo założy welon. Czy któraś z dawnych mieszkanek dworu brała też ślub we wrześniu? Gdzie się podziały ich bukiety ślubne z astrów, dalii i kalin? Co się wydarzyło, że tu zamieszkały? Cały ranek chodzą mi po głowie leniwe myśli o nich. O kobietach.  O pannach młodych, żonach i wdowach. Zajadam myśli obszernym ciastem z kremem i kajmakiem. W końcu to nasze pięć lat i jeden dzień a kolejna, szósta rocznica jest przecież cukrowa…

do pary-00920190914_12135920190914_10442820190914_112421

Wrześniowej Pannie Młodej w tym wyjątkowym dniu chciałam życzyć pięknych wspomnień, kolejnych rocznic ślubu i miłości w gestach, słowach i spojrzeniach.

*

Opuszczony dwór w Dawidach uratował od ruiny pan S. Matuszewicz z żoną wykupując go w 1976 roku i pozbywając się chociażby drzew z wnętrza dworu. Wysoki dach mansardowy kładł się do środka.  Dzisiejszy właściciel po gruntownym remoncie umiejętnie stworzył klimat dawnego dworu wcale nie korzystając przy tym z barokowej stylistyki. Na piętrze w korytarzu ustawiono warmińską skrzynię posagową, do której panny młodej należała?

*

o pałacu w Słobitach: https://wordpress.com/post/kierunekzwiedzania.blog/1291

do pary

 

Na Szlaku · ochrona · Sztuka to z dzieciakiem · Warmia Mazury

ul. Zamkowa, Orneta

Część 1.:     https://kierunekzwiedzania.blog/2019/06/14/obecnie-w-ruinie/

Desktop2

– Poprosimy dwa razy śmietankowe, płatność kartą  – spełniam obietnicę – Niestety, tylko gotówka. Szlag to….zaklinam w duchu. – O nie  i co teraz? – Mikołaj wykrzywia buzię w grymasie i zaczyna litanię – już nigdy w życiu nie zjemy lodów, nie mamy pieniędzy i nie możemy kupić już niczego, dlaczego dałaś… Dalej nie słucham, zaczynam się rozglądać po rynku. Szyld sklepu spożywczego natrętnie wybija się pod malowniczymi arkadami, idziemy. Oto urocza Orneta, którą czasem widywałam przez okna rozklekotanego i nagrzanego PKS-u. Siedziska wysłane zużytą tkaniną przesiąkniętą dymem popularnych papierosów do tej pory wracają do mnie zapachem, który mogę odtworzyć w pamięci na zawołanie. Jednak widok Ornety był za każdym razem tak samo zachwycający a kwaśny posmak w ustach z powodu krętych tras nie mógł tego zmienić.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

– Te dwa lody i zapłacę kartą – mówię. Pan za mną sapnął zirytowany. Wygląda na to, że nikt tu nie płaci kartą i moje pytanie jest absolutnie nie na miejscu. Jakbym wyrzekła się publicznie jakiejś rytualnej czynności, odrzuciła wielopokoleniową kulturę zakupów a tradycja tkana od pokoleń została przeze mnie przerwana. Tylko widzicie państwo, zazwyczaj się słyszy: nie wydam, no nie wydam! Nie mam! Kartą nie może pani?Od 20 zł – stanowczo stwierdza pani ekspedientka. Jesteśmy gdzieś w tym samym wieku, ale dźwięk jej głosu zagrzmiał tak silnie nad moimi myślami, że rozgonił je raz a dobrze. Robimy więc większe zakupy, a pani wygląda na zadowoloną więc zagaduję: czy jest tu w Ornecie zamek albo był? – staram się przybrać miły i wyluzowany ton żeby absolutnie nie wyczytała z mojej twarzy, że kiedyś uczono mnie o Ornecie tylko niewiele z tego pamiętam – coś mi się kojarzy, że powinien być, ale padł mi telefon, jesteśmy przejazdem…– tłumaczę się i robię minę pt.: „wie pani”. Przez chwilę mam wrażenie, że ekspedientka jest moim profesorem, który dokładnie omawiał zabytki miasteczka ale zapamiętałam tylko dekoracje fasady kościoła, rzygacze o niepokojącym obliczu i jakieś majaki dotyczące zamku i czuję jak płonę ze wstydu. – Zamek hmm ale to daleko, na piechotę to pani nie dojdzie. Ostatni raz to nie pamiętam…może w szkole, mała byłam ale nie, chyba nie mamy – zmieszała się dziewczyna. I kto tu kogo przyłapał? Dzieci dobierają się do lodów, zwykłe rożki ale jak widzę im to nie stanowi różnicy. Zaczepiam zakochaną parkę – czy jest tutaj jakiś zamek? – Zamek? nie wiem ja z Lidzbarka to nie wiem, niech pani kogoś starszego zapyta, bo my to nie wiemy, za młodzi jesteśmy. I właśnie nieświadomie doczepił mi łatkę staruchy, bo w końcu biegam dla rozrywki po zamkach. I proszę, wszyscy narzekają że ludzie w telefony zapatrzeni, ale bez internetu niczego się nie dowiesz. Kogo by tu zaczepić…? Idzie kobiecina, dwie siaty w rękach utrzymujące balans. Kołysze się na opasłych biodrach to w lewo to w prawo. Obraz kobiet się tutaj nie zmienia, tak często wyglądały niektóre mamy i babcie gdy byłam mała. Zaczepić, nie zaczepić? Biedna dźwiga te torby… –Przepraszam panią czy był albo jest tu jakiś zamek? Nie sprawdziłam wcześniej a mam wrażenie… –  kolejny raz wyrzucam z siebie wszystkie słowa. – Nieeee kochana, my tu w Ornecie zamku nie mamy, tylko ten rynek – przerywa. – I nic tu nie ma? – upewniam się. – Już mówiłam, nie mamy. Jakoś nie wierzę, przecież musi coś być. Powerbank odratował mój telefon na tyle, że może dam radę cokolwiek sprawdzić. Pani się dalej zastanawia ale chyba bardziej mi się przygląda. Wpisuję: ORNETA ZAMEK. Pozycja pierwsza: Orneta – średniowieczny zamek biskupi (zniszczony). Pani pyta: o! a gdzie to ma niby być? – Ulica Zamkowa – czytam – to daleko? – Nie, to ta tutaj – wskazuje siatką wypchaną warzywami malowniczą uliczkę obok nas. – Czyli to może w szkole było? – pyta zdziwiona. Faktycznie, szkoła postawiona na fundamentach dawnego zamku, ale w samej szkole widać o tym nie uczyli. Ale jest!

