Muzeum Otwarte

W beżowym odcieniu

Na wyspie zamieszkał wiatr. Jeśli coś usłyszysz na tym pustkowiu to z pewnością będzie on. Cicho gra melodie na skrzydłach wiatraków. O wietrznych i nie wiecznych romansach na chwilę. W porywach letnich miłości utrzymuje stałą temperaturę ciał. Unosi tumany beżowego kurzu, buduje z nich miasta.

W sercu surowego krajobrazu jest Ecomuseo, osada. Powstałe z wymarłej wioski siedmiu kamiennych domów. Bielone ściany, czarna koszula i kapelusze. Suchy pejzaż każdego dnia w roku przyodziewa kolor beżowy. Zastygło życie na tej suchej ziemi. Czasem tylko skosztuje ulgi jak z niedzielnego kropidła.

Na podwórzu za rogiem wyrósł aloes. W ocienionym skrawku ziemi Majojero plecie kosze z niedawno kołyszących się na wietrze palm. Spójrz! Ukuł się w palec liściem i pojawiła się czerwona kropla krwi. Tak dziwnie nieprawdziwa w tym beżu.

20190522_13040820190522_135321skansen220190522_13264120190522_132705skansen420190522_133500skansen520190522_14192220190522_13245120190522_13210020190522_132036skansen320190522_141743skansen6

  • camaïeu – termin używany do malowideł, które powstały przy użyciu tylko jednego koloru ale w różnych jego odcieniach.

 

Maj 2019

Ecomuseo La Alcogida

Tefia, Fuerteventura, Hiszpania

Muzeum Otwarte · Sztuka to z dzieciakiem

Kotyliony i binokle

W spiekocie słońca o smaku słonego masła orzechowego, na wyspie Long Island zaczęła się nasza przygoda w Ameryce. Znaleźliśmy się w czasach przed wojną secesyjną, gdzie farmerzy wyczesują wielkimi grabiami swój skrawek ziemi. Kobiety pieką aromatyczne placki z owocami, przekładając przy tym jabłka z zasłyszanymi nowinkami. Ubrane w drewniane domy miasteczko sprawia urocze wrażenie. Toczy się leniwie czas jak beczka soli opróżniona po sąsiedzku. Z szerokim uśmiechem na ustach witają nas muzealni aktorzy. Wszystko wokół wygląda jak z filmów, które każdy z nas oglądał. Oto Nowy Świat z przełomu XVIII i XIX wieku. Jesteśmy w open air museum w Old Bethpage Village Restoration.  

skansen-001skansen ny blog-001

Kolonialne domy kryte poziomo deskami lub gontem mają wiele odcieni. Brudne róże i czerwienie mieszają się z wyblakłą kukurydzianą żółcią. Szaro-bure drewno wydaje się być w tym upale świetlistą bielą. Mijamy domy wzorowane na stylu pierwszych emigrantów. Mają kształt drewnianych solniczek, z kominem w centralnej części. Nazywane od swojej formy saltbox houses wyróżniają się niską po jednej stronie linią dachową, co wygląda tak jakby dach przyklęknął na jedno kolano. Za okiennicami skrywają się tajemnice rodzinne urządzone w ciemnym drewnie i portrety ojca narodu. Z Holandii przywieziono modę na drzwi o dwóch skrzydłach. Otwiera się na oścież gabinet lekarski do którego prowadzi drewniana weranda z ustawionym na niej fotelem bujanym. Spokojnie kołyszą się kotyliony i flagi gdzie znajdują się dodatkowe atrakcje. Upał zagania nas do zobaczenia ich wszystkich. Skromnie płynie życie w maleńkim domku rybaka, chwiejące się na słonych wodach i lądzie. Wszystko jest tu zależne od przypływów dobrych wrażeń gości skansenu.

37124609_10215953235399650_4222985752947982336_n37082448_10215953208038966_8884701423044919296_n

W domu połączonym ze sklepem można dostać kolorowe łakocie o korzennych i owocowych smakach. Pod szklaną ladą zachwycają kolorowe pudełka z zapałkami, strugane koniki w drewnie i oryginalne karty do gry. Jednak prawdziwe dyskusje rozgrywają się w sklepie obok. Luyster Store to niewielki sklep z około 1850 roku. Wnętrze ginie w ciemni, słońce oświetla jedynie kontury panującego tu nieładu. Powoli nasz wzrok się przyzwyczaja i słuchamy historii sklepikarza, który jak każdy tutaj mówi przy drzwiach otwartych, głośno i śmiało. Właściciel ma krępą posturę i niewielkie binokle na nosie, które co rusz mu się przekrzywiają. Widać źle znosi upały gdyż nerwowo wyciera co chwilę chusteczką mokre czoło. Otwiera swój sklep tylko raz na jakiś czas, nim uda się ponownie w świat. Zbiera przedtem zamówienia i towary na wymianę. Ze swojej podróży przywozi nowe produkty i wieści ze świata. Nie ma jeszcze pieniędzy w obiegu, z ręki do ręki następuje wymiana. Uścisk dłoni potwierdza umowę. Niedługo zaprzęgnie swój wóz i ruszy w świat pozostawiając po sobie tumany kurzu i wyczekiwanie. Miesza nam się rzeczywistość ze scenerią.

