Na Szlaku · ochrona · Sztuka to z dzieciakiem · Warmia Mazury

ul. Zamkowa, Orneta

Część 1.:     https://kierunekzwiedzania.blog/2019/06/14/obecnie-w-ruinie/

Desktop2

– Poprosimy dwa razy śmietankowe, płatność kartą  – spełniam obietnicę – Niestety, tylko gotówka. Szlag to….zaklinam w duchu. – O nie  i co teraz? – Mikołaj wykrzywia buzię w grymasie i zaczyna litanię – już nigdy w życiu nie zjemy lodów, nie mamy pieniędzy i nie możemy kupić już niczego, dlaczego dałaś… Dalej nie słucham, zaczynam się rozglądać po rynku. Szyld sklepu spożywczego natrętnie wybija się pod malowniczymi arkadami, idziemy. Oto urocza Orneta, którą czasem widywałam przez okna rozklekotanego i nagrzanego PKS-u. Siedziska wysłane zużytą tkaniną przesiąkniętą dymem popularnych papierosów do tej pory wracają do mnie zapachem, który mogę odtworzyć w pamięci na zawołanie. Jednak widok Ornety był za każdym razem tak samo zachwycający a kwaśny posmak w ustach z powodu krętych tras nie mógł tego zmienić.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

– Te dwa lody i zapłacę kartą – mówię. Pan za mną sapnął zirytowany. Wygląda na to, że nikt tu nie płaci kartą i moje pytanie jest absolutnie nie na miejscu. Jakbym wyrzekła się publicznie jakiejś rytualnej czynności, odrzuciła wielopokoleniową kulturę zakupów a tradycja tkana od pokoleń została przeze mnie przerwana. Tylko widzicie państwo, zazwyczaj się słyszy: nie wydam, no nie wydam! Nie mam! Kartą nie może pani?Od 20 zł – stanowczo stwierdza pani ekspedientka. Jesteśmy gdzieś w tym samym wieku, ale dźwięk jej głosu zagrzmiał tak silnie nad moimi myślami, że rozgonił je raz a dobrze. Robimy więc większe zakupy, a pani wygląda na zadowoloną więc zagaduję: czy jest tu w Ornecie zamek albo był? – staram się przybrać miły i wyluzowany ton żeby absolutnie nie wyczytała z mojej twarzy, że kiedyś uczono mnie o Ornecie tylko niewiele z tego pamiętam – coś mi się kojarzy, że powinien być, ale padł mi telefon, jesteśmy przejazdem…– tłumaczę się i robię minę pt.: „wie pani”. Przez chwilę mam wrażenie, że ekspedientka jest moim profesorem, który dokładnie omawiał zabytki miasteczka ale zapamiętałam tylko dekoracje fasady kościoła, rzygacze o niepokojącym obliczu i jakieś majaki dotyczące zamku i czuję jak płonę ze wstydu. – Zamek hmm ale to daleko, na piechotę to pani nie dojdzie. Ostatni raz to nie pamiętam…może w szkole, mała byłam ale nie, chyba nie mamy – zmieszała się dziewczyna. I kto tu kogo przyłapał? Dzieci dobierają się do lodów, zwykłe rożki ale jak widzę im to nie stanowi różnicy. Zaczepiam zakochaną parkę – czy jest tutaj jakiś zamek? – Zamek? nie wiem ja z Lidzbarka to nie wiem, niech pani kogoś starszego zapyta, bo my to nie wiemy, za młodzi jesteśmy. I właśnie nieświadomie doczepił mi łatkę staruchy, bo w końcu biegam dla rozrywki po zamkach. I proszę, wszyscy narzekają że ludzie w telefony zapatrzeni, ale bez internetu niczego się nie dowiesz. Kogo by tu zaczepić…? Idzie kobiecina, dwie siaty w rękach utrzymujące balans. Kołysze się na opasłych biodrach to w lewo to w prawo. Obraz kobiet się tutaj nie zmienia, tak często wyglądały niektóre mamy i babcie gdy byłam mała. Zaczepić, nie zaczepić? Biedna dźwiga te torby… –Przepraszam panią czy był albo jest tu jakiś zamek? Nie sprawdziłam wcześniej a mam wrażenie… –  kolejny raz wyrzucam z siebie wszystkie słowa. – Nieeee kochana, my tu w Ornecie zamku nie mamy, tylko ten rynek – przerywa. – I nic tu nie ma? – upewniam się. – Już mówiłam, nie mamy. Jakoś nie wierzę, przecież musi coś być. Powerbank odratował mój telefon na tyle, że może dam radę cokolwiek sprawdzić. Pani się dalej zastanawia ale chyba bardziej mi się przygląda. Wpisuję: ORNETA ZAMEK. Pozycja pierwsza: Orneta – średniowieczny zamek biskupi (zniszczony). Pani pyta: o! a gdzie to ma niby być? – Ulica Zamkowa – czytam – to daleko? – Nie, to ta tutaj – wskazuje siatką wypchaną warzywami malowniczą uliczkę obok nas. – Czyli to może w szkole było? – pyta zdziwiona. Faktycznie, szkoła postawiona na fundamentach dawnego zamku, ale w samej szkole widać o tym nie uczyli. Ale jest!