SAMSUNG DIGITAL CAMERASAMSUNG DIGITAL CAMERA

Pięknie. Ta uliczka – kadr z filmu „Wenecja”. Przysiedliśmy na murku, wszystko buduje się tu na pewną nastrojowość. Powolność tygodnia, mieszkańcy, kamieniczki, obdrapane tynki i przy tym wszystkim góruje nad miasteczkiem filmowa atmosfera. Zabytkowa plebania przy kościele gdzie ksiądz zaparza ziele mniszka. Mały domek szachulcowy ze spadzistym dachem, który pamięta stukot słynnych furmanek z lokalnej fabryki. Obdrapany drewniany baranek na fasadzie i legendy o Lilianie pochowane w zakamarkach. Dziś w starej synagodze mieszkają ludzie. Na rynku w barokowej wieżyczce drzemie najstarszy na Warmii dzwon. Powoli zbiera się na deszcz. Najbardziej znane z Ornety są dekoracje fasady. Wiśniówki i zendrówki mienią się gotykiem. Gotyk ceglany miał to do siebie, że dekorację architektoniczną tworzono także z cegieł, które były głównym materiałem budowlanym. Można je podziwiać głównie na elewacjach, a ta z Ornety zasługuje na wyróżnienie. Cegłę można było formować w celach dekoracyjnych już na samym początku. Kościół nie tylko posiada wspaniały fryz ale i kaplice boczne z najeżonymi szczytami. Pamięta wojny i pożary które rzygacze, piękne gargulce, maszkarony opluwały wodą opadową. Przeplatają się wzajemnie stare kamienice i nowi powojenni ich mieszkańcy. Nad dachami snuje się z dymem pewien rodzaj melancholii, smutku post-pokoleń. Kiedyś szły tu cygańskie kolorowe wozy Wajsów, a potem nagrywano „Papuszę”. Oglądam mury szkoły. Wędruję wzrokiem po starych cegłach. Zamek miał nietypowy kształt, nieregularny ze względu na ukształtowanie terenu. Różnił się więc na tle innych założeń krzyżackich na terenie Warmii. A cóż to? Drzewo? Na dachu? I teraz grzmią w uszach słowa profesor Rouby. Profilaktyka! Profilaktyka moi drodzy! Drzewo usadowiło się jak bocian na szczycie. Czas na nas, ruszamy w dalszą podróż. Czy wszyscy tu zapomnieli o ulicy Zamkowej, która zapuszcza korzenie w głąb murów dawnego zamku?

ornetaSAMSUNG DIGITAL CAMERA

Cegły układane są według różnych wątków. Główka – wozówka – główka to typowo polski układ. Ceglana dekoracja może występować także ze względu na wykorzystanie cegieł w różnym stopniu jej wypalania. I tak rozróżniamy np. wiśniówkę o intensywnym czerwonym odcieniu czy zendrówkę wypalaną aż do zeszklenia.

Post-pokolenie to termin który określić można także słowem „postmemory” i opisuje związek jaki „pokolenie po” osobiście zmaga się ze zbiorową i kulturową traumą wcześniejszych pokoleń. Temat często wykorzystywany w sztuce w stosunku do doświadczeń, które nowe pokolenia „pamiętają” tylko dzięki historiom, obrazom i zachowaniom wśród których dorastali. Ale te doświadczenia zostały im przekazane tak głęboko i uczuciowo jakby wydawały się same w sobie wspomnieniami. Dotyczy np. zmiany rzeczywistości pod wpływem Holocaustu i traumy jaką wywołała wojna.

20190705_143410

  • Uliczki i kamienice Ornety posłużyły jako plan filmowy do filmów: „Wenecja”, „Papusza”, „Róża”. Nieopodal leżące Krosno, także można zobaczyć w filmach.

https://kierunekzwiedzania.blog/2019/03/11/dwory-i-palace-dawnych-prus-wschodnich-2-jedzmy-wracajmy/

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

  • kadr z filmu „Papusza” przy pałacu w Słobitach

 

Sztuk kilka · Warmia Mazury

Dwory i Pałace Dawnych Prus Wschodnich (2.): Jedźmy, wracajmy

Przy każdym kroku z podmokłej ziemi jak z nasiąkniętej gąbki sączy się woda. Staram się ominąć wysokie zarośla i jak najbliżej podejść do opuszczonego budynku stacji kolejowej w Drogoszach. Zawsze jest mi szkoda tych niewielkich stacyjek, które popadają w ruinę. Kiedyś musiało być tu gwarno, pociągi przychodziły i odchodziły, ktoś na kogoś czekał. Moi dziadkowie mieli w zwyczaju podporządkowywać się rozkładom jazdy pociągów do tego stopnia, że na pytanie o której przyjdzie babcia, dziadek odpowiadał: będzie z tym o 17:15 albo mówić: pojechał Ełk, zaraz pogoda. Oglądanie prognozy pogody było czymś niezwykle ważnym choć nigdy nie byłam w stanie pojąć dlaczego. Kamienica dziadków stoi tak blisko torów kolejowych, że przy każdym przejeździe pociągu trzęsły się ustawione na białej serwecie filiżanki w kredensie. Wydawały przy tym niezwykły dźwięk przez który bałam się zostawać sama w mieszkaniu. W tym czasie wierzyłam w  duchy, a one miały najwyraźniej odgłos wysokich tonów obijanej się o siebie porcelany, uroczo malowanej w różane wzory. Potem zdjęto częste połączenia i duchy odeszły. Wracam do auta i jadę do Jegławek. W radiu nadają komunikat, że długotrwała i silna ulewa zalewa Gdańsk. Potoki zamiast ulic – mówią, Gdańsk tonie a ja mam szczęście być tu i teraz. Parkuję przed bramą dawnego majątku rodziny Siegfried.

