Muzeum Otwarte · Na Szlaku · Sztuka to z dzieciakiem · Uncategorized

Śledzie po kaszubsku i atomy

Byliście kiedyś w niewielkim muzeum otwartym w Nadolu? Ten maleńki skrawek oddziału Muzeum Ziemi Puckiej skrywa w sobie wiele tajemnic. Rozległe wody jeziora Żarnowieckiego kołyszą zacumowane łodzie a wrześniowa cisza podpowiada, że już po sezonie. Wytężcie jednak wzrok, tam po drugiej stronie jeziora była wieś. Wieś była i wsi nie ma, ot co. Mężczyźni spakowali rodzinny dobytek, kobiety powybierały co lepsze pościele z haftem kaszubskim i wszyscy jak jeden mąż opuścili jedno z najstarszych miejsc osadnictwa na Pomorzu. Rozpoczęła się w Kartoszynie budowa Elektrowni Jądrowej.

blogblog-001

 Wieś była – wsi nie ma, elektrowni zresztą też a ogromne jezioro stoi jak stało. Spokojny rytm szuwar trzcinowych można zauważyć już z zagrody rybackiej. Mieszkańcy wsi z trzciny jeziornej pletli sobie dach nad głową. Sama architektura domów szachulcowych ostro odcina się od jesiennego krajobrazu.  Powstawały z gliny i siana co czyniło je lekkimi tak, że nie zapadły się na podmokłym terenie. Słupy ustawiano w kratkę i malowano czarnym jak noc dziegciem. Przestrzeń między nimi tynkowano, pokrywano białą farbą i powstawała szachownica. Cudo, prawda? Nie mylcie jej z murem pruskim, który wypełniano cegłami.

20180919_153340

W ten sam sposób zrobiono chatę gburską, którą wykupiono od rodziny Rutzów. Drewniana figura Chrystusa Frasobliwego znajduje się przed jej wejściem. To typowe przedstawienie w polskiej kulturze ludowej powstało już w XIV wieku. Zamyślony Chrystus wspierający swą głowę na dłoni najczęściej przedstawiany jest w formie rzeźbiarskiej. Smutne oblicze niosące znaki męki pańskiej urozmaicano koroną cierniową, perizonium, czaszką Adama pod stopą lub berłem czy trzciną w dłoni. 

20180919_153634blog-003

Cichutko w skansenie w Nadolu. Jabłonka kłania się w pas od owocnego urodzaju, gołębnik wyścielił się puchem z piór. Pokryła się śnieżną pierzyną wystawa zabaw zimowych w stodole.  Opuszczone ule i piec chlebowy mówią, że toczyło się tu życie w spokoju i dostatku. Makatka przytacza przysłowia o dobroci i wdzięczności, a na haftowanej serwecie w żółto-niebieskie kwiaty zastawiano półmisek śledzi po kaszubsku. Przypłynęły ostatnim statkiem pasażerskim kończące się ciepłe dni września.

blogblog-002

*Oddział Muzeum Ziemi Puckiej im. Floriana Ceynowy: „Zagroda Gburska i Rybacka”

*Historia rodzin z Kartoszyna została pokazana w filmie „Ojcowizna” (I.Engler)

https://kierunekzwiedzania.blog/2017/07/10/lyzka-dziegciu-w-beczce-miodu/

Co łączy Gdańsk z tymi terenami? Opactwo jak  i jezioro to dawna własność cystersów z Oliwy. Wchodzą w skład trzech głównych kompleksów pocysterskich w ramach Pomorskiej Pętli Szlaku Cysterskiego. Szlak ten to część większego szlaku w Polsce. To jak, zwiedzamy?

20180919_154003

Na Szlaku · Warmia Mazury

Dwory i Pałace Dawnych Prus Wschodnich (1.): Kurs traktorzysty i chińska porcelana.

Malownicze drzewa u skraju drogi, w gęstej zieleni migoczące tafle jezior i ten ożywczy zapach. Jestem na Warmii i Mazurach, jestem w domu. Zamykam tylko okna gdy woń lasu zmienia się w zapach krowiego łajna. Nie umiem jeszcze poradzić sobie z walorami wsi, oto ja – mieszczuch na tygodniowych wczasach. Włączam ulubioną muzykę, śpiewam w głos za Janis Joplin i zatrzymuję się gdy zobaczę coś ciekawego. Deszcz wybija rytm na szybie i wchodzę w ten zapomniany skrawek ziemi. Świat jest wspaniały i mam dostatecznie dużo czasu na zabytki, nic nad komfort samotnych podróży! Auto podskakuje na wyboistych drogach, jadę w podskokach do babci. Łapię tym samym ostatnie dni lata i między rozmowami a babcinymi obiadami urządzam sobie wycieczki po dworach i pałacach dawnych Prus Wschodnich.