SAMSUNG DIGITAL CAMERASAMSUNG DIGITAL CAMERA

Pięknie. Ta uliczka – kadr z filmu „Wenecja”. Przysiedliśmy na murku, wszystko buduje się tu na pewną nastrojowość. Powolność tygodnia, mieszkańcy, kamieniczki, obdrapane tynki i przy tym wszystkim góruje nad miasteczkiem filmowa atmosfera. Zabytkowa plebania przy kościele gdzie ksiądz zaparza ziele mniszka. Mały domek szachulcowy ze spadzistym dachem, który pamięta stukot słynnych furmanek z lokalnej fabryki. Obdrapany drewniany baranek na fasadzie i legendy o Lilianie pochowane w zakamarkach. Dziś w starej synagodze mieszkają ludzie. Na rynku w barokowej wieżyczce drzemie najstarszy na Warmii dzwon. Powoli zbiera się na deszcz. Najbardziej znane z Ornety są dekoracje fasady. Wiśniówki i zendrówki mienią się gotykiem. Gotyk ceglany miał to do siebie, że dekorację architektoniczną tworzono także z cegieł, które były głównym materiałem budowlanym. Można je podziwiać głównie na elewacjach, a ta z Ornety zasługuje na wyróżnienie. Cegłę można było formować w celach dekoracyjnych już na samym początku. Kościół nie tylko posiada wspaniały fryz ale i kaplice boczne z najeżonymi szczytami. Pamięta wojny i pożary które rzygacze, piękne gargulce, maszkarony opluwały wodą opadową. Przeplatają się wzajemnie stare kamienice i nowi powojenni ich mieszkańcy. Nad dachami snuje się z dymem pewien rodzaj melancholii, smutku post-pokoleń. Kiedyś szły tu cygańskie kolorowe wozy Wajsów, a potem nagrywano „Papuszę”. Oglądam mury szkoły. Wędruję wzrokiem po starych cegłach. Zamek miał nietypowy kształt, nieregularny ze względu na ukształtowanie terenu. Różnił się więc na tle innych założeń krzyżackich na terenie Warmii. A cóż to? Drzewo? Na dachu? I teraz grzmią w uszach słowa profesor Rouby. Profilaktyka! Profilaktyka moi drodzy! Drzewo usadowiło się jak bocian na szczycie. Czas na nas, ruszamy w dalszą podróż. Czy wszyscy tu zapomnieli o ulicy Zamkowej, która zapuszcza korzenie w głąb murów dawnego zamku?

ornetaSAMSUNG DIGITAL CAMERA

Cegły układane są według różnych wątków. Główka – wozówka – główka to typowo polski układ. Ceglana dekoracja może występować także ze względu na wykorzystanie cegieł w różnym stopniu jej wypalania. I tak rozróżniamy np. wiśniówkę o intensywnym czerwonym odcieniu czy zendrówkę wypalaną aż do zeszklenia.

Post-pokolenie to termin który określić można także słowem „postmemory” i opisuje związek jaki „pokolenie po” osobiście zmaga się ze zbiorową i kulturową traumą wcześniejszych pokoleń. Temat często wykorzystywany w sztuce w stosunku do doświadczeń, które nowe pokolenia „pamiętają” tylko dzięki historiom, obrazom i zachowaniom wśród których dorastali. Ale te doświadczenia zostały im przekazane tak głęboko i uczuciowo jakby wydawały się same w sobie wspomnieniami. Dotyczy np. zmiany rzeczywistości pod wpływem Holocaustu i traumy jaką wywołała wojna.