skansen37095853_10215953203078842_4621212724041351168_n

Tutaj dżentelmeni noszą eleganckie kapelusze i załatwiają sprawy w dymie cygara. W maleńkim Hat Shop poznaliśmy technikę wykonywania eleganckich nakryć głowy i elementy stroju męskiego za które trzeba było słono zapłacić. Jak z cylindra wyskakuje kolejna atrakcja. W domu po przeciwnej stronie młoda dziewczyna tka wyśpiewując przy tym miłe dla ucha melodie. Jej sprawne palce wyrabiają tkaninę przeplataną wieloma kolorami, w przerwie wyczesuje i barwi bawełnę. Ma także pięknie zaplecione warkocze wokół głowy. Idziemy na farmę, gdzie przeganiamy gąski i podsłuchujemy rozmowy dziewcząt ubranych w stroje z epoki.  Chowają roześmiane twarze pod białymi czepkami a ich letnie rozkloszowane u dołu suknie sprawiają wrażenie dość ciężkich jak na ten upał. Ciężko się już także oddycha, powietrze staje się jak z ołowiu. Łapiemy trochę cienia i patrzymy jak białe pióra gąsek stworzyły niby ukwieconą łąkę. Opuszczając Powell Farm mamy połowę trasy za sobą. Trwają warsztaty dla dzieci, które śmieją się wesoło poganiając koło patykiem. Urocze dziewczynki uczą się tańczyć i haftować. O dawnych zwyczajach dokształca nas surowy nauczyciel w budynku szkoły. Zasiadamy w ławkach i słuchamy opowieści o uczniach będących solą w oku nauczyciela i sposobie nauczania. Wierzono, że dobra chłosta z gałązek brzozy doskonale przyśpiesza nauczanie i łagodzi nazbyt energiczne zachowanie.

37098451_10215953210319023_6902451166991351808_nskansen ny blog

W barze zwanym saloon można zamówić napoje które tylko na chwilę gaszą pragnienie. Na jego piętrze znajduje klub, gdzie wieczorem po przesunięciu ławek rozpoczynają się tańce i serwują piwo brzozowe. Na zabawie wesoło przygrywa lokalny muzyk wygrywając skoczne melodie. Trochę czasu jeszcze upłynie zanim poczują bluesa. Jego gra jest jednak do tańca i różańca. Nazajutrz w niedzielę wszyscy stawią się pięknie ubrani w białym kościele. Z książeczki do nabożeństw wyrecytują kolejne wersety i przyklękną w pokorze na jedno kolano. Do Abrahama na piwo odeszli już dawno mieszkańcy cmentarza położonego na skraju muzeum. My ruszamy na kolejną przygodę tym razem w magicznych Appalachach.

skansen ny blog-00237095113_10215953195758659_8328672401399218176_n

  • W 1963 r. kościół metodystyczny Manetto Hill był pierwszą budowlą, która została zachowana i przeniesiona do skansenu. Obecnie istnieje 51 zabytkowych budynków i siedem rekonstrukcji, teren obejmuje 209 akrów. Budynki są wybierane w oparciu o ich detal architektoniczny i znaczenie historyczne. 

37148068_10215953195358649_1123832223686983680_n

Muzeum Otwarte · Na Szlaku · Sztuka to z dzieciakiem · Uncategorized

Śledzie po kaszubsku i atomy

Byliście kiedyś w niewielkim muzeum otwartym w Nadolu? Ten maleńki skrawek oddziału Muzeum Ziemi Puckiej skrywa w sobie wiele tajemnic. Rozległe wody jeziora Żarnowieckiego kołyszą zacumowane łodzie a wrześniowa cisza podpowiada, że już po sezonie. Wytężcie jednak wzrok, tam po drugiej stronie jeziora była wieś. Wieś była i wsi nie ma, ot co. Mężczyźni spakowali rodzinny dobytek, kobiety powybierały co lepsze pościele z haftem kaszubskim i wszyscy jak jeden mąż opuścili jedno z najstarszych miejsc osadnictwa na Pomorzu. Rozpoczęła się w Kartoszynie budowa Elektrowni Jądrowej.