drogosze

Jadę przez Parys. Nazwa wsi pięknie mitologiczna. Zatrzymuję się przy kościele, tu wszystkie są do siebie z pozoru podobne. Wysokie mury o kamiennych cokołach z których wyrasta dumna wieża gotyku ceglanego. Kolor mokrego cynobru migocze na horyzoncie. Jasność bielonych tynków i skromna dekoracja architektoniczna na zewnątrz budowli pozwala odnaleźć spokój ducha. Mój najwdzięczniejszy obraz niedzielnych nabożeństw z dzieciństwa, gdy dostawałam pieniążek na tacę, a koleżanki czekały na mnie w odświętnych koszulach przed wejściem. Gdzie podziali się baronii i hrabiowie tutejszych miejsc? Junkier odzyskał wolność i przepadł, a w raz z nim bogactwo dawnych czasów. Obserwuję wieś niedzielnego popołudnia i nie widzę nikogo w wyjściowym stroju, które z pewnością czeka w szafie na ten jeden dzień w tygodniu. Mówiło się: to na niedzielę. Dziś widać niedziela jak każda inna środa czy sobota.  Wiatr zagania pod próg kościoła opadające liście i raczej nic się tu nie wydarzy, pora jechać dalej. W Drogoszach skręcam w lewo zaraz przed przejazdem kolejowym jak nakazała babcia i trafiam na kościół p.w. MB Ostrobramskiej. Spójrzcie na tę kaplicę, to postać dumnego właściciela majątku. Popiersie Bogusława Fryderyka Doenhoffa (in. Dönhoff, Donhoff) wyrzeźbione zostało ręką Johanna Heinricha Meissnera, którego w Gdańsku tak doskonale znamy. Wszystko się plecie i przeplata ciut jesieni, trochę lata.

drogosze1

Tu natomiast wszyscy znają pałac w Drogoszach, to jeden z największych na Mazurach. Babcia opowiadała mi jakim widziała go po wojnie. Sandra jaki był piękny! – mówiła. A później zrobili tam kurs traktorzysty to śmierdziało tylko. Kilka razy z dziadkiem w jakąś wolną niedzielę pojechaliśmy Syrenką obejrzeć pałace i to co zobaczyłam...- zadumała się babcia. –A niech ich piorun trzaśnie, taki piękny pałac zmarnować! A jednak coś z tymi piorunami jest na rzeczy. Korzystam z chwili ciszy i oddzwaniam do koleżankiSandra to Ty? Poznaję po głosie,  słuchaj w mój dom w Gdyni trafił piorun i teraz mamy awarię. Telefon też jakoś nie działa, ale mów – i mówię jej, że tu gdzie jestem,  w Drogoszach przez uderzenie pioruna spaliła się też część pierwszego dworu w końcu XVII wieku. Nie ma żartów, pogoda dalej nienajlepsza. Wszystko się plecie i przeplata nowy pałac, dobre lata.

drogosze1

Deszcz ucichł a ja korzystam z okazji, wychodzę z kryjówki i obchodzę pałac dookoła. Staję na wprost portyku jońskiego. Kolumny to 4 pory roku – życie toczyło się tu przez cały ten czas. Przez 12 miesięcy jak liczba kominków, by ogrzać mieszkańców w 52 pokojach na każdy tydzień z kalendarza. Woalką pajęczyn obrosło 365 okien i rok zatacza koło. Zmieniały się pory roku, gdy z 7 balkonów wróżono pogodę od poniedziałku do niedzieli. Pozmykane puste dziś wnętrza bardzo mnie ciekawią więc sprawdzam odruchowo klamkę, zamknięte. Posprawdzałam okna i szczeliny, dziś nie wejdę. Moje słowo na niedzielę: jeszcze tu wrócę. Pod ryzalitem od strony ogrodu z mokrych ścian w opłakanym stanie odeszła farba. Sama odchodzę bez pożegnania.

SAMSUNG DIGITAL CAMERASAMSUNG DIGITAL CAMERA

Zapłakano gdy podczas pojedynku zginął Stanisław Ernest herbu Dzik, a wraz  z nim zginęła męska linia potomków drogowskich Doenhoffów. Dziś jego postać – marmurowa rzeźba w pałacowym mauzoleum. Mówią, że wspierał króla Augusta II Mocnego z którym uciekła Marianna, jako jego metresa. Zawsze wiedziałam, że kobiety jawią się sprytem i wewnętrzną siłą. Majątek przypadł siostrze Stanisława – Angelice, która wspaniale rozbudowała rezydencję czyniąc z niej niezwykle modne i prężnie działające miejsce. Dziś jej postać – marmurowa rzeźba w pałacowym mauzoleum. Potem przyszła nowa dziedziczka – siostrzenica Angeliki, a w 1945 roku następni i wszystko się zmieniło. Rozgrabili pałac w Drogoszach. Ogołocono wnętrza z arrasów flamandzkich, waz chińskich i sreber z których spijał herbatkę sam  król. Wspaniałe historie ulatują w niepamięć wraz z sypiącym się tynkiem. Nie dasz rady wejść do tej samej rzeki – pisał Heraklit. Guber płynie a jego wspomnienia trafiają do Wielkiej Krainy Jezior. Może i kiedyś wszystko było jak z krainy wymarzonych snów. Dziś pałac stoi pusty. Karety odjechały, sobolowe futro przeżarły mole, daniele pouciekały, a bagnet rozszarpał króla Prus. Fryderyk Wilhelm IV był później reanimowany przez sprawnych konserwatorów zabytków. Kartusz herbowy Doenhoffów zupełnie zdziczał i przepadł. Na wjazd dla karet podjechał Ursus. Wszystko się plecie i przeplata, złoto opada zostaje strata.  

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Posłuchajcie historii o pałacu i samych Drogoszach, którą warto mieć podczas zwiedzania. Radio Olsztyn i program: „Niedziela odkrywców”:  https://ro.com.pl/113519/01113519

 O Drogoszach przypomniała mi wystawa w Muzeum Warmii i Mazur w Olsztynie, zobacz na:  http://muzeum.olsztyn.pl/1687-3392,fotografie-posiadanych-portretow-przedstawicieli-rodu-donhoffow-na-drogoszach-i-friedrichsteinie,18651.html

mapa i kaplica,dwozrec1 SAMSUNG DIGITAL CAMERA

***

Johann Heinrich Meissner działał także w  Gdańsku, jeśli chcesz obejrzeć jego działa to  udaj się na spacer po Starym Mieście i spoglądaj na przedproża. Płaskorzeźby znajdziesz przy ulicy Chlebnickiej, Piwnej i Długim Targu.