20190705_143410

  • Uliczki i kamienice Ornety posłużyły jako plan filmowy do filmów: „Wenecja”, „Papusza”, „Róża”. Nieopodal leżące Krosno, także można zobaczyć w filmach.

https://kierunekzwiedzania.blog/2019/03/11/dwory-i-palace-dawnych-prus-wschodnich-2-jedzmy-wracajmy/

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

  • kadr z filmu „Papusza” przy pałacu w Słobitach

 

Muzeum Otwarte · Na Szlaku · Sztuka to z dzieciakiem · Uncategorized

Śledzie po kaszubsku i atomy

Byliście kiedyś w niewielkim muzeum otwartym w Nadolu? Ten maleńki skrawek oddziału Muzeum Ziemi Puckiej skrywa w sobie wiele tajemnic. Rozległe wody jeziora Żarnowieckiego kołyszą zacumowane łodzie a wrześniowa cisza podpowiada, że już po sezonie. Wytężcie jednak wzrok, tam po drugiej stronie jeziora była wieś. Wieś była i wsi nie ma, ot co. Mężczyźni spakowali rodzinny dobytek, kobiety powybierały co lepsze pościele z haftem kaszubskim i wszyscy jak jeden mąż opuścili jedno z najstarszych miejsc osadnictwa na Pomorzu. Rozpoczęła się w Kartoszynie budowa Elektrowni Jądrowej.

blogblog-001

 Wieś była – wsi nie ma, elektrowni zresztą też a ogromne jezioro stoi jak stało. Spokojny rytm szuwar trzcinowych można zauważyć już z zagrody rybackiej. Mieszkańcy wsi z trzciny jeziornej pletli sobie dach nad głową. Sama architektura domów szachulcowych ostro odcina się od jesiennego krajobrazu.  Powstawały z gliny i siana co czyniło je lekkimi tak, że nie zapadły się na podmokłym terenie. Słupy ustawiano w kratkę i malowano czarnym jak noc dziegciem. Przestrzeń między nimi tynkowano, pokrywano białą farbą i powstawała szachownica. Cudo, prawda? Nie mylcie jej z murem pruskim, który wypełniano cegłami.

20180919_153340

W ten sam sposób zrobiono chatę gburską, którą wykupiono od rodziny Rutzów. Drewniana figura Chrystusa Frasobliwego znajduje się przed jej wejściem. To typowe przedstawienie w polskiej kulturze ludowej powstało już w XIV wieku. Zamyślony Chrystus wspierający swą głowę na dłoni najczęściej przedstawiany jest w formie rzeźbiarskiej. Smutne oblicze niosące znaki męki pańskiej urozmaicano koroną cierniową, perizonium, czaszką Adama pod stopą lub berłem czy trzciną w dłoni. 

20180919_153634blog-003

Cichutko w skansenie w Nadolu. Jabłonka kłania się w pas od owocnego urodzaju, gołębnik wyścielił się puchem z piór. Pokryła się śnieżną pierzyną wystawa zabaw zimowych w stodole.  Opuszczone ule i piec chlebowy mówią, że toczyło się tu życie w spokoju i dostatku. Makatka przytacza przysłowia o dobroci i wdzięczności, a na haftowanej serwecie w żółto-niebieskie kwiaty zastawiano półmisek śledzi po kaszubsku. Przypłynęły ostatnim statkiem pasażerskim kończące się ciepłe dni września.

blogblog-002

*Oddział Muzeum Ziemi Puckiej im. Floriana Ceynowy: „Zagroda Gburska i Rybacka”

*Historia rodzin z Kartoszyna została pokazana w filmie „Ojcowizna” (I.Engler)

https://kierunekzwiedzania.blog/2017/07/10/lyzka-dziegciu-w-beczce-miodu/

Co łączy Gdańsk z tymi terenami? Opactwo jak  i jezioro to dawna własność cystersów z Oliwy. Wchodzą w skład trzech głównych kompleksów pocysterskich w ramach Pomorskiej Pętli Szlaku Cysterskiego. Szlak ten to część większego szlaku w Polsce. To jak, zwiedzamy?

20180919_154003

Na Szlaku · Warmia Mazury

Dwory i Pałace Dawnych Prus Wschodnich (1.): Kurs traktorzysty i chińska porcelana.

Malownicze drzewa u skraju drogi, w gęstej zieleni migoczące tafle jezior i ten ożywczy zapach. Jestem na Warmii i Mazurach, jestem w domu. Zamykam tylko okna gdy woń lasu zmienia się w zapach krowiego łajna. Nie umiem jeszcze poradzić sobie z walorami wsi, oto ja – mieszczuch na tygodniowych wczasach. Włączam ulubioną muzykę, śpiewam w głos za Janis Joplin i zatrzymuję się gdy zobaczę coś ciekawego. Deszcz wybija rytm na szybie i wchodzę w ten zapomniany skrawek ziemi. Świat jest wspaniały i mam dostatecznie dużo czasu na zabytki, nic nad komfort samotnych podróży! Auto podskakuje na wyboistych drogach, jadę w podskokach do babci. Łapię tym samym ostatnie dni lata i między rozmowami a babcinymi obiadami urządzam sobie wycieczki po dworach i pałacach dawnych Prus Wschodnich.