Prawdziwa historia tego miejsca sięga głęboko pod ziemią, w dwupiętrowych piwnicach pałacu o krzyżowych i kolebkowych sklepieniach. Na krzyżackich podwalinach wybudowano neogotycki pałac porośnięty dzikim winem. Przeplata się tutaj  i plącze wiele historii. W zalanych wodą piwnicach po części spełniały się marzenia Marka będące ułudą wymarzonej podróży do Wenecji. Bardzo chciałam tu przyjechać, poczuć  liryczny i senny nastrój końca lata jaki przedstawiono w filmie. Chciałam by oplotły mnie ulubione historie Odojewskiego i zapachy dzieciństwa. Przed oczami mam jednak tylko zwidy i widziadła: zatopioną tekturową Wenecję, gondoliera rozpoczynającego karnawał, odcisk ust matki na kawałku rozbitej szklanki, cyrk SARASSINI i dziecięcą tęsknotę zamkniętą w blaszanym pudełeczku. Nic nie pasuje do dzisiejszego  wyglądu pałacu. Nie ma śladu po zapachu zbutwiałych piwnic i gry świateł na wodzie. To się tutaj nie wydarzyło, sama iluzja-scenariusz a to miejsce ma własną poetykę w dodatku gęsto usianą liliami wodnymi. Ciekawy architektonicznie obiekt z dwiema wieżami, oknami zamkniętymi łukiem Tudorów i ryzalitami wcale mi się nie podoba. Przyglądam mu się ciut zawiedziona. Może te blanki straciły swoją dostojność i wyglądają jak ze snu cukiernika? Może gdy powracano do oryginalnej bieli tynków wybielono obiekt z wszelkich historii tego miejsca? Nie mogę oderwać wzroku od dachówek tak nazbyt nowych i jednolitych. Stała tu niegdyś drewniana ażurowa weranda, serce majątku. Deszcz zmywa ostatnie kadry z pamięci. Za jakiś czas pałac obroście od północy mchem, wiatr przyniesie kurz i pył który na nim osiądzie. Przyjadę może ponownie i poszukam innej, prawdziwej historii tego miejsca. Skrywa się ona gdzieś głęboko pod ziemią, w starych piwnicach ze studnią i w pałacu porośniętym dzikim winem.

20180906_155017

Dziesięć minut drogi dalej, w Skandławkach jest kolejna posiadłości rodziny Siegfried. To dwór w którym zakochujesz się od razu! Jego idealnie dobrane proporcje późnoklasycystycznej architektury sugerują wyjątkowy gust i smak. Parterowy dwór o dwóch kondygnacjach w bocznych ryzalitach, interesujących detalach architektonicznych, do tego na osi od frontu ustawiono czterofilarowy portyk! Gdy podjeżdżam bliżej zaczyna szczekać pies mieszkańców niskiego domu i na próg wychodzi mężczyzna nakazany głośnym krzykiem kobiety sprawdzić kto przyjechał. Jestem pewna, że jest to nie lada wydarzenie na tym odludziu, zwłaszcza tak nudnej i deszczowej niedzieli jak ta. Turist – mówi ze wschodnim akcentem. A turist już przedziera się przez wysokie trawy i znika im z pola widzenia. Chciałabym móc zobaczyć ten dwór w czasach jego świetności. Jest pewna nastrojowość tego miejsca, coś wisi w powietrzu. Wiatr gwiżdże przez wyszczerbione szyby, czy to duchy Gertrudy i Joachima? Może właśnie kosztują herbatę z pięknych filiżanek? Wyważony w proporcjach, z werandą na tyle dwór wygląda dostojnie. Potem doczytam, że wybudowany został na planach sławnego niemieckiego architekta, to widać. Wracam po obejściu budynku mokra i obczepiona ostami od stóp po same włosy. Zdejmuję z siebie kujące rośliny  i przypomina mi się zabawa z dzieciństwa jak obrzucaliśmy się nimi nazywając je psimi rzepami. Teraz myślę, że była to wyjątkowo okrutna zabawa i wsiadam jeszcze w kolcach do auta. Pies szczeka na pożegnanie ale tym razem już nikt nie wyszedł. Ruszam do kolejnego majątku rodziny Siegfried oddalonego o pięć minut drogi stąd, do Kolkiejm.

Dawne założenie dworsko-parkowe jest w opłakanym stanie. Nic ponad piękny fragment mansardowego dachu i przerażającego pustkowia. Oblatuje mnie strach, jestem blisko granicy i żywej duszy tu nie ma. Jest zawsze coś niepokojącego w tych stronach, jakby nigdy i żadne marzenie miało się tu nie spełnić na prawdę, zwłaszcza w taki pochmurny dzień. W starej kamienicy położonej blisko torów czeka na mnie babcia z niedzielnym obiadem i prognozą pogody podaną z ciśnieniem, kierunkiem i prędkością wiatru. Gdańsk zamienił się w Wenecję – mówi zdziwiona…

SAMSUNG DIGITAL CAMERASAMSUNG DIGITAL CAMERASAMSUNG DIGITAL CAMERASAMSUNG DIGITAL CAMERA

*Film w reżyserii Jana Jakuba Kolskiego oparty na opowiadaniu „Sezon w Wenecji”, autorstwa Włodzimierza Odojewskiego nagrywano m.in. w pałacu w Jegławkach

„Tyle lat minęło. Zjeździł pół świata. Tyle krajów, tyle miast, tyle przeróżnych widoków. Ale nigdy nie był naprawdę w Wenecji, choć wielokrotnie w pobliżu. Nie żeby go nie ciągnęła albo nie budziła ciekawości. Może tylko gdzieś w głębi duszy bał się trochę. Nie, nie bardzo wiedział czego. Wiedział natomiast, że czeka go tam gondola wcale nie podobna do ich olbrzymich balii z piwnicy ciotki Weroniki. Więc nie chciał”.