 

Muzeum Otwarte · Sztuka to z dzieciakiem

Kolbuszowa

Kolor zielony ma nieskończenie wiele odcieni. Zielono mi w Kolbuszowej. Dojechaliśmy do Parku Etnograficznego Kultury Ludowej. Muzeum otwarte przywitało nas wiosennie i nad wyraz spokojnie. Ogromne rozmiary wiszących na horyzoncie chmur burzowych wcale nie pośpieszają nas ze zwiedzaniem. Zielono mi na skrawku ziemi Rzeszowiaków i Lasowiaków. Prąd ciepłego powietrza unosi się wysoko, rozszerza i ochładza. My chłodzimy się lodami w odcieniu bieli i limonki, bo robi się powoli duszno. Topią się stożki na patyku i maleńkie dziecięce dłonie masz całe w klejącej mazi. Uroczo oblizujesz paluszek po paluszku. Jak konwalie wyglądają kropelki roztopionych lodów na stole. Siedzimy w zabytkowej recepcji z kawiarnią. Przez okno obserwujemy jak idzie noc z deszczowych chmur, pora iść zwiedzać! Wszystko intensywnie pachnie nam soczystą zielenią. Obserwujemy jak ten młody las kołysze się na wietrze. Na Twojej popielatej koszuli pojawiają się pierwsze krople deszczu. Staw jest pełen rechotu żab i unoszącej się nad nim mgły. Chaty już pozamykane, zaglądamy więc przez okna. W chałupie z Wrzaw ma swoją wystawę zabawek nieżyjący już pan Stanisław Naroga. A w jej wnętrzu dawne formy charakterystyczne dla ośrodka z Brzózy Stadnickiej, elementy do tworzenia zabawek i własne nowe formy. W tej ciszy leśnej nie ma zwiedzających, Tylko ja i Ty. Spacerujemy z dziećmi od kapliczki do kapliczki, od paproci do paproci. Do dziś pamiętamy, że było nam w Kolbuszowej jakoś wyjątkowo pięknie, spokojnie i bardzo zielono.

kolbuszowa3kolbuszowa4kolbuszowa1

Musiało minąć trochę czasu jak zaczęto malować zabawki na zielono. Początkowo miały odcień buraczkowo-fioletowy jak zimowe rumieńce na twarzy Marcina Guzego. Wystrugał on raz głowę konia i od tego zaczął się cały korowód zabawek w Brzózie Stadnickiej. Gdy nadchodził okres zimowy i bieda z nudą chętnie zaglądały do okien, Marcin strugał dla wszystkich. Dołączali się do niego sąsiedzi. Uśpione pola nie wymagały opieki, a każdy grosz ze sprzedaży się przyda. Rzeszowiacy nie byli bogaci, nędznie szedł przemysł fabryczny więc w małych chałupach chałupniczo dorabiali chłopi czym się dało. Marcin Guzy koników nie malował, za to miały podstawki na kółkach. Dla starszych wyrabiał fajki zakończone przedstawieniem ludzkiej głowy. Głowę na karku mieli jego następcy, gdy podejrzeli wzory z fabryki zabawek w Leżajsku. Bracia Guzy wraz z siostrą Agnieszką malowali koniki i upiększali je dodatkowo charakterystycznymi czarnymi ciapkami. Wyróżniał ich zabawki także szafranowo – żółty odcień i prosty ornament kwiatowy. Kolekcja wzorów się powiększała. Wytwarzano rozmaitości: łóżeczka i kołyski, kurki dziobiące ziarenka i ptaszki klepotki z ruchomymi skrzydełkami. Popularne w Brzózie Stadnickiej były też pajace na sznurkach i kaczki. Szymon Guzy rzeźbił też duże koniki do karuzeli. Kręciło się w głowie od barw i różności. Wzorów i twórców zabawek przybywało. Założono spółdzielnie, która pozyskiwała od rzemieślników zabawki na sprzedaż. Szybko zakończył się jednak galop sukcesu. Gonitwa za zyskiem obniżyła znacznie jakość produktu i zabawki z Brzózy Stadnickiej poszły na strych. 

kolbuszowakolbuszowa-001

Niemniej jednak w Polsce w odróżnieniu do Zachodu nie istniał przepis cechowy dotyczący zabawkarstwa, co dało pole do rozwoju tej dziedziny. Największy targ zabawek odbywał się na krakowskim Emaus, gdzie w poniedziałek wielkanocny można było kupić barwne cudeńka. Wystawiano tam zabawki od najstarszych znanych form po współczesne autorskie projekty.

DSC08208

Głównym ośrodkiem produkcji stolarskiej na terenach południowo-wschodnich była właśnie Kolbuszowa. Stanowiła centrum ośrodka w którego skład wchodziły liczne wsie i miasteczka. Meble z Kolbuszowej charakteryzowały się prostą bryłą, intarsją geometryczną i roślinną.  Często ornamentyka mebli z Kolbuszowej wskazuje na związki ze sztuką ludową jak wykorzystanie motywu „gwiazdy”. Meble z Kolbuszowej słynęły głównie z integracji funkcji. Jeden mebel potrafił łączyć w sobie trzy rodzaje mebli siedemnastowiecznych: biurko, sekretarzyk, bieliźniarkę. Meble produkowane w Kolbuszowej w inwentarzach są wymieniane jako pierwsze, uznając je za najcenniejsze i piękne. Drugim największym ośrodkiem meblarskim był Gdańsk a wraz z nim jego słynne szafy gdańskie.