drogosze

Jadę przez Parys. Nazwa wsi pięknie mitologiczna. Zatrzymuję się przy kościele, tu wszystkie są do siebie z pozoru podobne. Wysokie mury o kamiennych cokołach z których wyrasta dumna wieża gotyku ceglanego. Kolor mokrego cynobru migocze na horyzoncie. Jasność bielonych tynków i skromna dekoracja architektoniczna na zewnątrz budowli pozwala odnaleźć spokój ducha. Mój najwdzięczniejszy obraz niedzielnych nabożeństw z dzieciństwa, gdy dostawałam pieniążek na tacę, a koleżanki czekały na mnie w odświętnych koszulach przed wejściem. Gdzie podziali się baronii i hrabiowie tutejszych miejsc? Junkier odzyskał wolność i przepadł, a w raz z nim bogactwo dawnych czasów. Obserwuję wieś niedzielnego popołudnia i nie widzę nikogo w wyjściowym stroju, które z pewnością czeka w szafie na ten jeden dzień w tygodniu. Mówiło się: to na niedzielę. Dziś widać niedziela jak każda inna środa czy sobota.  Wiatr zagania pod próg kościoła opadające liście i raczej nic się tu nie wydarzy, pora jechać dalej. W Drogoszach skręcam w lewo zaraz przed przejazdem kolejowym jak nakazała babcia i trafiam na kościół p.w. MB Ostrobramskiej. Spójrzcie na tę kaplicę, to postać dumnego właściciela majątku. Popiersie Bogusława Fryderyka Doenhoffa (in. Dönhoff, Donhoff) wyrzeźbione zostało ręką Johanna Heinricha Meissnera, którego w Gdańsku tak doskonale znamy. Wszystko się plecie i przeplata ciut jesieni, trochę lata.

drogosze1

Tu natomiast wszyscy znają pałac w Drogoszach, to jeden z największych na Mazurach. Babcia opowiadała mi jakim widziała go po wojnie. Sandra jaki był piękny! – mówiła. A później zrobili tam kurs traktorzysty to śmierdziało tylko. Kilka razy z dziadkiem w jakąś wolną niedzielę pojechaliśmy Syrenką obejrzeć pałace i to co zobaczyłam...- zadumała się babcia. –A niech ich piorun trzaśnie, taki piękny pałac zmarnować! A jednak coś z tymi piorunami jest na rzeczy. Korzystam z chwili ciszy i oddzwaniam do koleżankiSandra to Ty? Poznaję po głosie,  słuchaj w mój dom w Gdyni trafił piorun i teraz mamy awarię. Telefon też jakoś nie działa, ale mów – i mówię jej, że tu gdzie jestem,  w Drogoszach przez uderzenie pioruna spaliła się też część pierwszego dworu w końcu XVII wieku. Nie ma żartów, pogoda dalej nienajlepsza. Wszystko się plecie i przeplata nowy pałac, dobre lata.

drogosze1

Deszcz ucichł a ja korzystam z okazji, wychodzę z kryjówki i obchodzę pałac dookoła. Staję na wprost portyku jońskiego. Kolumny to 4 pory roku – życie toczyło się tu przez cały ten czas. Przez 12 miesięcy jak liczba kominków, by ogrzać mieszkańców w 52 pokojach na każdy tydzień z kalendarza. Woalką pajęczyn obrosło 365 okien i rok zatacza koło. Zmieniały się pory roku, gdy z 7 balkonów wróżono pogodę od poniedziałku do niedzieli. Pozmykane puste dziś wnętrza bardzo mnie ciekawią więc sprawdzam odruchowo klamkę, zamknięte. Posprawdzałam okna i szczeliny, dziś nie wejdę. Moje słowo na niedzielę: jeszcze tu wrócę. Pod ryzalitem od strony ogrodu z mokrych ścian w opłakanym stanie odeszła farba. Sama odchodzę bez pożegnania.