blogblog-001

 Wieś była – wsi nie ma, elektrowni zresztą też a ogromne jezioro stoi jak stało. Spokojny rytm szuwar trzcinowych można zauważyć już z zagrody rybackiej. Mieszkańcy wsi z trzciny jeziornej pletli sobie dach nad głową. Sama architektura domów szachulcowych ostro odcina się od jesiennego krajobrazu.  Powstawały z gliny i siana co czyniło je lekkimi tak, że nie zapadły się na podmokłym terenie. Słupy ustawiano w kratkę i malowano czarnym jak noc dziegciem. Przestrzeń między nimi tynkowano, pokrywano białą farbą i powstawała szachownica. Cudo, prawda? Nie mylcie jej z murem pruskim, który wypełniano cegłami.

20180919_153340

W ten sam sposób zrobiono chatę gburską, którą wykupiono od rodziny Rutzów. Drewniana figura Chrystusa Frasobliwego znajduje się przed jej wejściem. To typowe przedstawienie w polskiej kulturze ludowej powstało już w XIV wieku. Zamyślony Chrystus wspierający swą głowę na dłoni najczęściej przedstawiany jest w formie rzeźbiarskiej. Smutne oblicze niosące znaki męki pańskiej urozmaicano koroną cierniową, perizonium, czaszką Adama pod stopą lub berłem czy trzciną w dłoni. 

20180919_153634blog-003

Cichutko w skansenie w Nadolu. Jabłonka kłania się w pas od owocnego urodzaju, gołębnik wyścielił się puchem z piór. Pokryła się śnieżną pierzyną wystawa zabaw zimowych w stodole.  Opuszczone ule i piec chlebowy mówią, że toczyło się tu życie w spokoju i dostatku. Makatka przytacza przysłowia o dobroci i wdzięczności, a na haftowanej serwecie w żółto-niebieskie kwiaty zastawiano półmisek śledzi po kaszubsku. Przypłynęły ostatnim statkiem pasażerskim kończące się ciepłe dni września.

blogblog-002

*Oddział Muzeum Ziemi Puckiej im. Floriana Ceynowy: „Zagroda Gburska i Rybacka”

*Historia rodzin z Kartoszyna została pokazana w filmie „Ojcowizna” (I.Engler)

https://kierunekzwiedzania.blog/2017/07/10/lyzka-dziegciu-w-beczce-miodu/

Co łączy Gdańsk z tymi terenami? Opactwo jak  i jezioro to dawna własność cystersów z Oliwy. Wchodzą w skład trzech głównych kompleksów pocysterskich w ramach Pomorskiej Pętli Szlaku Cysterskiego. Szlak ten to część większego szlaku w Polsce. To jak, zwiedzamy?

20180919_154003

Muzeum Otwarte · Sztuka to z dzieciakiem

Kolbuszowa

Kolor zielony ma nieskończenie wiele odcieni. Zielono mi w Kolbuszowej. Dojechaliśmy do Parku Etnograficznego Kultury Ludowej. Muzeum otwarte przywitało nas wiosennie i nad wyraz spokojnie. Ogromne rozmiary wiszących na horyzoncie chmur burzowych wcale nie pośpieszają nas ze zwiedzaniem. Zielono mi na skrawku ziemi Rzeszowiaków i Lasowiaków. Prąd ciepłego powietrza unosi się wysoko, rozszerza i ochładza. My chłodzimy się lodami w odcieniu bieli i limonki, bo robi się powoli duszno. Topią się stożki na patyku i maleńkie dziecięce dłonie masz całe w klejącej mazi. Uroczo oblizujesz paluszek po paluszku. Jak konwalie wyglądają kropelki roztopionych lodów na stole. Siedzimy w zabytkowej recepcji z kawiarnią. Przez okno obserwujemy jak idzie noc z deszczowych chmur, pora iść zwiedzać! Wszystko intensywnie pachnie nam soczystą zielenią. Obserwujemy jak ten młody las kołysze się na wietrze. Na Twojej popielatej koszuli pojawiają się pierwsze krople deszczu. Staw jest pełen rechotu żab i unoszącej się nad nim mgły. Chaty już pozamykane, zaglądamy więc przez okna. W chałupie z Wrzaw ma swoją wystawę zabawek nieżyjący już pan Stanisław Naroga. A w jej wnętrzu dawne formy charakterystyczne dla ośrodka z Brzózy Stadnickiej, elementy do tworzenia zabawek i własne nowe formy. W tej ciszy leśnej nie ma zwiedzających, Tylko ja i Ty. Spacerujemy z dziećmi od kapliczki do kapliczki, od paproci do paproci. Do dziś pamiętamy, że było nam w Kolbuszowej jakoś wyjątkowo pięknie, spokojnie i bardzo zielono.