 

W niedalekiej odległości od Parku Etnograficznego Kultury Ludowej w Kolbuszowej jest muzeum otwarte w Markowej.

https://wordpress.com/post/kierunekzwiedzania.blog/906

20180808_13540920180808_135433

  • Tadeusz Seweryn „Polskie Zabawki Ludowe”
  • Tekst piosenki „Zielono mi” A. Osieckiej, polecamy wersję K. Nosowskiej czyli N/O Nosowska / Osiecka
Sztuk kilka · UNESCO

Barok maltański

Złapaliśmy autobus do miejscowości Mellieha. Jest wczesny październik 2014, samo południe. Bryła kościoła wyłoniła się jako pierwsza. Kamienna architektura ma barwę żółtego ugru, jakby ktoś ulepił ją starannie podczas zabawy w piachu. Barok maltański w pełnej odsłonie jawi się przed nami. Stoję na wzgórzu miasteczka, ciepło dotyka mojej twarzy i rzeźbi błogość tego stanu. Nikogo nie ma, upał przegonił mieszkańców. Na niewielkim skrawku urwiska jest cmentarzyk z widokiem na turkusową zatokę – nasz cel dzisiejszej wyprawy. Jak dobrze tym, którzy spoczywają w tej ciszy. Jaszczurki chodzą po tablicach wygrzewając się leniwie w plamach słońca. Ta dziwna korelacja nikogo tu nie razi. Pamiętam obraz „Młodzieniec ukąszony przez jaszczurkę” – wymowny, erotyczny, o dwuznacznej treści. Biały kwiat we włosach zniewieściałego mężczyzny, zaskoczenie na jego twarzy, obnażone ramię i niespodziewane ukąszenie sugerować mogą tylko jedno…Miłość wisi w powietrzu. To nasz honeymoon. Jaszczurki pouciekały, ruszamy dalej.

ładne1ładne

Michelangelo Merisi da Caravaggio wyruszył w drogę szukać swego przeznaczenia. Szczęście niestety bywa zezowate i garbate o czym się wkrótce przekonał. Miał talent, wizję i w niedługim czasie znalazł wpływowych mecenasów. Popularności przysporzyły mu zamówienia na obrazy o tematyce religijnej. Tylko święci z obrazów Caravaggia nie zawsze byli w glorii i chwale. Mówi się, że aniołowie na swych rękach noszą pijanych. Aniołowie Caravaggia sami mają zmącone oczy i umysły. Błogosławieni o brudnych nogach i bezgrzeszne niewiasty z płócien, które można było spotkać wieczorami na ulicach Rzymu – oto jego realizm. Dzieła odrzucano lub kazano przemalować. Realizm przedstawień budził odrazę. Było jednak coś ponad to, coś co nie pozwalało odejść od jego dzieł – wibrujący światłocień docierający do ospałych oczu. Strach szczerze wypisany na twarzach postaci to psychologiczno – malarski majstersztyk. W brutalnych scenach biblijnych słychać krzyk, który utkwił gdzieś w przestrzeni obrazu. Okrzykami zachwytu witała Caravaggia co raz większa grupa zwolenników. To co wprowadza do świata sztuki jest nowoczesne i działa na wyobraźnię. Odchodzi od skostniałego manierystycznego malarstwa bez emocji na rzecz ekspresji. Caravaggio śmiało wykorzystuje technikę CHIAROSCURO, która jak on sam ma jasną i ciemną stronę. Taką technikę opisał już wcześniej Leonardo da Vinci na przykładzie jednego ze swych dzieł: „Madonna w grocie”, ale Caravaggio zdecydowanie ją pogłębia stawiając na mocne kontrasty.

ładne5ładne9

Schodzimy do kaplicy „Our Lady of Grotto” w niedalekiej okolicy kościoła i cmentarza. Ukryte wśród zarośli schody doprowadziły nas pod samą grotę, gdzie w chłodzie kaplicy słychać gorące słowa modlitwy. Za wiernymi ściany obwieszono listami, prośbami i darami wotywnymi. Dzisiejsze wota to kolorowe fotografie, koszulki z nadrukami,  dziecięce zabawki i listy. Łuna światła wpadająca przez świetlik w dachu ledwo oświetla grotę. Zapalone znicze dające nikłą łunę światła otaczają posąg Matki Boskiej z Dzieciątkiem. Z mroku wyłania się jasna figura – Caravaggio gdzieś tu jest… Zaczynamy naszą długą wędrówkę nad zatokę. Jawi się przed nami pejzaż wprost chrystusowy. Wysuszona roślinność, kamienne ścieżki i kaktusy. Wszystko co widzimy ma charakter wanitatywny. Im zachodzimy dalej, krajobraz staje się jakby bardziej martwy, suchy i cichy. Mamy ze sobą świeże, egzotyczne owoce. Kusi nas ich intensywny dojrzały zapach. Zamaczamy usta w miąższu, spijamy esencję a nasze palce robią się lepkie od soku. Malta smakuje słońcem. Gdy Caravaggio malował owoce przedstawiał je z ich niedoskonałościami. Były nadpleśniałe, obite i robaczywe a mimo to apetyczne i piękne. To motyw vanitas, który kryje w dojrzałości owoców  ich przemijanie i nieuchronność zbliżającej się śmierci – tylko czyjej? Jest jednak jeden obraz Caravaggia „Chłopiec z koszem owoców”, czy widzicie go? Owoce są idealne. Alegoria młodości i doskonałości współgra z ciałem młodego mężczyzny. Jego rozchylone wargi, odchylona do tyłu głowa i obnażone ramię są wabiąco zmysłowe. Wciąż jest upalnie, nasza skóra ma smak słonej wody. Podobno Mellieha oznacza „sól”. Widzimy jak woda zmazuje ślady naszych stóp z rozgrzanego piasku, pora nam wracać do Sliemy.