SAMSUNG DIGITAL CAMERASAMSUNG DIGITAL CAMERA

Zapłakano gdy podczas pojedynku zginął Stanisław Ernest herbu Dzik, a wraz  z nim zginęła męska linia potomków drogowskich Doenhoffów. Dziś jego postać – marmurowa rzeźba w pałacowym mauzoleum. Mówią, że wspierał króla Augusta II Mocnego z którym uciekła Marianna, jako jego metresa. Zawsze wiedziałam, że kobiety jawią się sprytem i wewnętrzną siłą. Majątek przypadł siostrze Stanisława – Angelice, która wspaniale rozbudowała rezydencję czyniąc z niej niezwykle modne i prężnie działające miejsce. Dziś jej postać – marmurowa rzeźba w pałacowym mauzoleum. Potem przyszła nowa dziedziczka – siostrzenica Angeliki, a w 1945 roku następni i wszystko się zmieniło. Rozgrabili pałac w Drogoszach. Ogołocono wnętrza z arrasów flamandzkich, waz chińskich i sreber z których spijał herbatkę sam  król. Wspaniałe historie ulatują w niepamięć wraz z sypiącym się tynkiem. Nie dasz rady wejść do tej samej rzeki – pisał Heraklit. Guber płynie a jego wspomnienia trafiają do Wielkiej Krainy Jezior. Może i kiedyś wszystko było jak z krainy wymarzonych snów. Dziś pałac stoi pusty. Karety odjechały, sobolowe futro przeżarły mole, daniele pouciekały, a bagnet rozszarpał króla Prus. Fryderyk Wilhelm IV był później reanimowany przez sprawnych konserwatorów zabytków. Kartusz herbowy Doenhoffów zupełnie zdziczał i przepadł. Na wjazd dla karet podjechał Ursus. Wszystko się plecie i przeplata, złoto opada zostaje strata.  

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Posłuchajcie historii o pałacu i samych Drogoszach, którą warto mieć podczas zwiedzania. Radio Olsztyn i program: „Niedziela odkrywców”:  https://ro.com.pl/113519/01113519

 O Drogoszach przypomniała mi wystawa w Muzeum Warmii i Mazur w Olsztynie, zobacz na:  http://muzeum.olsztyn.pl/1687-3392,fotografie-posiadanych-portretow-przedstawicieli-rodu-donhoffow-na-drogoszach-i-friedrichsteinie,18651.html

mapa i kaplica,dwozrec1 SAMSUNG DIGITAL CAMERA

***

Johann Heinrich Meissner działał także w  Gdańsku, jeśli chcesz obejrzeć jego działa to  udaj się na spacer po Starym Mieście i spoglądaj na przedproża. Płaskorzeźby znajdziesz przy ulicy Chlebnickiej, Piwnej i Długim Targu.

 

Muzeum Otwarte · Na Szlaku · Projekty · Sztuka to z dzieciakiem

Markowa i jej świat

PKS zatrzymuje się zaraz za znakiem droga kręta. Przystanek ustrojony blachą falistą ledwo trzyma się podkarpackej stylistyki. Za płotem ktoś prowadzi sprzedaż drzewek owocowych. W dali słychać dzowny kościelne a pod sklepem bawiące się dzieciaki. Nic się ciekawego nie dzieje. Na tle okruszonego tynku wybija się żółta budka telefoniczna, znak nowych czasów – przeżytek? Markowa to wieś zawieszona między jest a nie ma, ale z pewnością nie jest to byle jaka wieś.

Minęło tyle lat,
harmonia znów gra,
obłoki płyną w dal,
znów toczy się świat.

Na niewielkim skrawku ziemi we wsi Markowa jest skansen, zagroda. Historia wsi zaczyna się od prawdziwego rytuału kupna biletu oraz soczysto-zielonej trawy, świeżo bielonych pni drzew i opadających płatków jabłonek. Cieszymy oczy widokiem by za chwile przejść do Muzeum Markowskiego Pożarnictwa. Zebrano tam ojców dzisiejszych wozów Ochotniczej Straży Pożarnej, na czele z samym świętym Florianem. Drewniany strop gasi gorąc wiosennego słońca.


Wypiękniał nasz Bełz,
w ogrodach, na drogach bez.
Nikt nie chce pamiętać,
nikt nie chce znać smaku łez.

 

DSC08192markowa-004

We wnętrzach chat ospałych od kurzu z pozoru wszystko jest uporządkowane, a jednak trudno jest się tam odnaleźć. Wychodząc z sieni drugimi drzwiami dochodzimy do stajni. Trzeba tylko zrobić kilka kroków po charakterystycznej ławie umieszczonej w poprzek. Taką podgródkę spotkamy jeszcze w innym skansenie, niedaleko stąd. Między chałupą Rafała Dźwierzyńskiego, która jest sercem skansenu, a tak zwaną oborą znajdujemy nasz ulubiony symbol solarny przy którym wyryto w miękkim drewnie „1852 4 maia” – chałupę według informacji wybudowano w 1874 roku. Nie ma nikogo komu można zadać pytanie…chodzimy sami dla siebie.

I tylko gdy śpisz,
samotny i sam,
i tylko gdy śpisz,
płyniesz, giniesz tam…

markowa-001

W izbach, zaraz pod stropem zawieszono kapliczki i obrazy wyznaczając tym sferę sacrum. Dodatkowo potwierdzają to wskazujące palce świętych surowo uniesione w górę. Z gestu błogosławieństwa zrobiło się nawoływanie o ciszę. Wszystkie oleodruki wesoło zostały ustrojone kolorowymi wiankami kwiatów z bibuły. Nad usłanym puchową bielą łożem, niewielkie choć w swej formie dostojne, znajdują się kwieciste makatki i tradycyjne pająki strzegące snów. Wisi biała kobieca koszula. Tylko puste klatki dla ptaków, brak kukułki w zegarze mówią o tym, że sen zapadł na dobre.

Gdzie tata i mama
przy tobie są znów
i czule pilnują
malutkich twych snów.

markowa-005markowa-002markowa-003

Dziś „Galeria pod strzechą” jest czarno-biała od fotografii. Wisi samodzielnie zrobiony plakat, który finezyjnie pociągnięto flamastrem. Hasło okalają ślady po ramce. Godne uwagi słowa pamięcią wracają do uczniów Polski Ludowej. Ludność Markowej upamiętnia też rok 1944. Opisany jest dokładnie czerwoną plamą na starej fotografii. Ze zdjęcia spogląda też rodzina Józefa Ulma. Amatorski zespół teatralny wystawia sztukę „Upiór w kuchni”. Zbior artykułów i wycinki z gazet głoszą o wielkiej zbrodni w Markowej, głos zabiera także wiejska Orkiestra dęta.

Miasteczko Bełz,
kochany mój Bełz.
W poranne gazety ubrany
spokojnie się budzi Bełz

DSC08091

Zagroda w Markowej żyje pracą.W kuźni kowal wyrabia podkówki, olejarz wlewa kupcom olej do głowy, sołek rośnie od ziarnka do ziarnka. Robotnice szykują ule pełne miodu, stroją się w czepce pracowite modnisie. I kręci się życie, koło za kołem wyznaczane ramionami potężnego wiatraka.

Łagodny świt
w zwyczajnych dni rytm,
w niedziele bezpieczna
nad rzekę wycieczka
i w krzakach szept.


Na progu markowskiego kościoła świętej Doroty rozsypano kwiaty ślubne. Patronka botaników, kwiaciarzy, młodych małżeństw i matek jak ulał wpisuje się w historię wsi. W ikonografii występuje jako młoda kobieta wiosennie ozdobiona kwiatami. Zimą, w okresie Bożego Narodzenia według teatru tradycji ludowej wystawiano „Chodzenie z Dorotą”. W roli głównej Dorota i Fabrycjusz – król pogański chcący ją poślubić. Kobieta nie usłuchała poleceń króla przez co ginie w sposób tragiczny. Kolejne sceny pokazują jej męczeństwo. Gościnnie gra anioł, kat i diabeł. Przedstawienie kończy się sceną porwania króla do gorących czeluści piekieł.

Miasteczko Bełz,
main sztetełe Bełz.
Wypłowiał już tamten obrazek,
milczący, płonący Bełz.

Markowa dzięki zagrodzie została wpisana na Szlak Architektury Drewnianej województwa podkarpackiego. Trasę oznaczono szczęśliwą cyfrą 7. Do najciekawszych obiektów na szlaku rzeszowsko-jarosławskim należy cerkiew grekokatolicka w Tyniowicach, zespół dawnego Pałacyku Myśliwskiego „Julin” w miejscowości Wydrze i kościół z końca XVI w. w Nowosielicach.

Dziś, kiedy dym,
to po prostu dym.
Pierścionek na szczęście,
w przemyśle zajęcie,
w niedzielę chrzest.

DSC08064

Pobrali się w 1935 roku. Józef zajmował się sadownictwem, Wiktoria doglądała dzieci. Dom wraz z pociechami rósł w książki i fotografie, które były pasją Józefa. Aparaty fotograficzne pozwalały mu uwietrzniać momenty z życia najbliższych, jarmarki i festyny w Markowej. Słodycz kwitnącej wsi mija wraz z gorzkim smakiem trzech litrów wódki, które wypito po dokonaniu zbrodni na całej rodzinie Ulmów i ich ośmiu lokatorów żydowskiego pochodzenia. Rodzina Szallów i Goldmanów długi czas ukrywała się na strychu chaty.

Białe ziarno, czarny mak,
młodej żony słodki smak.
Kroki w sieni… nie drżyj tak,
to nie oni. To tylko wiatr…

24 III 1944 – rozstrzelano szesnaście osób. O zdradzie sąsiedzkiej, fragmencie zaznaczonego tekstu, nienarodzonym dzieciątku, strychu i fotografiach dowiedzieć się można więcej w niedawno powstałym Muzeum Polaków Ratujących Żydów podczas II wojny światowej im. Rodziny Ulmów w Markowej. Nowoczesna architektura niewielkiego muzeum niezwykle wkomponowuje się w naturalną przestrzeń wsi.