kolbuszowa3kolbuszowa4kolbuszowa1

Musiało minąć trochę czasu jak zaczęto malować zabawki na zielono. Początkowo miały odcień buraczkowo-fioletowy jak zimowe rumieńce na twarzy Marcina Guzego. Wystrugał on raz głowę konia i od tego zaczął się cały korowód zabawek w Brzózie Stadnickiej. Gdy nadchodził okres zimowy i bieda z nudą chętnie zaglądały do okien, Marcin strugał dla wszystkich. Dołączali się do niego sąsiedzi. Uśpione pola nie wymagały opieki, a każdy grosz ze sprzedaży się przyda. Rzeszowiacy nie byli bogaci, nędznie szedł przemysł fabryczny więc w małych chałupach chałupniczo dorabiali chłopi czym się dało. Marcin Guzy koników nie malował, za to miały podstawki na kółkach. Dla starszych wyrabiał fajki zakończone przedstawieniem ludzkiej głowy. Głowę na karku mieli jego następcy, gdy podejrzeli wzory z fabryki zabawek w Leżajsku. Bracia Guzy wraz z siostrą Agnieszką malowali koniki i upiększali je dodatkowo charakterystycznymi czarnymi ciapkami. Wyróżniał ich zabawki także szafranowo – żółty odcień i prosty ornament kwiatowy. Kolekcja wzorów się powiększała. Wytwarzano rozmaitości: łóżeczka i kołyski, kurki dziobiące ziarenka i ptaszki klepotki z ruchomymi skrzydełkami. Popularne w Brzózie Stadnickiej były też pajace na sznurkach i kaczki. Szymon Guzy rzeźbił też duże koniki do karuzeli. Kręciło się w głowie od barw i różności. Wzorów i twórców zabawek przybywało. Założono spółdzielnie, która pozyskiwała od rzemieślników zabawki na sprzedaż. Szybko zakończył się jednak galop sukcesu. Gonitwa za zyskiem obniżyła znacznie jakość produktu i zabawki z Brzózy Stadnickiej poszły na strych. 

kolbuszowakolbuszowa-001

Niemniej jednak w Polsce w odróżnieniu do Zachodu nie istniał przepis cechowy dotyczący zabawkarstwa, co dało pole do rozwoju tej dziedziny. Największy targ zabawek odbywał się na krakowskim Emaus, gdzie w poniedziałek wielkanocny można było kupić barwne cudeńka. Wystawiano tam zabawki od najstarszych znanych form po współczesne autorskie projekty.

DSC08208

Głównym ośrodkiem produkcji stolarskiej na terenach południowo-wschodnich była właśnie Kolbuszowa. Stanowiła centrum ośrodka w którego skład wchodziły liczne wsie i miasteczka. Meble z Kolbuszowej charakteryzowały się prostą bryłą, intarsją geometryczną i roślinną.  Często ornamentyka mebli z Kolbuszowej wskazuje na związki ze sztuką ludową jak wykorzystanie motywu „gwiazdy”. Meble z Kolbuszowej słynęły głównie z integracji funkcji. Jeden mebel potrafił łączyć w sobie trzy rodzaje mebli siedemnastowiecznych: biurko, sekretarzyk, bieliźniarkę. Meble produkowane w Kolbuszowej w inwentarzach są wymieniane jako pierwsze, uznając je za najcenniejsze i piękne. Drugim największym ośrodkiem meblarskim był Gdańsk a wraz z nim jego słynne szafy gdańskie.

 

W niedalekiej odległości od Parku Etnograficznego Kultury Ludowej w Kolbuszowej jest muzeum otwarte w Markowej.

https://wordpress.com/post/kierunekzwiedzania.blog/906

20180808_13540920180808_135433

  • Tadeusz Seweryn „Polskie Zabawki Ludowe”
  • Tekst piosenki „Zielono mi” A. Osieckiej, polecamy wersję K. Nosowskiej czyli N/O Nosowska / Osiecka
Muzeum Otwarte · Na Szlaku · Projekty · Sztuka to z dzieciakiem

Markowa i jej świat

PKS zatrzymuje się zaraz za znakiem droga kręta. Przystanek ustrojony blachą falistą ledwo trzyma się podkarpackej stylistyki. Za płotem ktoś prowadzi sprzedaż drzewek owocowych. W dali słychać dzowny kościelne a pod sklepem bawiące się dzieciaki. Nic się ciekawego nie dzieje. Na tle okruszonego tynku wybija się żółta budka telefoniczna, znak nowych czasów – przeżytek? Markowa to wieś zawieszona między jest a nie ma, ale z pewnością nie jest to byle jaka wieś.