ładne-002ładneładne-001

Caravaggio zaczął być solą w oku dostojników kościoła, gdy podczas bójki uśmiercił młodego mężczyznę. Ranuccio Tomassoni zmarł w 1606 roku. Caravaggio ucieka wtenczas przed wyrokiem. Po jakimś czasie trafia do najbardziej wysuniętej na południe stolicy Europy. Schronienie dostaje w Vallettcie – w zakonie kawalerów maltańskich, gdzie uzyskuje tytuł rycerza zakonu jak i nadwornego malarza. Wiszące nad nim prawo nie zniechęciło go do malowania obrazów. Wciąż tworzy wielkoformatowe dzieła.

DSC00415ładne2

Ruszamy skuterem do Valletty! Jest cudownie! Trzymam go mocno, tuli nas ciepłe powietrze. Widzę klimatyczne uliczki, grę świateł na turkusowej tafli wody. Oto stolica Malty – muzeum pod otwartym niebem! Zwiedzamy ogrody, podziwiamy fort św. Elma, zachodzimy do niepozornej konkatedry św. Jana gdzie znajduje się jeden obrazów Caravaggia. Gdy malarz dostał schronienie na Malcie, był w sile możliwości twórczych. Doskonale zgłębił sposób oddawania różnic w natężeniu światła. Był mistrzem ukazywania na płótnie dramatyzmu, a na twarzach jego postaci malował się należny do sytuacji wyraz tragiczności. Jego obrazy były jak on sam – dosadne, malowane szybko z wieloma poprawkami i dzikie. Dobra passa nie trwała długo, Caravaggio nie pasował do wojskowej dyscypliny zakonu. Ekscentryczny charakter wziął górę nad samokontrolą  i Michelangelo pobił jednego z braci po czym został  wyrzucony ze wspólnoty. Decyzja wydalenia zapadła w konkatedrze pod jego własnym dziełem. Odchodzi, patrząc ostatni raz na „Ścięcie św. Jana Chrzciciela” i kończąc kolejny rozdział swojego burzliwego życia.

ładne-001ładne4Kończymy naszą maltańską wyprawę odwiedzając centralny region wyspy. Ciche miasto, cisza w katakumbach. W kawiarni jemy deser w kształcie kości z białą lukrową polewą. Cisza w opuszczonych rezydencjach i w ogrodach. Nie ma też Caravaggia. Gdy przyszło ułaskawienie złapał wiatr w żagle i popłynął do Rzymu. To była ostatnia droga w jego burzliwym życiu. Może jest gdzieś gdzie jaszczurki wygrzewają się na słońcu, a w dali widać turkusową zatokę. Podziwiamy wzburzone morze z klifu Dingli, grę świateł i cienia w Blue Grotto. Krawowczerwony cynober miesza się z miedzianą zielenią.

DSC00983

 

Valletta została wpisana na Światową listę UNESCO w 1980 roku

 

Sztuk kilka · Sztuka to z dzieciakiem · Uncategorized · UNESCO

W Krainie Jezior

Znacie to wyjątkowe uczucie, gdy powracając do obrazów z dzieciństwa zderzacie się wprost z lawiną miłych wspomnień, które łaskoczą was przyjemnie w okolicy serca? Ilustracje w książkach potęgują przeżycia dziecka i rozwijają wyobraźnię. Pierwsze obrazy najbardziej oddziaływują na psychikę rozwijającego się człowieka i pozostawiają ślad, który ciężko jest wyprzeć z pamięci. Świat pojmowany zmysłowo przez dziecko nie rozpatruje niczego w charakterze pojęciowym. Z tego powodu książeczki dla dzieci powinny być przede wszystkim do oglądania, a obrazek który się w nich znajduje powinien objaśniać tekst.

DSC00912

Tylko kiedy ten obraz staje się tak naprawdę ilustracją? Podczas czytania! Wcześniej jest obrazkiem jak każdy inny. Wygląd książki składa się z szaty zewnętrznej i wyglądu poszczególnych stronnic. Ich wygląd natomiast nie może być przypadkowy. Ilustracja powinna nie tylko korespondować z tekstem, ale być także odpowiednio dobrana do potrzeb dziecka i jego psychiki. Choć są to zazwyczaj grafiki uproszczone i przestylizowane, to rolą ilustratora jest aby starannie dopasować swoją twórczość do przeznaczenia utworu. Styl ilustracji można podzielić na trzy rodzaje. Są ilustracje o charakterze groteskowym – zabawne przedstawienia uwypuklające cechy śmieszne z natury. Przeciwstawnie do karykatury, która to uszczypliwie ośmiesza. Wyodrębniamy także ilustracje realistyczne, które skierować można już do starszych odbiorców, którzy przestają interesować się bajkami i orientują się co jest realne, a co dzieje się tylko w wyobraźni. I ostatni – chyba najwspanialszy ze wszystkich – rodzaj ilustracji bajkowych, w którym wygląd rzeczy czy istot poddaje nas iluzji. Dajemy się unieść emocjom i uwierzyć, że to co widzimy na obrazku jest prawdziwe. Cała magia bajek nie polega na tym, że są nieprawdziwe a  czarujące! Stąd też książki dla dzieci składają się z tekstu + obrazu i jest to nierozerwalna całość. Wykonywanie ilustracji należy do rodzaju sztuki plastycznej, polegającej na konkretyzowaniu tekstu, plastycznej wypowiedzi zgodnie z wielowarstwową budową artystyczną. Same ryciny są rodzajem sztuki użytkowej, stosowanej.