Miasteczko Bełz,
kochany mój Bełz.
W kołysce gdzieś dzieciak zasypia,
a mama tak nuci mu:

Zaśnijże już
i oczka swe zmruż.
Są czarne,
a szkoda, ze nie są niebieskie.
Wołałabym…

zikea-002

Już na wstępie czytamy „co kilka dni dzwonię do niej z jedynej we wsi budki telefonicznej…”. Historie rodzin żydowskich które wyjechały w porę do dalekiej Kostaryki choć wcale nie tam zmierzały. O sekretach rodzinnych, przygodach, odnajdywaniu się po latach, pustce i niekoniecznie zawsze dobrej pamięci o Polsce…

W tekście notki przeplata się tekst piosenki napisany przez Agnieszkę Osiecką, który powstał na melodię Pieśni z Getta. Słowa w oryginale nuci także jeden z bohaterów „Polacos”. Książka wpadła mi w ręce już po napisaniu notki, przypadek? 🙂

 

Na Szlaku · Projekty · Sztuka to z dzieciakiem · Uncategorized

Mirabelkowe Żuławy i rower

Żuławy Wiślane nie są tak rozpowszechnione jak inne regiony Polski, jednak to tu właśnie sama przyroda potrafi zachwycać i uspokajać swymi malowniczymi widokami. Na rozciągającej się równinie, po sam horyzont rozścielają się żółte pola rzepakowe, niebieskie wstęgi wód pokryte zieloną rzęsą przecinają pola usiane makami a nad tym wszystkim pochylają się stare wierzby. Zapomniane ścieżki, szum zbóż i gdzieniegdzie opuszczone zabytki. Nęcą zapachy parwdziwego lata. Wdech, wydech, wdech – łapiesz świeże powietrze i wszystkie problemy zostawiasz za sobą. Żuławy Wiślane to tereny niegdyś zamieszkiwane przez Mennonitów, którzy pozostawili po sobie nietypową architektórę domów podcieniowych, kościoły o zawiłych historiach i wiatraki holenderskie. Dziś jedynie o żyjących tu niegdyś ludziach przypominają misternie dekorowane płyty nagrobne i kamienie. Zawsze gdy mam okazję być na Żuławach wracam pamięcią do cyklu książek, które chętnie czytałam w dzieciństwie (autorstwa K.Grahame`a i kontynuacja historii napisana przez W. Horwood`a) i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że wśród pochylonych wierzb istnieje przytulne mieszkanko Borsuka gdzie razem z Kretem piją herbatkę z porcelanowej filiżanki na brzegu jednej z rzek. Szczur wody zabawia ich rozmową, by potem w zadumie przyglądać się światu…

11880663_1018746148169786_7212264684205430785_n11888010_1018746004836467_7245738071831334139_n

W 2015 roku postanowiliścmy objechać część Żuław rowerem i zobaczyć domy podcieniowe, których niestety z każdym rokiem ubywa. Była to pierwsza wyprawa rowerowa wówczas półtora rocznego Mikołajka, dlatego tym milej ją wspominamy. Czas wycieczki przypadł na połowę sierpnia i wszystko mówiło o tym, że lato już się kończy. Dojrzałe mirabelki pachniały słodyczą owoców i słońcem wypełaniając wonią całą przestrzeń wokół. Od ich ilości i ciężaru uginały się gałęzie, opadłe żółte śliwki przyciągały bzyczące pszczoły. To było samo złoto lata. Pod koniec wyprawy nazbieraliśmy pełen kosz śliwek mirabelek i zabraliśmy na kolację do domu.

11828680_1018746334836434_3057248756429466099_n11200573_1018746804836387_6656676560332339571_n

Trasa obejmowała około 30 km i rozpoczynała się w Koszwałach gdzie dojechaliśmy z rowerami samochodem. Nie sugerowaliśmy się Szlakiem Mennonitów, choć w pewnym momencie nasza trasa pokryła się ze ścieżką rowerową.

Bez tytułu

1. Koszwały – zabytkowy dom podcieniowy, zespół dworsko-parkowy – dom  przy ul. Gdańskiej 27, płyty w lapidarium kościoła, sam kościół

2. Miłocin – pierwszy mirabelkowy odcinek, piaszczysta droga, zabytki warte zobaczenia w tym – dom mieszkalny z podcieniem, pozostałości cmentarza mennonickuego, dworek

3. Cedry Wielkie – gotycki kościół zabytkowy, budynki mieszkalne i ciekawa mała architektura miejska

4. Trutnowy – dawna wieś krzyżacka, dom podcieniowy murowano-szachulcowy z 1720 roku a w nim lokalne muzeum, inne zabytki w tym głównie architektura.

5. Grabiny – Zameczek – czas naszego pikniku, ruiny zamku krzyżackiego, obecnie dom mieszkalny z filialną kaplicą. W miejscowości uwagę przyciąga 700-letni dąb.

6. Wróblewo – niewielki zabytkowy kościół malowniczo ustawiony nad samą rzeką.

7. Wocławy – kościół zabytkowy, ruiny kościoła poewangelickiego

8. Koniec trasy rowerowej, powrót do Koszwał

9. Wracając do Gdańska zajechaliśmy po drodze do miejscowości Weselno, cmentarz mennonicki.

Warto zajrzeć do Cyganka gdzie sami mile rozpoczęliśmy weekend piknikiem. Można tam dojechać także Żuławską Koleją Dojazdową, która od lata będzie kursowała codziennie. W Cyganku znajduje się dom podcieniowy oraz zabytkowa cerkiew pod wezwaniem św. Mikołaja o zawiłych losach dotyczących właścicieli przybytku. Wewnątrz cerkwi zostały jeszcze pozostałości po dawnym kościele jak np. organy czy malowidło sufitowe. Na uwagę zasługują kamienie nagrobne z wyrytymi gmerkami rozłożone przy wschodniej ścianie budynku. Jest to wyjątkowe, gdyż Mennonici stosowali głównie płyty nagrobne w formie steli, nie kamienie. Tego rodzaju głazy jako sztukę sepulkralną można obejrzeć także na Cmentarzu Jedenastu Wsi.  Dziś Żuławy zwiedzamy z dwójką dzieci planując kolejną trasę rowerem, by odkryć magiczne zakątki. Opracowanie trasy rowerowej, która wygodnie powinna się zakończyć w miejscu gdzie ją rozpoczynaliśmy jest dość trudne ze względu na specyficzny teren Żuław, który w więszości jest nieprzejezdny. Siatka kanałów wodnych odcina możliwość swobodnego dojazdu do niektórych wsi i nierzadko trzeba nadrabiać drogi jadąc dookoła. Udało nam się jednak opracować kolejną trasę na którą można zabrać dzieci. Wynosi ona około 40 km, zajmuje ponad 2 godziny jazdy i jest osadzona na płaskim terenie:

Ostaszewo – Jeziernik – Stawiec – Lubieszewo Mleczarnia – Lubieszewo – Brzózki – okolice Nowego Stawu – Palczewo (przez Lasowice Wlk.) – Nowa Cerkiew – Ostaszewo

Na tej trasie zobaczyć można: 7 zabytkowych kościołów, 8 domów podcieniowych, 2 cmentarze mennonickie, 1 wiatrak

nowa trasa

 

DSC08606

 

 

 

 

Na Szlaku · Projekty · Sztuka to z dzieciakiem

Szlak Latarni Morskich

Wraz ze słońcem deptaki i plaże powoli się zaludniają, ruszyło nadmorskie życie. Czas najwspanialszy dla mieszkańców Trójmiasta. Sopot jeszcze nie został zalany tłumem turystów i można swobodnie cieszyć się urokiem miasta. Granatowa woda, wysyp muszelek, bielone drewno i ten specyficzny słony wiatr – zapach wakacji. To jednak nie wszystko co nas dziś spotkało w kurorcie…

Szlak Latarni Morskich obejmuje osiemnaście wież choć jest ich w Polsce o wiele więcej. Niektóre z nich służą statkom do tej pory, inne zostały wygaszone i są dostępne zwiedzającym, są także stawy, latarniowce i malownicze pozostałości po dawnych latarniach morskich. Bez względu jaka jest ich dzisiejsza rola wszystkie budzą romantyczne skojarzenia. Owiane tajemnicą były w litereaturze miejscem samotni, symbolizowały przeznaczenie i kojarzone są z niebezpieczeństwem.

Nasza pierwsza latarnia morska do której zajrzeliśmy mieści się w Sopocie i pochodzi z początku XX wieku. Dziś nieczynna, służy jako wieża widokowa.

Mikołaj chętnie ruszył na wyprawę zdobycia latarni morskiej, a było to również zasługą klimatycznego odcinka kultowej bajki „Muminki” w którym to mieszkańcy doliny wypłynęli na pełne morze szukać przygód i zamieszkali w wieży nawigacyjnej. Dodatkowo na sam koniec zwiedzania wręczono nam certyfikaty zdobycia latarni morskiej co wprowadziło trzylatka w stan prawdziwej dumy i mam nadzieję ochoty na kolejne morskie wyprawy. A hoj