Minęło tyle lat,
harmonia znów gra,
obłoki płyną w dal,
znów toczy się świat.

Na niewielkim skrawku ziemi we wsi Markowa jest skansen, zagroda. Historia wsi zaczyna się od prawdziwego rytuału kupna biletu oraz soczysto-zielonej trawy, świeżo bielonych pni drzew i opadających płatków jabłonek. Cieszymy oczy widokiem by za chwile przejść do Muzeum Markowskiego Pożarnictwa. Zebrano tam ojców dzisiejszych wozów Ochotniczej Straży Pożarnej, na czele z samym świętym Florianem. Drewniany strop gasi gorąc wiosennego słońca.


Wypiękniał nasz Bełz,
w ogrodach, na drogach bez.
Nikt nie chce pamiętać,
nikt nie chce znać smaku łez.

 

DSC08192markowa-004

We wnętrzach chat ospałych od kurzu z pozoru wszystko jest uporządkowane, a jednak trudno jest się tam odnaleźć. Wychodząc z sieni drugimi drzwiami dochodzimy do stajni. Trzeba tylko zrobić kilka kroków po charakterystycznej ławie umieszczonej w poprzek. Taką podgródkę spotkamy jeszcze w innym skansenie, niedaleko stąd. Między chałupą Rafała Dźwierzyńskiego, która jest sercem skansenu, a tak zwaną oborą znajdujemy nasz ulubiony symbol solarny przy którym wyryto w miękkim drewnie „1852 4 maia” – chałupę według informacji wybudowano w 1874 roku. Nie ma nikogo komu można zadać pytanie…chodzimy sami dla siebie.

I tylko gdy śpisz,
samotny i sam,
i tylko gdy śpisz,
płyniesz, giniesz tam…

markowa-001

W izbach, zaraz pod stropem zawieszono kapliczki i obrazy wyznaczając tym sferę sacrum. Dodatkowo potwierdzają to wskazujące palce świętych surowo uniesione w górę. Z gestu błogosławieństwa zrobiło się nawoływanie o ciszę. Wszystkie oleodruki wesoło zostały ustrojone kolorowymi wiankami kwiatów z bibuły. Nad usłanym puchową bielą łożem, niewielkie choć w swej formie dostojne, znajdują się kwieciste makatki i tradycyjne pająki strzegące snów. Wisi biała kobieca koszula. Tylko puste klatki dla ptaków, brak kukułki w zegarze mówią o tym, że sen zapadł na dobre.

Gdzie tata i mama
przy tobie są znów
i czule pilnują
malutkich twych snów.

markowa-005markowa-002markowa-003

Dziś „Galeria pod strzechą” jest czarno-biała od fotografii. Wisi samodzielnie zrobiony plakat, który finezyjnie pociągnięto flamastrem. Hasło okalają ślady po ramce. Godne uwagi słowa pamięcią wracają do uczniów Polski Ludowej. Ludność Markowej upamiętnia też rok 1944. Opisany jest dokładnie czerwoną plamą na starej fotografii. Ze zdjęcia spogląda też rodzina Józefa Ulma. Amatorski zespół teatralny wystawia sztukę „Upiór w kuchni”. Zbior artykułów i wycinki z gazet głoszą o wielkiej zbrodni w Markowej, głos zabiera także wiejska Orkiestra dęta.

Miasteczko Bełz,
kochany mój Bełz.
W poranne gazety ubrany
spokojnie się budzi Bełz

DSC08091

Zagroda w Markowej żyje pracą.W kuźni kowal wyrabia podkówki, olejarz wlewa kupcom olej do głowy, sołek rośnie od ziarnka do ziarnka. Robotnice szykują ule pełne miodu, stroją się w czepce pracowite modnisie. I kręci się życie, koło za kołem wyznaczane ramionami potężnego wiatraka.

Łagodny świt
w zwyczajnych dni rytm,
w niedziele bezpieczna
nad rzekę wycieczka
i w krzakach szept.


Na progu markowskiego kościoła świętej Doroty rozsypano kwiaty ślubne. Patronka botaników, kwiaciarzy, młodych małżeństw i matek jak ulał wpisuje się w historię wsi. W ikonografii występuje jako młoda kobieta wiosennie ozdobiona kwiatami. Zimą, w okresie Bożego Narodzenia według teatru tradycji ludowej wystawiano „Chodzenie z Dorotą”. W roli głównej Dorota i Fabrycjusz – król pogański chcący ją poślubić. Kobieta nie usłuchała poleceń króla przez co ginie w sposób tragiczny. Kolejne sceny pokazują jej męczeństwo. Gościnnie gra anioł, kat i diabeł. Przedstawienie kończy się sceną porwania króla do gorących czeluści piekieł.