blog

Beatrix Potter angielska autorka ilustracji i powiastek dla dzieci nie miała sobie równych w tamtych czasach. Jej dążenie do twórczego spełnienia, siła i wizja połączone z niezwykłą wyobraźnią do dziś budzą zachwyt. Liryczna rzeczywistość jaką stworzyła w połączeniu ze strojną ilustracją przenosi czytelnika w świat w który każdy chce wierzyć. Czasy wiktoriańskie w których wyrastała zdecydowanie umniejszały rolę kobiety w społeczeństwie. Kobieta miała być piękna, blada, zaradna, pracowita, odpowiedzialna, mieć długie włosy – choć nie powinna rozpuszczać. Powinna mieć wszystko poza fantazją i pomysłem na siebie. Beatrix Potter ten pomysł jednak miała i całą sobą sprzeciwiała się konwenansom realizując uparcie swoje cele. Jako dziewczynka z bogatego domu nie miała zbyt wiele możliwości by cieszyć się wspólną zabawą z innymi dziećmi. Stworzyła więc bogaty świat wyobraźni do którego uciekała. Na podstawie własnych obserwacji zwierząt i przyrody szkoliła swój rysunek. Miała 36 lat gdy po raz pierwszy, po uporczywych staraniach opublikowano opowiastkę „Królik Piotruś”. Odrzucana przez wielu wydawców pierwszą książeczkę z czarno-białymi rysunkami wydrukowała sama i rozdała przyjaciołom. Frederick Warne, który jako pierwszy podjął się wydania historii o Piotrusiu Króliku w 1902 nigdy nie żałował tej decyzji, skończyło się bowiem pasmem sukcesów. W książce „Powiastki” wydawnictwa Wilga można znaleźć wszystkie historie napisane przez autorkę i podziwiać barwne jak i czarno-białe ilustracje z których część została wydana po śmierci Beatrix. Ilustratorka związana była z Krainą Jezior w której osiadła na stałe i gdzie jako mała dziewczynka spędzała wakacje. Cześć z jej bajkowych historii dzieje się właśnie tam.

blog4

Nie tylko Beatrix rozkochała się w niezwykłym krajobrazie północno-zachodniej Anglii. Malarz John Constable zmieniał malowanymi tam pejzażami bieg historii malarstwa. Zachwycony czarownym krajobrazem jako pierwszy wychodził ze sztalugą w plener i malował to co zdołał zaobserwować – odzwierciedlając przy tym prawdziwą paletę barw. Nieuchwytna w pracowni gra świateł, ściśle określona paleta barwna stały się dla malarza synonimem sztuczności. Pozbawione pretensjonalności i efekciarstwa malarstwo pejzażysty długo szokowało widownię i było zbyt śmiałe dla wyuczonych znawców. Urok Krainy Jezior był jednak dla malarza zbyt piękny, by rezygnować z niego dla zmyślonych scenerii. Potrzeba była tylko czasu…John Constable stał się członkiem Akademii. Po zdobyciu złotego medalu na paryskim Salonie za obraz „Wóz z sianem” stał się także inspiracją dla nowego pokolenia malarzy.

Wygląda na to, że jeśli chcesz obudzić w sobie natchnienie twórcze – wybierz się na wycieczkę do hrabstwa Kumbria, gdzie znajduje się niezwykła Kraina Jezior. Może uda Ci się dostrzec niegrzecznego Królika Piotrusia i innych bohaterów z opowiastek Beatrix Potter, które do dziś dopełniają świat dzieci na całym świecie.

 

  • „Ilustracja w książce dla dzieci i młodzieży” S.Szuman
  • W zeszłym roku – Like District w Wielkiej Brytanii zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO
Muzeum Otwarte · Na Szlaku · Projekty · Sztuka to z dzieciakiem

Markowa i jej świat

PKS zatrzymuje się zaraz za znakiem droga kręta. Przystanek ustrojony blachą falistą ledwo trzyma się podkarpackej stylistyki. Za płotem ktoś prowadzi sprzedaż drzewek owocowych. W dali słychać dzowny kościelne a pod sklepem bawiące się dzieciaki. Nic się ciekawego nie dzieje. Na tle okruszonego tynku wybija się żółta budka telefoniczna, znak nowych czasów – przeżytek? Markowa to wieś zawieszona między jest a nie ma, ale z pewnością nie jest to byle jaka wieś.

Minęło tyle lat,
harmonia znów gra,
obłoki płyną w dal,
znów toczy się świat.

Na niewielkim skrawku ziemi we wsi Markowa jest skansen, zagroda. Historia wsi zaczyna się od prawdziwego rytuału kupna biletu oraz soczysto-zielonej trawy, świeżo bielonych pni drzew i opadających płatków jabłonek. Cieszymy oczy widokiem by za chwile przejść do Muzeum Markowskiego Pożarnictwa. Zebrano tam ojców dzisiejszych wozów Ochotniczej Straży Pożarnej, na czele z samym świętym Florianem. Drewniany strop gasi gorąc wiosennego słońca.


Wypiękniał nasz Bełz,
w ogrodach, na drogach bez.
Nikt nie chce pamiętać,
nikt nie chce znać smaku łez.