kolkiejmy

Sztuk kilka · UNESCO

Barok maltański

Złapaliśmy autobus do miejscowości Mellieha. Jest wczesny październik 2014, samo południe. Bryła kościoła wyłoniła się jako pierwsza. Kamienna architektura ma barwę żółtego ugru, jakby ktoś ulepił ją starannie podczas zabawy w piachu. Barok maltański w pełnej odsłonie jawi się przed nami. Stoję na wzgórzu miasteczka, ciepło dotyka mojej twarzy i rzeźbi błogość tego stanu. Nikogo nie ma, upał przegonił mieszkańców. Na niewielkim skrawku urwiska jest cmentarzyk z widokiem na turkusową zatokę – nasz cel dzisiejszej wyprawy. Jak dobrze tym, którzy spoczywają w tej ciszy. Jaszczurki chodzą po tablicach wygrzewając się leniwie w plamach słońca. Ta dziwna korelacja nikogo tu nie razi. Pamiętam obraz „Młodzieniec ukąszony przez jaszczurkę” – wymowny, erotyczny, o dwuznacznej treści. Biały kwiat we włosach zniewieściałego mężczyzny, zaskoczenie na jego twarzy, obnażone ramię i niespodziewane ukąszenie sugerować mogą tylko jedno…Miłość wisi w powietrzu. To nasz honeymoon. Jaszczurki pouciekały, ruszamy dalej.

ładne1ładne

Michelangelo Merisi da Caravaggio wyruszył w drogę szukać swego przeznaczenia. Szczęście niestety bywa zezowate i garbate o czym się wkrótce przekonał. Miał talent, wizję i w niedługim czasie znalazł wpływowych mecenasów. Popularności przysporzyły mu zamówienia na obrazy o tematyce religijnej. Tylko święci z obrazów Caravaggia nie zawsze byli w glorii i chwale. Mówi się, że aniołowie na swych rękach noszą pijanych. Aniołowie Caravaggia sami mają zmącone oczy i umysły. Błogosławieni o brudnych nogach i bezgrzeszne niewiasty z płócien, które można było spotkać wieczorami na ulicach Rzymu – oto jego realizm. Dzieła odrzucano lub kazano przemalować. Realizm przedstawień budził odrazę. Było jednak coś ponad to, coś co nie pozwalało odejść od jego dzieł – wibrujący światłocień docierający do ospałych oczu. Strach szczerze wypisany na twarzach postaci to psychologiczno – malarski majstersztyk. W brutalnych scenach biblijnych słychać krzyk, który utkwił gdzieś w przestrzeni obrazu. Okrzykami zachwytu witała Caravaggia co raz większa grupa zwolenników. To co wprowadza do świata sztuki jest nowoczesne i działa na wyobraźnię. Odchodzi od skostniałego manierystycznego malarstwa bez emocji na rzecz ekspresji. Caravaggio śmiało wykorzystuje technikę CHIAROSCURO, która jak on sam ma jasną i ciemną stronę. Taką technikę opisał już wcześniej Leonardo da Vinci na przykładzie jednego ze swych dzieł: „Madonna w grocie”, ale Caravaggio zdecydowanie ją pogłębia stawiając na mocne kontrasty.

ładne5ładne9

Schodzimy do kaplicy „Our Lady of Grotto” w niedalekiej okolicy kościoła i cmentarza. Ukryte wśród zarośli schody doprowadziły nas pod samą grotę, gdzie w chłodzie kaplicy słychać gorące słowa modlitwy. Za wiernymi ściany obwieszono listami, prośbami i darami wotywnymi. Dzisiejsze wota to kolorowe fotografie, koszulki z nadrukami,  dziecięce zabawki i listy. Łuna światła wpadająca przez świetlik w dachu ledwo oświetla grotę. Zapalone znicze dające nikłą łunę światła otaczają posąg Matki Boskiej z Dzieciątkiem. Z mroku wyłania się jasna figura – Caravaggio gdzieś tu jest… Zaczynamy naszą długą wędrówkę nad zatokę. Jawi się przed nami pejzaż wprost chrystusowy. Wysuszona roślinność, kamienne ścieżki i kaktusy. Wszystko co widzimy ma charakter wanitatywny. Im zachodzimy dalej, krajobraz staje się jakby bardziej martwy, suchy i cichy. Mamy ze sobą świeże, egzotyczne owoce. Kusi nas ich intensywny dojrzały zapach. Zamaczamy usta w miąższu, spijamy esencję a nasze palce robią się lepkie od soku. Malta smakuje słońcem. Gdy Caravaggio malował owoce przedstawiał je z ich niedoskonałościami. Były nadpleśniałe, obite i robaczywe a mimo to apetyczne i piękne. To motyw vanitas, który kryje w dojrzałości owoców  ich przemijanie i nieuchronność zbliżającej się śmierci – tylko czyjej? Jest jednak jeden obraz Caravaggia „Chłopiec z koszem owoców”, czy widzicie go? Owoce są idealne. Alegoria młodości i doskonałości współgra z ciałem młodego mężczyzny. Jego rozchylone wargi, odchylona do tyłu głowa i obnażone ramię są wabiąco zmysłowe. Wciąż jest upalnie, nasza skóra ma smak słonej wody. Podobno Mellieha oznacza „sól”. Widzimy jak woda zmazuje ślady naszych stóp z rozgrzanego piasku, pora nam wracać do Sliemy.

ładne-002ładneładne-001

Caravaggio zaczął być solą w oku dostojników kościoła, gdy podczas bójki uśmiercił młodego mężczyznę. Ranuccio Tomassoni zmarł w 1606 roku. Caravaggio ucieka wtenczas przed wyrokiem. Po jakimś czasie trafia do najbardziej wysuniętej na południe stolicy Europy. Schronienie dostaje w Vallettcie – w zakonie kawalerów maltańskich, gdzie uzyskuje tytuł rycerza zakonu jak i nadwornego malarza. Wiszące nad nim prawo nie zniechęciło go do malowania obrazów. Wciąż tworzy wielkoformatowe dzieła.

DSC00415ładne2

Ruszamy skuterem do Valletty! Jest cudownie! Trzymam go mocno, tuli nas ciepłe powietrze. Widzę klimatyczne uliczki, grę świateł na turkusowej tafli wody. Oto stolica Malty – muzeum pod otwartym niebem! Zwiedzamy ogrody, podziwiamy fort św. Elma, zachodzimy do niepozornej konkatedry św. Jana gdzie znajduje się jeden obrazów Caravaggia. Gdy malarz dostał schronienie na Malcie, był w sile możliwości twórczych. Doskonale zgłębił sposób oddawania różnic w natężeniu światła. Był mistrzem ukazywania na płótnie dramatyzmu, a na twarzach jego postaci malował się należny do sytuacji wyraz tragiczności. Jego obrazy były jak on sam – dosadne, malowane szybko z wieloma poprawkami i dzikie. Dobra passa nie trwała długo, Caravaggio nie pasował do wojskowej dyscypliny zakonu. Ekscentryczny charakter wziął górę nad samokontrolą  i Michelangelo pobił jednego z braci po czym został  wyrzucony ze wspólnoty. Decyzja wydalenia zapadła w konkatedrze pod jego własnym dziełem. Odchodzi, patrząc ostatni raz na „Ścięcie św. Jana Chrzciciela” i kończąc kolejny rozdział swojego burzliwego życia.

ładne-001ładne4Kończymy naszą maltańską wyprawę odwiedzając centralny region wyspy. Ciche miasto, cisza w katakumbach. W kawiarni jemy deser w kształcie kości z białą lukrową polewą. Cisza w opuszczonych rezydencjach i w ogrodach. Nie ma też Caravaggia. Gdy przyszło ułaskawienie złapał wiatr w żagle i popłynął do Rzymu. To była ostatnia droga w jego burzliwym życiu. Może jest gdzieś gdzie jaszczurki wygrzewają się na słońcu, a w dali widać turkusową zatokę. Podziwiamy wzburzone morze z klifu Dingli, grę świateł i cienia w Blue Grotto. Krawowczerwony cynober miesza się z miedzianą zielenią.

DSC00983

 

Valletta została wpisana na Światową listę UNESCO w 1980 roku

 

Sztuk kilka · Sztuka to z dzieciakiem · Uncategorized · UNESCO

W Krainie Jezior

Znacie to wyjątkowe uczucie, gdy powracając do obrazów z dzieciństwa zderzacie się wprost z lawiną miłych wspomnień, które łaskoczą was przyjemnie w okolicy serca? Ilustracje w książkach potęgują przeżycia dziecka i rozwijają wyobraźnię. Pierwsze obrazy najbardziej oddziaływują na psychikę rozwijającego się człowieka i pozostawiają ślad, który ciężko jest wyprzeć z pamięci. Świat pojmowany zmysłowo przez dziecko nie rozpatruje niczego w charakterze pojęciowym. Z tego powodu książeczki dla dzieci powinny być przede wszystkim do oglądania, a obrazek który się w nich znajduje powinien objaśniać tekst.

DSC00912

Tylko kiedy ten obraz staje się tak naprawdę ilustracją? Podczas czytania! Wcześniej jest obrazkiem jak każdy inny. Wygląd książki składa się z szaty zewnętrznej i wyglądu poszczególnych stronnic. Ich wygląd natomiast nie może być przypadkowy. Ilustracja powinna nie tylko korespondować z tekstem, ale być także odpowiednio dobrana do potrzeb dziecka i jego psychiki. Choć są to zazwyczaj grafiki uproszczone i przestylizowane, to rolą ilustratora jest aby starannie dopasować swoją twórczość do przeznaczenia utworu. Styl ilustracji można podzielić na trzy rodzaje. Są ilustracje o charakterze groteskowym – zabawne przedstawienia uwypuklające cechy śmieszne z natury. Przeciwstawnie do karykatury, która to uszczypliwie ośmiesza. Wyodrębniamy także ilustracje realistyczne, które skierować można już do starszych odbiorców, którzy przestają interesować się bajkami i orientują się co jest realne, a co dzieje się tylko w wyobraźni. I ostatni – chyba najwspanialszy ze wszystkich – rodzaj ilustracji bajkowych, w którym wygląd rzeczy czy istot poddaje nas iluzji. Dajemy się unieść emocjom i uwierzyć, że to co widzimy na obrazku jest prawdziwe. Cała magia bajek nie polega na tym, że są nieprawdziwe a  czarujące! Stąd też książki dla dzieci składają się z tekstu + obrazu i jest to nierozerwalna całość. Wykonywanie ilustracji należy do rodzaju sztuki plastycznej, polegającej na konkretyzowaniu tekstu, plastycznej wypowiedzi zgodnie z wielowarstwową budową artystyczną. Same ryciny są rodzajem sztuki użytkowej, stosowanej.

blog

Beatrix Potter angielska autorka ilustracji i powiastek dla dzieci nie miała sobie równych w tamtych czasach. Jej dążenie do twórczego spełnienia, siła i wizja połączone z niezwykłą wyobraźnią do dziś budzą zachwyt. Liryczna rzeczywistość jaką stworzyła w połączeniu ze strojną ilustracją przenosi czytelnika w świat w który każdy chce wierzyć. Czasy wiktoriańskie w których wyrastała zdecydowanie umniejszały rolę kobiety w społeczeństwie. Kobieta miała być piękna, blada, zaradna, pracowita, odpowiedzialna, mieć długie włosy – choć nie powinna rozpuszczać. Powinna mieć wszystko poza fantazją i pomysłem na siebie. Beatrix Potter ten pomysł jednak miała i całą sobą sprzeciwiała się konwenansom realizując uparcie swoje cele. Jako dziewczynka z bogatego domu nie miała zbyt wiele możliwości by cieszyć się wspólną zabawą z innymi dziećmi. Stworzyła więc bogaty świat wyobraźni do którego uciekała. Na podstawie własnych obserwacji zwierząt i przyrody szkoliła swój rysunek. Miała 36 lat gdy po raz pierwszy, po uporczywych staraniach opublikowano opowiastkę „Królik Piotruś”. Odrzucana przez wielu wydawców pierwszą książeczkę z czarno-białymi rysunkami wydrukowała sama i rozdała przyjaciołom. Frederick Warne, który jako pierwszy podjął się wydania historii o Piotrusiu Króliku w 1902 nigdy nie żałował tej decyzji, skończyło się bowiem pasmem sukcesów. W książce „Powiastki” wydawnictwa Wilga można znaleźć wszystkie historie napisane przez autorkę i podziwiać barwne jak i czarno-białe ilustracje z których część została wydana po śmierci Beatrix. Ilustratorka związana była z Krainą Jezior w której osiadła na stałe i gdzie jako mała dziewczynka spędzała wakacje. Cześć z jej bajkowych historii dzieje się właśnie tam.

blog4

Nie tylko Beatrix rozkochała się w niezwykłym krajobrazie północno-zachodniej Anglii. Malarz John Constable zmieniał malowanymi tam pejzażami bieg historii malarstwa. Zachwycony czarownym krajobrazem jako pierwszy wychodził ze sztalugą w plener i malował to co zdołał zaobserwować – odzwierciedlając przy tym prawdziwą paletę barw. Nieuchwytna w pracowni gra świateł, ściśle określona paleta barwna stały się dla malarza synonimem sztuczności. Pozbawione pretensjonalności i efekciarstwa malarstwo pejzażysty długo szokowało widownię i było zbyt śmiałe dla wyuczonych znawców. Urok Krainy Jezior był jednak dla malarza zbyt piękny, by rezygnować z niego dla zmyślonych scenerii. Potrzeba była tylko czasu…John Constable stał się członkiem Akademii. Po zdobyciu złotego medalu na paryskim Salonie za obraz „Wóz z sianem” stał się także inspiracją dla nowego pokolenia malarzy.

Wygląda na to, że jeśli chcesz obudzić w sobie natchnienie twórcze – wybierz się na wycieczkę do hrabstwa Kumbria, gdzie znajduje się niezwykła Kraina Jezior. Może uda Ci się dostrzec niegrzecznego Królika Piotrusia i innych bohaterów z opowiastek Beatrix Potter, które do dziś dopełniają świat dzieci na całym świecie.

 

  • „Ilustracja w książce dla dzieci i młodzieży” S.Szuman
  • W zeszłym roku – Like District w Wielkiej Brytanii zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO
Sztuk kilka

2 km od granicy

Szarobura markotność tegorocznych świąt zaprowadziła nas na niecodzienną wycieczkę. Zatrzymaliśmy się na mazurskiej wsi, w wynajętym domku z malowniczym widokiem. Nieustępliwa ściana deszczu przesłoniła jednak cały pejzaż, a dudniące o szyby krople wprowadzały nas w ospały nastrój. Na taki stan najlepsze okazują się planszówki, a w tym czasie najlepszą okazała się dokładnie ta jedna:

  • Pojawił się w jadalni, co teraz? – Możę pójdę do niego, a Ty idz na sam koniec, tak będzie bezpieczniej, zaraz będzie ich więcej.

W jadalni państwa von Fahrenheit stał solidny dębowy stół, który był wstanie pomieścić całą rodzinę baronów jak i licznych gości przyjeżdżających do Rapy (niem. Angerapp). O wyglądzie jadalni decydowała sama Wilhelmina – żona barona, która pilnowała czujnym okiem dobytku pod nieobecność męża i świeżych kwiatów w wazonie. Pan Friedrich nigdy nie zasiedział w domu zbyt długo, gdy natomiast powracał do swej posiadłości – rodzina najczęściej widywała go nieobecnego duchem. Baron z zaangażowaniem rozwijał swoje pasje konne i kolekcje dzieł sztuki. Założył największą prywatną stadninę koni czystej krwi w Europie. Najczęściej jednak oddalał się w marzeniach do gorących piasków Sahary i planował odkrywcze wyprawy w głąb egipskich piramid. Zazwyczaj przerywał mu czas posiłku. W domu baronów na co dzień podawano dania kuchni pruskiej, w niedzielę nadziewane raki i zupę ze smardzów, która odbijać się będzie czkawką tragedii jeszcze długi czas.

foto glowne

  • w gabinecie pojawiła się zjawa, musimy ją pokonać od razu, bo jeszcze kilka diamentów nam zostało do zabrania!

Gabinet barona był typowym gabinetem światłego pana domu tamtych czasów. Panował słodkawy zapach tytoniu, a gdy ruszyło się opasłe tomiska, uleciały kurz mienił się w świetle słońca wpadającym przez duże okna. Jak to w gabinetach można było tam znaleźć sekretne zakamarki, gdzie Friedrich trzymał swoje artefakty. Były to prawdziwe skarby miłośnika starożytności: urny egipskie, idole, drogocenne kamienie, które hipnotyzowały swoimi kolorami, posągi z obdartymi nosami i fiolki orientalnych zapachów. Zauroczony sztuką dawnego Egiptu, poddał się modzie i pasji, odgadując w czasie wolnym znaczenie tajemniczych hieroglifów. Dodatkowo kolekcjonował współczesne dzieła sztuki, które kupował z ogromną pasją i wyczuciem smaku godnym poszanowania. Zwykł cytować swojego profesora Kanta: Piękne jest to, co podoba się całkiem bezinteresownie. Zasiadał następnie w fotelu i polerował eksponaty bawełnianą  białą chusteczką.

  • w salonie są dwa duchy, może jak nie wyrzucisz dużo oczek to pójdziesz je pokonać?

Baron postanowił  spełnić swe marzenia budując grobowiec dla swojej rodziny na wzór piramid w Egipcie. Widać go było z okna salonu. Stał pośrodku lasu, ustawiony na osi alei parkowej, a drogę do niego ozdobiono rzeźbami. Podobno kształt piramidy ma w sobie coś szczególnego, a nawet magicznego. Piramida leczy choroby, wygina igły w kompasach, zatrzymuje czas i ostrzy żyletki. Do budowy grobowca wynajęto architekta, który wzorując się na prawdziwych egipskich budowlach stworzył konstrukcję sklepienia pod kątem 51°52′. Choć zainteresowanie Egiptem sięgało zenitu przez wzgląd na podboje Napoleona, to w Rapie i okolicznych miasteczkach śmiano się po cichu z barona, który niczym faraon stawia mauzolea godne króla. Szkoda tylko, że warunki klimatyczne różnią się od egipskich i zwłok nie zmumifikują – mówili. Czy baron miał przeczucie, że nim skończy się rok 1811 pochowa tam swoją maleńką Niniette? A może to sama piramida naznaczyła klątwą rodzinę von Farenheit?

IMG_0458

  • w łazience mamy już dwa, na razie nie warto tam iść, najwyżej pójdziemy tam razem jak się pozbędziemy tych obok.

W łazience baron ostrymi żyletkami poprawiał wygląd swojego zarostu, umył twarz letnią wodą i nakręcił wąsa specjalnie wybranym do tego celu woskiem. Dziś wybiera się w podróż do Paryża. Zanim wyjdzie poprawi jeszcze ramkę z projektem termometru Daniela Gabriela – dumę rodzinną, ucałuje żonę i dzieci. Ród Fahrenheitów był jednym z najbardziej poważanych rodów w Prusach Wschodnich. W XVIII wieku Johan Friedrich Wilhelm opuścił Królewiec by zamieszkać w Rapie. Gospodarczy rozkwit ich posiadłości zawdzięczał synowi Friedrichowi, który był nad wyraz niezwykłą postacią.

rapa

Być może pustka jaka została po zmarłym przedwcześnie dziecku, a może zwykła możliwość zmiany na lepsze, skłoniła rodzinę von Fahrenheit do opuszczenia osiemnastowiecznego dworu. Nowe założenie pałacowo – parkowe urządzono w Bejnunach w stylu antykizującym (niem. Beynuhnen – dziś w obwodzie kaliningradzkim). Fritz – syn baronów, któremu ojciec zaszczepił miłość do piękna,  zaaranżował przeprowadzkę i przyczynił się do zaprojektowania ogromnego pałacu w stylu renesansowym. To właśnie w nowej posiadłości na ścianach wisiały najwspanialsze dzieła sztuki z całego świata, w tym obrazy Tycjana, da Vinci. Park zdobiła pokaźna kolekcja rzeźb w tym kopii Grupy Laokoona. Dlaczego wybrali akurat to dzieło pełne grozy i upadku człowieka?  Waleczny  i  silny ojciec, który nie jest w stanie uratować siebie i synów. Wieczorami w pałacu urządzano spotkania miłośników sztuki, gdzie prowadzono żywe wykłady o działach starożytnych i współczesnych. Rezydencję położono wśród upojnie pachnących lip, które otaczały swym cieniem liczne altany i przybytki na wzór świątyń doryckich. Albert Wolf – architekt z wizją, doskonale zrealizował pomysły baronów.

wegrorapa

Niedaleko Rapy, przy mętnych wodach zakola Węgołapy znaleźć można jeden z licznych majątków rodziny. Dziś wieś Meduniszki Wielkie (niem. Groβ Medunischken) jest tak samo zapomniana jak i mieszczące się tam ruiny majątku baronów von Fahrenheit. Smutnie wygląda dziś opuszczony park i ledwo stojące o własnych siłach zabudowania gospodarcze. Wojny, liczne przebudowy i pożary strawiły doszczętnie piękno tego miejsca. Jednak jest w tych zgliszczach wspomnienie dawnego życia, które być może przy lepszej pogodzie byłoby bardziej dostrzegalne.

wegrorapa1IMG_0465

  • Jest już pięć zjaw, jeszcze jedna i przegramy.

Mały kierunkowskaz przywieszony do drzewa pokazał nam drogę o niepewnej nawierzchni. Deszcz zmył doszczętnie ścieżkę i pozostawił grząskie błoto. Chcemy jednak obejrzeć  Grobowiec Steinerów z 1860 położony w środku lasu w miejscowości Zakaucze Wielkie (niem. Gross Sakautschen). Dziś piramida w Rapie jak i grobowiec Steinerów zamknięte są dla zwiedzających, choć można udać się z prośbą o możliwość zwiedzania. 10 km od Rapy rodzina Steinerów miała swój majątek. Dwór z XIX wieku zdobiły cztery lukarnie i różanecznik Marty Steiner.

IMG_0327zakaucze

W środku lasu, na niewielkiej polanie zapomnianego cmentarza ewangelickiego stoi kaplica z kryptą grobową. Bardziej nastrojowej aury do zwiedzania nie można było sobie wymarzyć. Sceneria dookoła kaplicy wydaje się jakby zaaranżowana. Zamknięte drzwi grobowca pobudzają wyobraźnię. Czy rzeczywiście znajdują się tam ciała pochowanych niegdyś małżonków? Jaka była Marta? Czy Alfred kochał ją wystarczająco bardzo? Kto wyrył serce na słupie bramowym? A może to wcale nie Steinerowie, tylko zupełnie ktoś inny zasłużył sobie na nieśmiertelność?

IMG_0321zakaucze1

Nikt nie wie dlaczego ciała w obu grobowcach uległy mumifikacji mimo mazurskiego, wilgotnego terenu. Każe zwłoki pozbawiono też głów. Krąży wiele legend, które tłumaczą te niecodzienne zjawiska. Czy zwłoki zbezcześcili okrutni oprawcy, którzy poszukiwali kosztowności niczym szabrownicy w egipskich piramidach? Czy może w ten sposób starano się odczarować klątwę pomoru bydła? Tak kończy się historia rodziny von Fahrenheit, która miała zjeść trujące grzyby podczas obiadu i skonać w męczarniach. Historie z życia baronów obrosły tak w mity jak ich majątki w chaszcze. Ciężko dokopać się prawdy. Czasem tylko ciekawość zwiedzających, podpowiada im wspiąć się po murze, by dostrzec przez maleńkie okienka grobowca trumny z mumiami i uwierzyć w magiczne moce piramid.

IMG_0449

  • W 1822 roku Jean – Francois Champollion odczytał hieroglify egipskie. 
Jeśli chcecie choć trochę doświadczyć historii rodu rodziny von Farenheit w Gdańsku, to przy ul. Ogarnej 95 znajduje się  kamienica w której narodził się sławny fizyk, twórca termometru rtęciowego i skali temperatur. Model termometru można obejrzeć niedaleko fontanny Neptuna przechodząc bezpośrednio z ulicy Ogarnej.  Do Gdańska rodzinę von Fahrenheit sprowadził dziadek fizyka – Reinhold Fahrenheit, który stał się słynnym i zamożnym kupcem.  
  • gra w którą graliśmy przez cały pobyt na Mazurach nazywa się „Łowcy skarbów” (Treasure Hunters) – Mattel

IMG_0338

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Sztuk kilka

Jak skała

Odsłaniając spod popiołu wulkanicznego Herkulanum i Pompeje nikt z pewnością nie przypuszczał, że to niezwykłe wydarzenie tak szybko odbije się na życiu Warszawy. Spod zastygłej lawy Wezywiusza wydobyto prawdziwy skarb – antyczne miasta, które odrodzone niczym feniks z popiołów ujrzały światło dzienne zachowując przy tym swój dawny kształt. Iskra, która ponownie rozbudziła ciekawość antykiem wkrótce zamieniła się w prawdziwą pasję do wszystkiego co klasyczne. Wraz z nową modą nastąpił szereg przemian ideologicznych. Nadeszła epoka doskonałości, oświecenia, człowieka – wypadało więc zmienić także sztukę, która stosowniej oddawałaby nowe poglądy. Nasza epoka klasycyzmu rozpoczyna się stylem Stanisława Augusta Poniatowskiego, a swój początek bierze w Łazienkach Królewskich. Ten niewykły mecenas, wizjoner, propagator na wstępie ożywił Warszawę, by pod koniec wszystko stracić.

zdjecia blog wawa-001

Wezuwiusz ma wiele imion i jeszcze więcej opowiedziano o nim historii. Jedna z nich tkliwie przedstawia wulkan jako zakochanego młodzieńca, któremu nie dane było związać się ze swą ukochaną. Zazdrośni bogowie przemienili jego piękną wybrankę w wyspę Capri, która do dziś zdumiewa swoją urodą. Młodzieniec jako Wezuwiusz osadzony został u stóp wyspy. Kochankowie choć są blisko siebie nie mogą być razem. Z tego powodu głęboka tęsknota i żal młodzieńca wstrząsa nim tak silnie, że z wnętrza wulkanu niekiedy dochodzą przeraźliwe odgłosy, trzęsienia, wybuchy.

DSC00871

Poznali się w Sankt Petersburgu, miała ciemne włosy i błękitne oczy przypominające włoskie niebo. On uchodził za najbardziej oczytanego, znającego się na kulturze dżentelmena owych czasów. Ona była nieszczęśliwą mężatką, on przyciągał do siebie zwłaszcza nieszczęścia. Połączyła ich szczera przyjaźń, wspólne pasje, ars amandi i dziecko. Z pewnością go kochała, jeszcze długo po jego wyjeździe pisywali do siebie czułe listy. Z czasem coś się zmieniło – jej zdanie, ich pozycja społeczna, obowiązki. Caryca z biegiem lat upodabniała się do architektury Sankt Petersburga, będąc co raz to bardziej chłodną, wyrozumowaną, wyważoną damą.

DSC00716

Król już wcześniej odbywał ożywcze, bardzo rosławione podróże zwane Grand Tour. Przede wszytskim istniało przekonanie, że sztuka ma szanse rozwijać się wyłącznie pod Auzońskim niebem – niebem włoskim, które jak panaceum daje natchnienie i wytchnienie. Niebo to ma bowiem szeroko znane właściwości twórcze. Do szeregu włoskich atrakcji należały ruiny antycznych budowli a także sam Wezuwiusz. Damy na wulkan wnoszono, aby kurz nie osiadał na ich atłasowych pantofelkach i białych pończoszkach. Szukały tam wrażeń i historii wzbudzający dreszczyk podniecających emocji. Wezuwiusz jest jednak w tym zcasie wyciszony, za to Warszawa oddycha pełną piersią stając się domem włoskich talentów i towarzyszek w alkowie króla.

DSC00695

Korona okazała się najlepszym afrodyzjakiem i już podczas koronacji, w dzień św. Katarzyny król Stanisław zrzuca polski strój, by wystąpić w stroju hiszpańskim – obcisłym, pastelowym. Wydawać by się mogło, że urodził się z srebrną łyżką w ustach, a życie w pałacu toczyło się w różowych barwach. Kobiety lgnęły do niego zabawiając swym towarzystwem. Przechadzały się łazienkowskim parkiem, śmiejąc odchylały głowy i mdlały wprost w ramiona króla. Zniakały ukradkiem w Pokoju Bachusa. Księżniczki, markizy, damy, śpiewaczki nietuzinkowe kobiety, zagraniczne, arystokratki, aktorki, artystki, stare, młode, każda opisana na licznych rachunkach królewskich. Urządzały schadzki w ogrodzie chińskim, och! którejś niechcący pantofelek wpadł do wody! Długongie, oczytane, stałe, porywcze i dorywcze, kobiety z najprzedniejszych rodów, pełne wdzięku, powabu i urody. W amfiteatrze wyginały łabędzie szyje, napajały się mitami, odkrywały sensualne opowieści. Wszystkie kochały tę mitologiczną siedzibę bogów. Król niczym sam Apollo wygrywał im pieśni przepojone słodyczą greckiej muzy Erato. Gra miłości i pozorów kryła się za drzwiami teatru Starej Pomarańczarni. Spektakl powoli dobiega końca. Król kończy scenę w roli rosyjskiej marionetki. Ugodzony kiedyś strzałą Amora teraz opuszcza tron z rozkazu ukochanej. Seramida Północy przekreśla raz na zawsze idyllę królewskiego życia, zabiera mu ostanią nadzieję. Raz, dwa, trzy – pstryk, gasną światła. Kurtyna opada, Polska znika na 123 lata. Ktoś z widowni krzyknął: Vivat król! Ars longa, vita brevis! Vivat król!

DSC00709

Polecam zwiedzanie Łazienek Królewskich, w tym wszystkich dostępnych pomieszczeń kompleksu z myślą o tym jak wyjątkowy panował wówczas styl, starając się zrozumieć ówczesną modę, króla i poczuć antycznego ducha. Surowość architektury z pewnością ogrzeją barwne historie z tamtych czasó. Poniżej książka Iwony Kienzler i audiobook – przewodnik, który od formalnej strony przybliży historię Łazienek i ich wyjątkowego wyglądu!

zdjecia blog wawa