Miasteczko Bełz,
main sztetełe Bełz.
Wypłowiał już tamten obrazek,
milczący, płonący Bełz.

Markowa dzięki zagrodzie została wpisana na Szlak Architektury Drewnianej województwa podkarpackiego. Trasę oznaczono szczęśliwą cyfrą 7. Do najciekawszych obiektów na szlaku rzeszowsko-jarosławskim należy cerkiew grekokatolicka w Tyniowicach, zespół dawnego Pałacyku Myśliwskiego „Julin” w miejscowości Wydrze i kościół z końca XVI w. w Nowosielicach.

Dziś, kiedy dym,
to po prostu dym.
Pierścionek na szczęście,
w przemyśle zajęcie,
w niedzielę chrzest.

DSC08064

Pobrali się w 1935 roku. Józef zajmował się sadownictwem, Wiktoria doglądała dzieci. Dom wraz z pociechami rósł w książki i fotografie, które były pasją Józefa. Aparaty fotograficzne pozwalały mu uwietrzniać momenty z życia najbliższych, jarmarki i festyny w Markowej. Słodycz kwitnącej wsi mija wraz z gorzkim smakiem trzech litrów wódki, które wypito po dokonaniu zbrodni na całej rodzinie Ulmów i ich ośmiu lokatorów żydowskiego pochodzenia. Rodzina Szallów i Goldmanów długi czas ukrywała się na strychu chaty.

Białe ziarno, czarny mak,
młodej żony słodki smak.
Kroki w sieni… nie drżyj tak,
to nie oni. To tylko wiatr…

24 III 1944 – rozstrzelano szesnaście osób. O zdradzie sąsiedzkiej, fragmencie zaznaczonego tekstu, nienarodzonym dzieciątku, strychu i fotografiach dowiedzieć się można więcej w niedawno powstałym Muzeum Polaków Ratujących Żydów podczas II wojny światowej im. Rodziny Ulmów w Markowej. Nowoczesna architektura niewielkiego muzeum niezwykle wkomponowuje się w naturalną przestrzeń wsi.

Miasteczko Bełz,
kochany mój Bełz.
W kołysce gdzieś dzieciak zasypia,
a mama tak nuci mu:

Zaśnijże już
i oczka swe zmruż.
Są czarne,
a szkoda, ze nie są niebieskie.
Wołałabym…

zikea-002

Już na wstępie czytamy „co kilka dni dzwonię do niej z jedynej we wsi budki telefonicznej…”. Historie rodzin żydowskich które wyjechały w porę do dalekiej Kostaryki choć wcale nie tam zmierzały. O sekretach rodzinnych, przygodach, odnajdywaniu się po latach, pustce i niekoniecznie zawsze dobrej pamięci o Polsce…

W tekście notki przeplata się tekst piosenki napisany przez Agnieszkę Osiecką, który powstał na melodię Pieśni z Getta. Słowa w oryginale nuci także jeden z bohaterów „Polacos”. Książka wpadła mi w ręce już po napisaniu notki, przypadek? 🙂

 

Muzeum Otwarte · Sztuka to z dzieciakiem

Kipiące gary

Do licha! Co to za skansen? Pierwsza wizyta we lwowskim skansenie łączyła w sobie wiele skrajnych odczuć. No cóż, prowadzić muzeum to trudna sztuka, zwłaszcza gdy brakuje dofinansowania i pomysłu. Wylane betonem wnętrza chat raziły w oczy, a brak zbudowanej narracji nie pomagał w ocenie muzeum. Ale chwileczkę… Były tam pamiętam jednak małe cuda, których daremnie jest szukać u nas. W swojej prostocie wyjątkowe i pozbawione zachodniej sterylności. Stworzyły klimat nietypowy i zabawny, taki jekiego szukamy jadąc na Wschód, ciut niewłaściwy ale prawdziwy.

Lubimy wyłapywać rozety solarne, znaki niemalże magiczne. Powtarzają się często, niemalże w każdym skansenie – tylko trzeba się dobrze rozglądać. Słowiańskie symbole wyryte na belkach i podporach zapraszają do drewnianych chat. Niekiedy rozety są ukryte gdzieś na podwórzu, piecach, a inne wymalowane tuż nad progiem. Skrywają się w zakurzonych herbach rodzinnych i na krzyżach przydrożnych. Dekoracyjne symbole słońca mają z całą pewnością magiczną moc, moc opiekuńczą i uzdrowicielką. Chroniły dom i jego mieszkańców. Pozytywna energia dawnych wierzeń, których echo odzywa się jeszcze. Rozety mają kształt gwiazdy heksapentalnej –  sześcioramiennej, przypominającej kwiat, mandalę. W sztuce najczęściej nazywa się je podhalańskimi czy karpackimi, chyba wiadomo dlaczego?

W drewnianej cerkwii trwają akurat przygotowania do kolejnych świąt. Panie krzątają się sumiennie. Należy zdjąć ozdoby z pisanek i bazi, które dały pierwsze wrażenia wiosny i ozdobić nowymi kwiatami. Pachnie słodko wilgocią drewna. Malutkie wnętrze wypchane zostało czym się da, a to w imię pierwszej zasady przepychu – nie mylić z pychą – czyli  „na bogato”.  Majestatyczną pozę przybrała także Świeta w kapliczce obok. Muzeum rozkwita.  Na głównym skrzyżowaniu, pomiędzy cerkwią a kapliczką tuż przy wydeptanej drodze jest kierunkowskaz zapraszający do restauracji zdje się kozackiej, zrobiony na styl drapieżny. Idziemy za strzałką, taki to nasz KIERUNEK ZWIEDZANIA.

Zza kilku chałup wyłonił się zniewalający widok! Para buchała już z daleka, białe kłęby zamierały na mroźnym wiosennym powietrzu! Na prowizorycznie zbudowanej kuchni, pani w fartuchu mieszała barszcz, grzybową i pierogi. Bulgotały wielkie czarne poprzypalane garnki, dorzucano drewnem do pieca! W słojach na głównej ladzie pozamykane były małe, ręcznie robione słodkie przysmaki obsypane czarnym makiem i domowej roboty kompot. Pobladłe truskawki namaczały się w słodkiej wodzie kusząc smakiem dzieciństwa.  Prywit, gdzie jest menu? – pytam, starając się jak najlepiej wypowiedzieć gardłowe „h” zamiast literki „g”, ale wychodzi mi tylko dźwięk odksztuszania śliny. No nic, pani zrozumiała.  – Ja je menu! A szo potreba? Wsio je… Wzięliśmy więc wszytsko. Pod drewnianą wiatą, przy stole zaścielonym ceratowym obrusem w kwiaty, zajadaliśmy się prawdziwie  smaczną i niech będzie, że kozacką kuchnią. Pomyślałam sobie, że polski sanepid miałby tu co robić! Ucieszyło mnie to jednak ogromnie i poczułam pewnego rodzaju wolność.  Wspaniałą uroczystość dla naszych zmysłów przerwał nam chłopak, który bardziej gestem niż słowem nakazuje zatkać uszy. BUUCH! Z małej armaty wstrzelił pocisk. Z chmary kurzu słychać tylko delikatne pochichrywanie. Oto żywe muzeum… Żywe były też zwierzęta, które całym stadem otoczyły nas w drodze powrotnej. Owce i kozy całkowicie na bogato wyjadały trawę z całego obszaru muzeum – jak kto chciał i lubił, bez ograniczeń. Jedne skrywały się za drzewami, inne paradowały głównymi drogami nie przestrzegając zasad ruchu drogowego. To się nazywa wolność! Owca spojrzała w naszą sronę, baran-wódz zabeczał i poszły dalej za kierunkowskazem…pewnie na kozackie pierogi.

 

Muzeum Otwarte · Sztuka to z dzieciakiem

-Fiolet- wymawia się lekko

Rok 1888, dwóch mężczyn zmęczonych miastem i poszukujących pięknych widoków przyjeżdża zamieszkać w Arles na południu Francji. To Vincent van Gogh i Paul Gaguinem. Vincent jest już od pięciu lat pod wypływem malarstwa impresjonistycznego. Odrzucił moralizm a jego malarstwo wkrótce stanie się podłożem ekspresjonizmu. Oznacza to, że z obrazów Vincenta znikają tematy z morałem, realistyczne przedstawienia społeczeństwa w tym życia chłopów i robotników, na rzecz wibrujących linii czystych barw, zniekształconych pejzaży i portretów widzianych duszą artysty. Na ruch w obrazie van Gogha nałożył się nie tylko sposób nakładania farby krótkimi pociagnięciami ale także łączenie ze sobą barw takich jak pomarańcz z błękitem, na których ludzkie oko nie jest w stanie się skupić jednocześnie. Jego ponadczasowość wplata się w rozbudowaną sieć historii sztuki, która ciągnie się aż do naszych czasów. Vincent rozwija się już w czasie określanym postimpresjonizmem tworząc o krok dalej niż jego przyjaciele. Ekspresjonizm który rozwinął się z dzieł Van Gogha ma swoją kumulację w 1911 roku na berlińskiej wystawie prac Fowistów i Kubistów. Idąc dalej, cechy abstrakcyjne malarstwa Vincenta łaczą go również z postacią Kandinskiego. Artysta stał się punktem wyjścia do wielkiej sztuki XX wieku. Żyjąc w Prowansji zachwycał się widokami i aurą regionu o czym niejednokrotnie wpominał w listach do swego serdecznego brata Theo, który był nie tylko jego manszardem ale i prawdziwą ostoją. Tam powstały najznakomitsze prace Vincenta, które mimo starań brata nikt nie chciał kupić. Rok po przyjeżdzie Vincent często przebywa w szpitalu, cierpi na zły stan zdrowia psychicznego, maluje także z wyobraźni – tak powstaje „Gwieździste Niebo”. W 1890 roku malarz popełnia samobójstwo. Zamyka to rozdział trzech lat w Prowansji. Pozostawia po sobie niezliczoną ilość dzieł, które dziś na aukcjach osiągają rekordowe kwoty. Śmiałość wykorzystywania ostrych kolorów, zestawiania ich ze sobą nierzadko tłumaczy się chorobą artysty. Choć malował jedno płótno za drugim, zawsze zapewniał, że każdy jego obraz jest dogłębnie przemyślany i absolutnie nie jest to wynik twórczej gorączki. Osobom niezadowolonym ze zbyt szybkiego powstawania obrazów odpowiadał, że sami na nie zbyt szybko patrzą. Dziś Prowansja usiana jest wspomnieniami o Vincencie van Goghu, przetrwały miejsca i kawiarnie w których bywał. Wśród pomarańczy i lawendy, gdzieś w polu słoneczników zasiada postać w słomianym kapeluszu. Wielki geniusz nowych czasów.

Vincent-3

Rok 2016 jedziemy na Lawendowe Pole pod Olsztynem w miejscowości Nowe Kawkowo. Namiastka małej Prowansji, wynik zmęczenia stolicą i chęć ucieczki do natury – tak właścicielka żywego muzeum opowiada swoją historię. Dziś jej lawenda przyciąga nie tylko zapachem, kolorem ale przeświadczeniem, że jednak można się wyrwać, uciec od pogoni. Przeniesiona z gór łemkowska chata dodaje nastroju. Zamiast cykad bzyczą pszczoły, jest nastrojowo. Na strychu suszą się pęczki ziół wypełniając zapachem całą przestrzeń domu. Bulgocze maszyna do wytwarzania olejków eterycznych, zabawy w alchemika. W środku pola miejsce cud, spokojnie i relaksacyjnie.

11063719_1003879392989795_8193410767976466435_n11745794_1003879216323146_6446363611705878956_n11750670_1003879162989818_7432313329419750770_n

Rok później stęsknieni za spokojem fioletu z miesięcznym dzieckiem odwiedzamy jedne z największych w Europie wrzosowisk (woj. zachodniopomorskie). Każdy zakamarek bawi oczy hipnotyzującym fioletem. Warto dojechać aż do wieży widokowej, mimo że wrzosowiska zaczynają się o wiele wcześniej. Kolorowe punkciki na polu to wędrowne ule okolicznych pszczelarzy. Powstanie rzadko spotykany ciemnobursztynowy miód o silnym aromatycznym zapachu. Wrzosowiska Kłomińskie zwane Diabelskimi Pustaciami to teren dawnego poligonu gdzie jeszcze niedawno jeżdziły czołgi. Diabelska jednak okazuje się sama droga do nich, dlatego warto przesiąść się z auta na rower. Aby obejrzeć wrzosowiska należy się spieszyć, z każdym rokiem znikają pod cieniem rozrastających się  drzew. Paradoksalnie brak wojskowych pojazdów przyczynił się do zahamowania rozrostu wrzosów. Jeśli więc przeczytałeś notkę do końca to zaplanuj jesienią krótki wypad na Diabelskie Pustacie, bo jak napisała Rodziewiczówna we Wrzosie: „Tracić jest ciężej niż wcale nie mieć”…

…………………………………………………………………………………..

Nasz cel na mapie – zobaczyć szkockie wrzosowiska i historię ostatnich lat życia Vincenta z albumem jego postimpresjonistycznych obrazów w ręku, by móc porównać spojrzenie na Prowansję.

Polecane: „Lawendowe Pole, czyli jak opuścić miasto na dobre” – Joanna Posoch.