 

DSC08192markowa-004

We wnętrzach chat ospałych od kurzu z pozoru wszystko jest uporządkowane, a jednak trudno jest się tam odnaleźć. Wychodząc z sieni drugimi drzwiami dochodzimy do stajni. Trzeba tylko zrobić kilka kroków po charakterystycznej ławie umieszczonej w poprzek. Taką podgródkę spotkamy jeszcze w innym skansenie, niedaleko stąd. Między chałupą Rafała Dźwierzyńskiego, która jest sercem skansenu, a tak zwaną oborą znajdujemy nasz ulubiony symbol solarny przy którym wyryto w miękkim drewnie „1852 4 maia” – chałupę według informacji wybudowano w 1874 roku. Nie ma nikogo komu można zadać pytanie…chodzimy sami dla siebie.

I tylko gdy śpisz,
samotny i sam,
i tylko gdy śpisz,
płyniesz, giniesz tam…

markowa-001

W izbach, zaraz pod stropem zawieszono kapliczki i obrazy wyznaczając tym sferę sacrum. Dodatkowo potwierdzają to wskazujące palce świętych surowo uniesione w górę. Z gestu błogosławieństwa zrobiło się nawoływanie o ciszę. Wszystkie oleodruki wesoło zostały ustrojone kolorowymi wiankami kwiatów z bibuły. Nad usłanym puchową bielą łożem, niewielkie choć w swej formie dostojne, znajdują się kwieciste makatki i tradycyjne pająki strzegące snów. Wisi biała kobieca koszula. Tylko puste klatki dla ptaków, brak kukułki w zegarze mówią o tym, że sen zapadł na dobre.

Gdzie tata i mama
przy tobie są znów
i czule pilnują
malutkich twych snów.

markowa-005markowa-002markowa-003

Dziś „Galeria pod strzechą” jest czarno-biała od fotografii. Wisi samodzielnie zrobiony plakat, który finezyjnie pociągnięto flamastrem. Hasło okalają ślady po ramce. Godne uwagi słowa pamięcią wracają do uczniów Polski Ludowej. Ludność Markowej upamiętnia też rok 1944. Opisany jest dokładnie czerwoną plamą na starej fotografii. Ze zdjęcia spogląda też rodzina Józefa Ulma. Amatorski zespół teatralny wystawia sztukę „Upiór w kuchni”. Zbior artykułów i wycinki z gazet głoszą o wielkiej zbrodni w Markowej, głos zabiera także wiejska Orkiestra dęta.

Miasteczko Bełz,
kochany mój Bełz.
W poranne gazety ubrany
spokojnie się budzi Bełz

DSC08091

Zagroda w Markowej żyje pracą.W kuźni kowal wyrabia podkówki, olejarz wlewa kupcom olej do głowy, sołek rośnie od ziarnka do ziarnka. Robotnice szykują ule pełne miodu, stroją się w czepce pracowite modnisie. I kręci się życie, koło za kołem wyznaczane ramionami potężnego wiatraka.

Łagodny świt
w zwyczajnych dni rytm,
w niedziele bezpieczna
nad rzekę wycieczka
i w krzakach szept.


Na progu markowskiego kościoła świętej Doroty rozsypano kwiaty ślubne. Patronka botaników, kwiaciarzy, młodych małżeństw i matek jak ulał wpisuje się w historię wsi. W ikonografii występuje jako młoda kobieta wiosennie ozdobiona kwiatami. Zimą, w okresie Bożego Narodzenia według teatru tradycji ludowej wystawiano „Chodzenie z Dorotą”. W roli głównej Dorota i Fabrycjusz – król pogański chcący ją poślubić. Kobieta nie usłuchała poleceń króla przez co ginie w sposób tragiczny. Kolejne sceny pokazują jej męczeństwo. Gościnnie gra anioł, kat i diabeł. Przedstawienie kończy się sceną porwania króla do gorących czeluści piekieł.

Miasteczko Bełz,
main sztetełe Bełz.
Wypłowiał już tamten obrazek,
milczący, płonący Bełz.

Markowa dzięki zagrodzie została wpisana na Szlak Architektury Drewnianej województwa podkarpackiego. Trasę oznaczono szczęśliwą cyfrą 7. Do najciekawszych obiektów na szlaku rzeszowsko-jarosławskim należy cerkiew grekokatolicka w Tyniowicach, zespół dawnego Pałacyku Myśliwskiego „Julin” w miejscowości Wydrze i kościół z końca XVI w. w Nowosielicach.

Dziś, kiedy dym,
to po prostu dym.
Pierścionek na szczęście,
w przemyśle zajęcie,
w niedzielę chrzest.

DSC08064

Pobrali się w 1935 roku. Józef zajmował się sadownictwem, Wiktoria doglądała dzieci. Dom wraz z pociechami rósł w książki i fotografie, które były pasją Józefa. Aparaty fotograficzne pozwalały mu uwietrzniać momenty z życia najbliższych, jarmarki i festyny w Markowej. Słodycz kwitnącej wsi mija wraz z gorzkim smakiem trzech litrów wódki, które wypito po dokonaniu zbrodni na całej rodzinie Ulmów i ich ośmiu lokatorów żydowskiego pochodzenia. Rodzina Szallów i Goldmanów długi czas ukrywała się na strychu chaty.

Białe ziarno, czarny mak,
młodej żony słodki smak.
Kroki w sieni… nie drżyj tak,
to nie oni. To tylko wiatr…

24 III 1944 – rozstrzelano szesnaście osób. O zdradzie sąsiedzkiej, fragmencie zaznaczonego tekstu, nienarodzonym dzieciątku, strychu i fotografiach dowiedzieć się można więcej w niedawno powstałym Muzeum Polaków Ratujących Żydów podczas II wojny światowej im. Rodziny Ulmów w Markowej. Nowoczesna architektura niewielkiego muzeum niezwykle wkomponowuje się w naturalną przestrzeń wsi.

Miasteczko Bełz,
kochany mój Bełz.
W kołysce gdzieś dzieciak zasypia,
a mama tak nuci mu:

Zaśnijże już
i oczka swe zmruż.
Są czarne,
a szkoda, ze nie są niebieskie.
Wołałabym…

zikea-002

Już na wstępie czytamy „co kilka dni dzwonię do niej z jedynej we wsi budki telefonicznej…”. Historie rodzin żydowskich które wyjechały w porę do dalekiej Kostaryki choć wcale nie tam zmierzały. O sekretach rodzinnych, przygodach, odnajdywaniu się po latach, pustce i niekoniecznie zawsze dobrej pamięci o Polsce…

W tekście notki przeplata się tekst piosenki napisany przez Agnieszkę Osiecką, który powstał na melodię Pieśni z Getta. Słowa w oryginale nuci także jeden z bohaterów „Polacos”. Książka wpadła mi w ręce już po napisaniu notki, przypadek? 🙂

 

UNESCO

Pejzaże Romantyzmu

Pakujemy ogromną retro walizkę w kwiaty. Namiot, cztery śpiwory, plandeka i karimaty – są. Stroje kąpielowe i zimowe czapki – odhaczone. Wódka, parówki i chleb. Pierwszy poziom absurdu za nami. Czeka nas wyprawa na Islandię. Wszystko na szybko, połowa rzeczy się nie pomieściła, zgapiliśmy się z wynajęciem auta, bagaż pęka w szwach, ale jakoś to będzie. Jedziemy na lotnisko, poddenerwowani ludzie poubierani w kilka warst na sobie, ciągną się w gigantycznej kolejce. My, równie opatuleni stajemy na końcu kolorów z Decathlonu, uzupełniając szereg o kilka nowych odcieni. Szybciej, no szybciej proszę! Startujemy. Nie powiodło się lądowanie w Keflawiku – zbyt silny wiatr. Wznosimy się w powietrze raz jeszcze. Pilot uspokaja, ale mimo jego zapewnień zdenerwowanie rośnie. Któryś z pasażerów opowiada, że pewnego razu samolot nie wylądował i wrócił do Wrocławia. Szybciej, no szybciej proszę! Uff udało się, jesteśmy!

DSC09326DSC09128

Wieje silny wiatr, jest dość chłodno i dziwnie pusto. Zniknął gwar i pośpiech. Pierwsze co zauważamy, że nikt się tutaj nie pcha, nie biega, nie przekłada w tę i we w tę bagaży. Wszyscy pracują we własnym rytmie, co wydaje nam się bliższe natury. Jeszcze nie możemy się do tego tempa przyzwyczaić. Szybciej, no szybciej proszę – ile można czekać? Jednak czekamy. Czas się leni w swobodzie pracy mieszkańców. Powoli się uspokajamy oddając się panującej harmonii. Wycieczka się rozpoczyna. Cztery dni, nasza czwórka i auto 4×4. Wyjazd pod tym hasłem okaże się podróżą naszego życia.

DSC09470DSC09190DSC09371

Wszystko szumi od wiatru i wodospadów, na każdym kroku coś piękniejszego, nieznanego. Natura rzeźbi krajobraz nie do powtórzenia. Cisza nigdy tak nie była słyszalna jak tutaj. Przestrzeń i my – tak nierealne. Rozbijamy namiot ciemną nocą i nie wiemy do końca gdzie się znajdujemy. Rano naszym oczom ukażą się skaliste zbocza w połowie których unosi się gęsta mgła wyglądająca jak tasiemka. Jej wyrazista biel otacza skały jak wąż i dryfuje w powietrzu. Krajobraz jest dość ciemny i mroczny. W takiej scenerii rodzą się kryminały! Czuję się jak „Wędrowiec” w czarnym płaszczu z obrazu Caspara Dawida Fredrich`a stojąc nad potęgą wodospadu Gulfoss. Jestem w sercu Matki Ziemi otoczona oceanem, lodowcem i wulkanem. Pochłaniam przepotężne pustkowie i wsłuchuję się w szmer dobiegający z oddali. Trochę się boję, ale to miły strach. Oswajamy się z każdym pokonywanym kilometrem. Biegamy po polanach miękiego mchu skacząc radośnie i zanurzając się po kostki w zielonej pierzynie. Trasy off road mają wiele niespodzianek. Dalsza droga jest niebezpieczna więc zostajemy w górach, jutro pokonamy drugą jej część. Skaliste zbocza odsłaniają nam pełną paletę barw. Czy widziałeś kiedyś niebieskie góry? Pokonujemy rzeki, mijamy stada owiec i galopujące konie. Jest życie na tym księżycowym przedpiekle! Islandzka Afrodyta co zrodziła się z fal oceanu ma postać kryształów lodowych wyrzucanych na czarną plażę. Srogość krajobrazu tworzy nowe mity. Tu mieszkają stwory fantazyjne, baśniowe krasnoludy. Mają zbroje wykute w grotach wulkanu. Śpimy pod jednym z nich. Nasze zmysły są wyostrzone do granic. To ostatnia noc tutaj. Nazajutrz pośpiesznie wracamy do domu. Kolejka po bagaż, byle szybciej złapać PKM, odbierać  dzieciaki, wstać do pracy. Szybciej, szybciej proszę! DSC09434DSC09567

Nastojowo: