Sztuka to z dzieciakiem · Warmia Mazury

Obecnie w ruinie

I tylko Mikołaj idący krok w krok za mną rozdziawia te swoje oczy, jeśli tylko oczy można rozdziawiać. I ich lodowaty błękit tak mocno mnie przeszywa, że robi mi się nawet niezręcznie. Nie boi się, ale z wielkim niedowierzaniem i niezrozumieniem patrzy na swoją matkę, jakby chciał powiedzieć: mamo co ty do licha robisz? Tylko widocznie czuje, że to nieodpowiednie zdanie dla tak małego chłopca i nie przerywa milczenia. W ciszy przeciskamy się przez wysokie zarośla, czyli ja i dzieci, bowiem za Mikołajem idzie jeszcze jego młodsza siostra. Wyglądamy jak stado gęsi, zwłaszcza że czasem na wyciągniętej szyi wychyli się któraś blond główka, ale głównie giną cali w zieleni. Idziemy zobaczyć z bliska upadek piękna. Już tylko tego należy się spodziewać po pałacu w Słobitach. Może niezbyt trafna rozrywka dla maluchów więc jakoś staram się dodatkowo ich zachęcić barwną historią pałacu, poza tym nie mają nic przeciwko.

Teraz ja wybałuszam oczy z niedowierzania. Przed nami najwybitniejsza realizacja doby baroku na terenie Prus kruszy się w oczach. I ogarnia mnie takie uczucie jak przy jedzeniu malin czy agrestu. Początkowo zbierając owoce cały się pokujesz, ale myślisz – przecież warto, pokusa jest silna. Potem cieszysz się ich smakiem choć sama myśl o owocach była wyraźniejsza i przyjemniejsza niż one same. Więc stoimy przed pałacem, obchodzimy go wokół i okazuje się, że jest to widok daleki od tego jakim chcieliśmy go zobaczyć. Czar wspaniałości towarzyszący temu miejscu prysł. A jaki był niegdyś pałac? Przede wszystkim wielkim założeniem pałacowo-parkowym. Majątek należał do rodziny zu Dohna co już mówi samo za siebie. Achacy – syn Piotra przeniósł się z Morąga do Słobit gdzie wybudowano dla nich Nowy Dom. Jego syn Abraham po zdobyciu wyksztalcenia w kilku ośrodkach europejskich wznosi pierwszy pałac w Słobitach w latach 20. XVII wieku zatrudniając przy tym zagranicznych architektów. Stylistyka pałacu nawiazywala do architektury niderlandzkiej. Renesansowe szczyty, plan na kształt spłaszczonej litery H. Ale to co najpiękniejsze miało nadejść nieco później.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAdwory-001

Dzisiejsza Warmia, Mazury to przede wszystkim zamki krzyżackie i biskupie, dawne kościoły ewangelickie, pałace i dwory z niegdyś rozbudowanymi założeniami parkowymi. Magiczne szpalery drzew, aleje i szlaki konne. Sprowadzani tu zagraniczni architekci dawali wyraz wielkiej klasy. Z analizy planów pałacowo – dworskich dawnych Prus Wschodnich można wyróżnić kilka typów założeń. Słobity, Drogosze, Gładysze należące do rodu zu Dohna jak i inne siedziby o wielkim obszarze zdradzają cechy charakterystyczne dla założeń rezydencjonalnych XVIII wieku. Pałac był usytuowany miedzy dziedzińcem a ogrodem przy czym kompleks gospodarczy daleko odsunięty od zespołu. Park i architektura parkowa była tworzona z zamysłem artystycznym. Przy założeniu posiadającym mniejszą ilość obszaru ale wciąż zdradzającym cechy dużych założeń reprezentacyjnych jest typ z dworem wewnątrz parku z wyłącznie którym był związany. Budynki gospodarcze pozostają wciąż oddalone. Jednak najliczniejszy typ założeń dla średniej wielkości obszaru to typ gdzie siedziba została ustawiona między parkiem a zabudowaniami gospodarczymi. Charakterystyczna dla tego układu jest elewacja frontowa zwrócona w kierunku podwórza gospodarczego oddzielona od niego tylko zielenią. Strefa gospodarcza jest tu silnie zaakcentowana. Rozległy park położony z drugiej strony, często związany był z wodą typu staw, rzeka. Zupełnie odrębnym typem są założenia położone nad jeziorem, których układ zależny był od topografii terenu. Co charakterystyczne dla tych założeń to park otaczający jezioro, a rezydencja usytuowana była na wzgórzu blisko wody z otwarciem widokowym w stronę jeziora.

rodzaje planów


Aleksander zu Dohna poświecił się w całości rozbudowie pałacu przekształcając go w reprezentacyjną rezydencje położoną między dziedzińcem i ogrodem. Pałac wkomponowany w rozlegle architektoniczno-krajobrazowe założenie obmyślił francuski architekt Jean Baptista Broebes. Jego projekt dodatkowo przedłużał istniejący pałac galeriami do których dostawiono prostopadłe skrzydła. Ogród w stylu francuskim roztaczał się po południowej stronie. Kamienny most nad prostokątnymi stawami ustawiono na osi fasady. Słobity należały do tzw. pałaców królewskich gdzie monarchowie zatrzymywali się w podroży oddając się odpoczynkowi i zabawie. Pałac posiadał salę balową a także wspaniałe kolekcje dzieł sztuki. W wyniku działań wojennych w 1945 pałac został spalony, obecnie w ruinie. Ostały się pomnikowe lipy sadzone w 1625 roku i resztki pokaźnej kolekcji,  w tym 4 obrazy i trzy cynowe posążki.

o gościach Słobit w tym Wojciechu Kossaku, pięknej Luizie można poczytać w artykule:

https://www.glospasleka.pl/artykuly/na-tropie-skarbow-ksiazat-zu-dohna-w-slo,a,16387.html

SAMSUNG DIGITAL CAMERASAMSUNG DIGITAL CAMERA

Pan, który wskazał nam drogę co  dokładnie oznacza dziurę w płocie i uprzejmie znalazł w zaroślach ślad po dawnej ścieżce, opowiadał że jeszcze jak był małym chłopcem to widać było założenia ogrodowe, stare alejki. – Ale już nic nie ma, rozebrali pozabierali. Jeszcze jak pałac stał, bo teraz to same cegły – opowiada dalej –  to mieszkała tu w Słobitach starsza pani i ona oprowadzała wszystkich. To przyjeżdżali tu do nas i się patrzyli. Teraz nie ma na co się patrzeć droga pani – zakończył. No to spóźniłam się o jakieś 70 lat. Rzeczywiście wielkie nic. Głucha cisza i pustka po kartuszu herbowym. Za fatygę wskazania drogi życzy sobie zapłaty, co okazuje się w dobie kart dla mnie zbyt wiele. Przetrzepuję portfel i torebkę, do licha żadnej gotówki? Wygrzebuję z kieszeni Mikołaja jakieś monety które miał odłożone na lody. Wręczam panu mniej niż równowartość czterech złotych zapewniając o mojej dozgonnej wdzięczności i życzę miłego dnia. Mikołaj tylko kręci oczami, nie wiem czy na myśl o potencjalnej stracie ulubionego deseru czy moich pokracznych formach wdzięczności i niskiej zapłacie. Potem mu powiem, że to było konieczne a lody z pewnością zjemy w Ornecie.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

 

Niedaleko znajduje się również zabytkowa stacja kolejowa Słobity, którą na szybko udało nam się wcześniej obejrzeć. Następnie kierujemy się w stronę Ornety zatrzymując w Gładyszach. Tam chcieliśmy zobaczyć pałac, ale akurat trwały przy nim prace remontowe otoczone wysokim płotem. Jedynie co udało nam się uwietrznić to tablice informacyjne i dzisiejszy dom mieszkalny z przeuroczą wieżyczką.

Pałac w Gładyszach także był siedzibą rodową rodziny zu Dohna, którą odziedziczył Christoph – brat Aleksandra. Początkowo będący tam dwór nie spełniał wymogów i właściciel pozostawał na stałe w Morągu. Okoliczności, które sprawiły że zmuszony był do zamieszkania Gładysz sprawiły, że do projektu przebudowy zatrudnił francuskiego architekta Jeana de Bodt. Co ciekawe pracował on przy realizacji Poczdamu. Ukończony pałac świecił przykładem baroku holenderskiego, wyróżniając się detalem architektonicznym i harmonijnym przenikaniem zabudowań z krajobrazem. Malowniczo otoczony sześcioma stawami był piękną rezydencją o wyjątkowej aurze. Następny właściciel Carl Florus zu Dohna zadbał o rokokową sztukaterie i poszerzył koncepcję ogrodu między innymi o chińską herbaciarnię. W okresie letnim w oranżerii chodowano drzewka cytrusowe i jadano posiłki. Robiono tu słynną marmoladę pomarańczową, która kusiła swym smakiem.

Pałac przetrwał wojnę. Zajął go ogień w 1986 roku, dziś w remoncie.

ORNETA: link do wpisu

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

 

*dawne zdjęcia pałaców i stacji pochodzą z portalu: https://polska.fotopolska.eu/

* informacje o pałacach z nieocenionej książki:

20190614_174127

 

 

Muzeum Otwarte · Sztuka to z dzieciakiem

Kotyliony i binokle

W spiekocie słońca o smaku słonego masła orzechowego, na wyspie Long Island zaczęła się nasza przygoda w Ameryce. Znaleźliśmy się w czasach przed wojną secesyjną, gdzie farmerzy wyczesują wielkimi grabiami swój skrawek ziemi. Kobiety pieką aromatyczne placki z owocami, przekładając przy tym jabłka z zasłyszanymi nowinkami. Ubrane w drewniane domy miasteczko sprawia urocze wrażenie. Toczy się leniwie czas jak beczka soli opróżniona po sąsiedzku. Z szerokim uśmiechem na ustach witają nas muzealni aktorzy. Wszystko wokół wygląda jak z filmów, które każdy z nas oglądał. Oto Nowy Świat z przełomu XVIII i XIX wieku. Jesteśmy w open air museum w Old Bethpage Village Restoration.  

skansen-001skansen ny blog-001

Kolonialne domy kryte poziomo deskami lub gontem mają wiele odcieni. Brudne róże i czerwienie mieszają się z wyblakłą kukurydzianą żółcią. Szaro-bure drewno wydaje się być w tym upale świetlistą bielą. Mijamy domy wzorowane na stylu pierwszych emigrantów. Mają kształt drewnianych solniczek, z kominem w centralnej części. Nazywane od swojej formy saltbox houses wyróżniają się niską po jednej stronie linią dachową, co wygląda tak jakby dach przyklęknął na jedno kolano. Za okiennicami skrywają się tajemnice rodzinne urządzone w ciemnym drewnie i portrety ojca narodu. Z Holandii przywieziono modę na drzwi o dwóch skrzydłach. Otwiera się na oścież gabinet lekarski do którego prowadzi drewniana weranda z ustawionym na niej fotelem bujanym. Spokojnie kołyszą się kotyliony i flagi gdzie znajdują się dodatkowe atrakcje. Upał zagania nas do zobaczenia ich wszystkich. Skromnie płynie życie w maleńkim domku rybaka, chwiejące się na słonych wodach i lądzie. Wszystko jest tu zależne od przypływów dobrych wrażeń gości skansenu.

37124609_10215953235399650_4222985752947982336_n37082448_10215953208038966_8884701423044919296_n

W domu połączonym ze sklepem można dostać kolorowe łakocie o korzennych i owocowych smakach. Pod szklaną ladą zachwycają kolorowe pudełka z zapałkami, strugane koniki w drewnie i oryginalne karty do gry. Jednak prawdziwe dyskusje rozgrywają się w sklepie obok. Luyster Store to niewielki sklep z około 1850 roku. Wnętrze ginie w ciemni, słońce oświetla jedynie kontury panującego tu nieładu. Powoli nasz wzrok się przyzwyczaja i słuchamy historii sklepikarza, który jak każdy tutaj mówi przy drzwiach otwartych, głośno i śmiało. Właściciel ma krępą posturę i niewielkie binokle na nosie, które co rusz mu się przekrzywiają. Widać źle znosi upały gdyż nerwowo wyciera co chwilę chusteczką mokre czoło. Otwiera swój sklep tylko raz na jakiś czas, nim uda się ponownie w świat. Zbiera przedtem zamówienia i towary na wymianę. Ze swojej podróży przywozi nowe produkty i wieści ze świata. Nie ma jeszcze pieniędzy w obiegu, z ręki do ręki następuje wymiana. Uścisk dłoni potwierdza umowę. Niedługo zaprzęgnie swój wóz i ruszy w świat pozostawiając po sobie tumany kurzu i wyczekiwanie. Miesza nam się rzeczywistość ze scenerią.

skansen37095853_10215953203078842_4621212724041351168_n

Tutaj dżentelmeni noszą eleganckie kapelusze i załatwiają sprawy w dymie cygara. W maleńkim Hat Shop poznaliśmy technikę wykonywania eleganckich nakryć głowy i elementy stroju męskiego za które trzeba było słono zapłacić. Jak z cylindra wyskakuje kolejna atrakcja. W domu po przeciwnej stronie młoda dziewczyna tka wyśpiewując przy tym miłe dla ucha melodie. Jej sprawne palce wyrabiają tkaninę przeplataną wieloma kolorami, w przerwie wyczesuje i barwi bawełnę. Ma także pięknie zaplecione warkocze wokół głowy. Idziemy na farmę, gdzie przeganiamy gąski i podsłuchujemy rozmowy dziewcząt ubranych w stroje z epoki.  Chowają roześmiane twarze pod białymi czepkami a ich letnie rozkloszowane u dołu suknie sprawiają wrażenie dość ciężkich jak na ten upał. Ciężko się już także oddycha, powietrze staje się jak z ołowiu. Łapiemy trochę cienia i patrzymy jak białe pióra gąsek stworzyły niby ukwieconą łąkę. Opuszczając Powell Farm mamy połowę trasy za sobą. Trwają warsztaty dla dzieci, które śmieją się wesoło poganiając koło patykiem. Urocze dziewczynki uczą się tańczyć i haftować. O dawnych zwyczajach dokształca nas surowy nauczyciel w budynku szkoły. Zasiadamy w ławkach i słuchamy opowieści o uczniach będących solą w oku nauczyciela i sposobie nauczania. Wierzono, że dobra chłosta z gałązek brzozy doskonale przyśpiesza nauczanie i łagodzi nazbyt energiczne zachowanie.

37098451_10215953210319023_6902451166991351808_nskansen ny blog

W barze zwanym saloon można zamówić napoje które tylko na chwilę gaszą pragnienie. Na jego piętrze znajduje klub, gdzie wieczorem po przesunięciu ławek rozpoczynają się tańce i serwują piwo brzozowe. Na zabawie wesoło przygrywa lokalny muzyk wygrywając skoczne melodie. Trochę czasu jeszcze upłynie zanim poczują bluesa. Jego gra jest jednak do tańca i różańca. Nazajutrz w niedzielę wszyscy stawią się pięknie ubrani w białym kościele. Z książeczki do nabożeństw wyrecytują kolejne wersety i przyklękną w pokorze na jedno kolano. Do Abrahama na piwo odeszli już dawno mieszkańcy cmentarza położonego na skraju muzeum. My ruszamy na kolejną przygodę tym razem w magicznych Appalachach.

skansen ny blog-00237095113_10215953195758659_8328672401399218176_n

  • W 1963 r. kościół metodystyczny Manetto Hill był pierwszą budowlą, która została zachowana i przeniesiona do skansenu. Obecnie istnieje 51 zabytkowych budynków i siedem rekonstrukcji, teren obejmuje 209 akrów. Budynki są wybierane w oparciu o ich detal architektoniczny i znaczenie historyczne. 

37148068_10215953195358649_1123832223686983680_n

Sztuk kilka · Warmia Mazury

Dwory i Pałace Dawnych Prus Wschodnich (2.): Jedźmy, wracajmy

Przy każdym kroku z podmokłej ziemi jak z nasiąkniętej gąbki sączy się woda. Staram się ominąć wysokie zarośla i jak najbliżej podejść do opuszczonego budynku stacji kolejowej w Drogoszach. Zawsze jest mi szkoda tych niewielkich stacyjek, które popadają w ruinę. Kiedyś musiało być tu gwarno, pociągi przychodziły i odchodziły, ktoś na kogoś czekał. Moi dziadkowie mieli w zwyczaju podporządkowywać się rozkładom jazdy pociągów do tego stopnia, że na pytanie o której przyjdzie babcia, dziadek odpowiadał: będzie z tym o 17:15 albo mówić: pojechał Ełk, zaraz pogoda. Oglądanie prognozy pogody było czymś niezwykle ważnym choć nigdy nie byłam w stanie pojąć dlaczego. Kamienica dziadków stoi tak blisko torów kolejowych, że przy każdym przejeździe pociągu trzęsły się ustawione na białej serwecie filiżanki w kredensie. Wydawały przy tym niezwykły dźwięk przez który bałam się zostawać sama w mieszkaniu. W tym czasie wierzyłam w  duchy, a one miały najwyraźniej odgłos wysokich tonów obijanej się o siebie porcelany, uroczo malowanej w różane wzory. Potem zdjęto częste połączenia i duchy odeszły. Wracam do auta i jadę do Jegławek. W radiu nadają komunikat, że długotrwała i silna ulewa zalewa Gdańsk. Potoki zamiast ulic – mówią, Gdańsk tonie a ja mam szczęście być tu i teraz. Parkuję przed bramą dawnego majątku rodziny Siegfried.

Prawdziwa historia tego miejsca sięga głęboko pod ziemią, w dwupiętrowych piwnicach pałacu o krzyżowych i kolebkowych sklepieniach. Na krzyżackich podwalinach wybudowano neogotycki pałac porośnięty dzikim winem. Przeplata się tutaj  i plącze wiele historii. W zalanych wodą piwnicach po części spełniały się marzenia Marka będące ułudą wymarzonej podróży do Wenecji. Bardzo chciałam tu przyjechać, poczuć  liryczny i senny nastrój końca lata jaki przedstawiono w filmie. Chciałam by oplotły mnie ulubione historie Odojewskiego i zapachy dzieciństwa. Przed oczami mam jednak tylko zwidy i widziadła: zatopioną tekturową Wenecję, gondoliera rozpoczynającego karnawał, odcisk ust matki na kawałku rozbitej szklanki, cyrk SARASSINI i dziecięcą tęsknotę zamkniętą w blaszanym pudełeczku. Nic nie pasuje do dzisiejszego  wyglądu pałacu. Nie ma śladu po zapachu zbutwiałych piwnic i gry świateł na wodzie. To się tutaj nie wydarzyło, sama iluzja-scenariusz a to miejsce ma własną poetykę w dodatku gęsto usianą liliami wodnymi. Ciekawy architektonicznie obiekt z dwiema wieżami, oknami zamkniętymi łukiem Tudorów i ryzalitami wcale mi się nie podoba. Przyglądam mu się ciut zawiedziona. Może te blanki straciły swoją dostojność i wyglądają jak ze snu cukiernika? Może gdy powracano do oryginalnej bieli tynków wybielono obiekt z wszelkich historii tego miejsca? Nie mogę oderwać wzroku od dachówek tak nazbyt nowych i jednolitych. Stała tu niegdyś drewniana ażurowa weranda, serce majątku. Deszcz zmywa ostatnie kadry z pamięci. Za jakiś czas pałac obroście od północy mchem, wiatr przyniesie kurz i pył który na nim osiądzie. Przyjadę może ponownie i poszukam innej, prawdziwej historii tego miejsca. Skrywa się ona gdzieś głęboko pod ziemią, w starych piwnicach ze studnią i w pałacu porośniętym dzikim winem.

20180906_155017

Dziesięć minut drogi dalej, w Skandławkach jest kolejna posiadłości rodziny Siegfried. To dwór w którym zakochujesz się od razu! Jego idealnie dobrane proporcje późnoklasycystycznej architektury sugerują wyjątkowy gust i smak. Parterowy dwór o dwóch kondygnacjach w bocznych ryzalitach, interesujących detalach architektonicznych, do tego na osi od frontu ustawiono czterofilarowy portyk! Gdy podjeżdżam bliżej zaczyna szczekać pies mieszkańców niskiego domu i na próg wychodzi mężczyzna nakazany głośnym krzykiem kobiety sprawdzić kto przyjechał. Jestem pewna, że jest to nie lada wydarzenie na tym odludziu, zwłaszcza tak nudnej i deszczowej niedzieli jak ta. Turist – mówi ze wschodnim akcentem. A turist już przedziera się przez wysokie trawy i znika im z pola widzenia. Chciałabym móc zobaczyć ten dwór w czasach jego świetności. Jest pewna nastrojowość tego miejsca, coś wisi w powietrzu. Wiatr gwiżdże przez wyszczerbione szyby, czy to duchy Gertrudy i Joachima? Może właśnie kosztują herbatę z pięknych filiżanek? Wyważony w proporcjach, z werandą na tyle dwór wygląda dostojnie. Potem doczytam, że wybudowany został na planach sławnego niemieckiego architekta, to widać. Wracam po obejściu budynku mokra i obczepiona ostami od stóp po same włosy. Zdejmuję z siebie kujące rośliny  i przypomina mi się zabawa z dzieciństwa jak obrzucaliśmy się nimi nazywając je psimi rzepami. Teraz myślę, że była to wyjątkowo okrutna zabawa i wsiadam jeszcze w kolcach do auta. Pies szczeka na pożegnanie ale tym razem już nikt nie wyszedł. Ruszam do kolejnego majątku rodziny Siegfried oddalonego o pięć minut drogi stąd, do Kolkiejm.

Dawne założenie dworsko-parkowe jest w opłakanym stanie. Nic ponad piękny fragment mansardowego dachu i przerażającego pustkowia. Oblatuje mnie strach, jestem blisko granicy i żywej duszy tu nie ma. Jest zawsze coś niepokojącego w tych stronach, jakby nigdy i żadne marzenie miało się tu nie spełnić na prawdę, zwłaszcza w taki pochmurny dzień. W starej kamienicy położonej blisko torów czeka na mnie babcia z niedzielnym obiadem i prognozą pogody podaną z ciśnieniem, kierunkiem i prędkością wiatru. Gdańsk zamienił się w Wenecję – mówi zdziwiona…

SAMSUNG DIGITAL CAMERASAMSUNG DIGITAL CAMERASAMSUNG DIGITAL CAMERASAMSUNG DIGITAL CAMERA

*Film w reżyserii Jana Jakuba Kolskiego oparty na opowiadaniu „Sezon w Wenecji”, autorstwa Włodzimierza Odojewskiego nagrywano m.in. w pałacu w Jegławkach

„Tyle lat minęło. Zjeździł pół świata. Tyle krajów, tyle miast, tyle przeróżnych widoków. Ale nigdy nie był naprawdę w Wenecji, choć wielokrotnie w pobliżu. Nie żeby go nie ciągnęła albo nie budziła ciekawości. Może tylko gdzieś w głębi duszy bał się trochę. Nie, nie bardzo wiedział czego. Wiedział natomiast, że czeka go tam gondola wcale nie podobna do ich olbrzymich balii z piwnicy ciotki Weroniki. Więc nie chciał”.

kolkiejmy

Sztuka to z dzieciakiem

Brulion wspomnień

Rozpoczęło się liceum, my pierwszoklasiści staliśmy wężykiem do sekretariatu. W małym korytarzu unosił się zapach olejków do opalania i świeżych koszul. Po prostu nie mogłam  się na nią napatrzeć, wyglądała jak bohaterka z ostatnio przeczytanej książki. Tak sobie ją wyobrażałam. Poruszaliśmy się nieznacznie do przodu, osoba za osobą. Stała kilkanaście kroków przede mną i widziałam ją dopóki szyk nie wymknął się z ładu. Czas się dłuży i nuży w otoczeniu obcych twarzy. Po chwili znów ją widzę i patrzę się na nią co raz już bardziej zaciekawiona. Studiuję jej profil, kolor włosów i gesty. Dziewczyna unika moich spojrzeń i prostuje się odruchowo. Robi mi się nawet głupio, ale nie mogę się powstrzymać. To musi być ona, Beata Bitner z książki Musierowiczowej! – Cześć, jestem Beata – zwraca się tak po prostu bohaterka po przydzieleniu nas do jednej klasy. Świat mi zawirował: BEATA??!! – krzyczę i słyszę ten niestosowny piskliwy dźwięk, który wydobywa się samowolnie z moich ust i tworzy aromat niezręcznej chwili między nami. Pokochałam ją od pierwszego momentu, miłością na trzy lata w jednej ławce, na każdy przedmiot bycia razem i chwile poza murami szkoły. Może to za sprawą „Brulionu Bebe B.”, a może tak po prostu się lubimy. Z falbaniastych spódnic, repertuaru Myslovitz i wcale niewykwintnego wina, które ubywało za starymi murami kamienic wyrosła nasza przyjaźń.

– Beata! – znów krzyczę po latach, ale będziemy miały tu pięknie! Moja towarzyszka, świeżo upieczona matka znosi właśnie wszystkie leżaczki-bujaczki, stosy pampersów i wszelkie urządzenia dzisiejszych niemowląt.  Jej syn gaworzy na potwierdzenie, gdy moje dzieci otoczyły go jak dwa sępy. Pięknie w tych Dębkach, na naszych babskich wczasach! Jest wyjątkowo ciepła połowa września,  miesiąca wrzosów a tu w Dębkach dodatkowo miejsca pamięci profesora Wrzoska. Jest po prostu wspaniale.

P1050133

Nieoceniony klimat po sezonie daje się odczuć na każdym kroku. Pustka, kojąca cisza i ten zapach igliwia. Z miasteczka wszyscy wyjeżdżają, słychać ostatnie postukiwania narzędzi przy zamykanych kramach i bzyczenie os, które garną się do naszych lukrowanych jagodzianek. Nikogo więcej nie ma. Kto nie mieszkał nad morzem ten nie zrozumie widoku zdziwionego dmuchanego krokodyla w sezonie, który zatopiony pod pachą Wczasowicza chce wydać ostatnie tchnienie. Mówią o tym jego szeroko otwarte i mocno wymalowane oczy. Właściciel popularnej zabawki w tych stronach (rzecz jasna dostępnej także w innych wariantach) z racji przebywania w mieście nadmorskim hasa w skąpym przyodzieniu jeszcze daleko poza plażą, wycierając z czoła kropelki potu i  ostatnie krokodyle łzy. Już dawno przestał przejmować się, że w lustrze nie dostrzega dawnego atlety. Jego zręczność i wytrzymałość przełożyły się na łapanie dzieci w locie i pokłady ojcowskiej cierpliwości. Ojciec Wczasowicz przybiera na wakacjach postawę herosa i w geście polskiej gościnności zaprasza całą rodzinę na gofry. Rozpływa się gotówka jak bita śmietana w upale z zaklętymi owocami w żelfixie.  I nas mieszkańców zazdrość zżera nie tylko na myśl o  wakacyjnych, słodkich przyjemnościach. Chodzimy latem do pracy ubrani w stroje spod hasła dress code i savoir-vivre, przedzieramy się przez tłum jako zwykli śmiertelnicy w nadziei, że dziś się nie spóźnimy. Rozpoczynamy sezonową walkę, gdy w tym czasie turyści zaczynają kosztować nadmorskiej ambrozji w postaci piwa podawanego z sokiem malinowym. Dlatego po sezonie jest zdecydowanie najlepiej. Wszyscy są spokojniejsi, zrelaksowani. Biel piasku i błękit wody łagodnie pieści zmysły, pochyłe od wiatru drzewa kłaniają się na dzień dobry. Nic nie mąci surowego nadmorskiego krajobrazu. Delikatnie oblizuję usta sprawdzając czy mają już słony posmak. Lodowata woda rzeki tworzy malowniczą tasiemkę wpadającą do morza. Nie mamy ochoty iść do kolejnego przejścia wiec przechodzimy ją boso. Woda w jednym miejscu sięga zaledwie do kolan.

P1050137debki blogNa początku było tu tak jakby sezon zupełnie miał nie nadejść. Stało tylko kilka chat polskich – kaszubskich i ze trzy niemieckie. Rzeka Piaśnica, wyznaczała granicę państw, miejsce zapomniane i obce. Dziś jeszcze przypomina o niej zrekonstruowany  kamień wersalski ustawiony zaraz za malowniczym mostkiem. Gdy profesor Wrzosek przybył do Dębek musiał przeżyć iście prawdziwy zachwyt, który zaczyna się małym niepokojem gdzieś w głowie, przechodzi lekko w kołatanie serca i swędzenie w koniuszkach palców. To  tu w Dębkach znajdowała się północno-zachodnia granica, gdzie przybywano po symbolicznych zaślubinach Polski z morzem. Wyprawa na sam kraniec kraju ma w sobie coś romantycznego. Wyobrażałam go sobie będąc w Dębkach wiele razy, zazwyczaj oddającego się talasoterapii w pasiastym kostiumie z epoki. Zakręcał od czasu do czasu w zadumie wąsa stojąc nad brzegiem morza, wsłuchiwał się w szum fal, by potem wrócić do swoich naukowych obowiązków. W niedzielne popołudnie jadał słodki poczęstunek udekorowany malinowym bukietem zerwanym prosto z ogrodu pana Grena, którego dom wraz z rodziną zamieszkiwał aż do połowy września.

20180917_143124

Nasza połowa września okazała się nad wyraz piękna i chyba nikt się tego do końca nie spodziewał. Tu przy Piaśnicy, której wody nas nieustannie zachwycały  mieszkał niegdyś rybak Jan Gren, którego niesforna rzeczka skłoniła do sprzedaży ziem i wyprowadzenia się w głąb lądu. Profesor Wrzosek wykupując od niego gospodarstwo dał początek nowej epoce. Rozpoczęło się w Dębkach modne letnisko. Zbliżał się właśnie maj, rok 1922, gdy nadmorską wioskę zaczęli zamieszkiwać kolejni letnicy, głównie towarzystwo lekarskie z Poznania. Stawiali domki letniskowe i wille. Bronisław Niklewski znany fizjolog roślin  wykupił dom pod strzechą i prowadził obserwacje nad fotosyntezą Mikołajka nadmorskiego wdychając przy tym nieskażone niczym powietrze. Państwo Wrzosek założyli w salonie muzeum etnograficzne zbiorów kaszubskich, które z czasem doczekało się nawet własnej siedziby w postaci chaty kaszubskiej. Był to największy na tamte czasy zbór eksponatów. Dziś Dworek państwa Wrzosków stoi odnowiony a dawne kolekcje rozproszyły się wraz z widmem minionych czasów. Na parceli obsadzonej przez profesora drzewami powiewają już tylko przypieczętowane pinezkami strzępy ogłoszeń wynajmu. Kołyszą się niedbale w takt nadmorskiej bryzy wakacyjne oferty kupna i sprzedaży rzeczy wszelakich. Na marne szukać także domku pana Iwaszkiewicza czy pani Hinzowej. Murowana willa Otomańskich zniknęła w skutek wojennych czarów. Zburzono domy, jeden po drugim. Willa Wrzosków została ogołocona z drzwi, okien, futryn, podłóg i pieców. „Daj Boże, aby Dębki wróciły rychło do swego przedwojennego kwitnącego stanu!” – pisał profesor w grudniu 1957 roku.

drogosze120180917_135109

Potrzebę odprawiania mszy w Dębkach jeszcze przed wojną jako pierwsza poruszyła żona prof. Wrzoska. Oddając stodołę na miejsce spotkań, zorganizowała tymczasową kaplicę czynną w sezonie letnim przy współpracy XX. Zmartwychwstańców. Dopiero w 1935 roku powstał w Dębkach piękny kościółek z drzewa modrzewiowego, którego  wystrój zaaranżowali kaszubscy rzeźbiarze. W tym czasie państwo Wrzosek przebudowują także swój dom. Chata rybaka jak za sprawą złotej rybki zmienia się w uroczy dworek. Dawna posiadłość profesora  i kaplica stoją niemalże obok siebie. Niestety dzisiejsze oblicze drewnianej fasady kościoła burzą banery reklamujące wiarę, ukoronowane wielką tarczą plastikowego zegara. Niemniej jednak jest to piękna architektura na planie litery „T” i z podcieniem, którą ktoś potraktował z wielkim nietaktem. Na szczęście Mikołaj zażyczył sobie by coś już zjeść i odgonił mnie od nieestetycznych myśli. Przypomina mi się jeszcze historia zaginionej gipsowej figury Matki Boskiej Morskiej, która miała się tu znajdować. Rzeźba wzbudzała zgorszenie przez delikatne i zwiewne odzienie madonny, oplatające przy tym jej kobiece kształty. Jedno przychodzi na myśl – Afrodyta wychodząca z piany morskiej.

20180918_154729debki blog-001

Padło na rosół, nie ma co ryzykować z wykwintnym podniebieniem mego syna. Rosół to rosół, receptura ta sama od pokoleń i nic nas nie zaskoczy. A jednak Mikołaj pyta patrząc mi w oczy:  mamo co to jest? Pytanie proste, odpowiedź zupa. Nachylam się jednak badawczo nad obiadem. Wkładam łyżkę, mieszam, nabieram zupy i znów wlewam do środka przybierając przy tym minę prawdziwego eksperta. Spektakl zakończony, diagnoza zapadła – to nie jest rosół! Mikołaj zgodnie kiwa głową. Uznałam, że to pomyłka. Zupa jak to się okazało później nazywała się „po sezonie”. Kolor brunatny, ciecz oleista w miarę gęsta, dosolona. Zanim jednak dowiedziałam się co zamówiłam, panie z restauracji zrobiły wielkie oczy dmuchanego krokodyla i dam wiarę, że zastygły bez ruchu. Zegar na kaplicy tyka a tu jakby czas się zatrzymał. Jedna z pań ułożyła nawet usta w dziubek jakby chciała coś powiedzieć ale nic nie mówi, ja też. Cisza po sezonie. Patrzy  się na mnie i widzę jak upodabnia się do ryby namalowanej na obszernym menu. Po chwili mówi, że już właściwie jak wiadomo jest po sezonie. Odstawiam miseczkę i na pocieszenie kupujemy sobie lody, w końcu jesteśmy na wakacjach! Mikołaj jest przeszczęśliwy.

debki blog-002

Kiedyś Dębki zamieszkiwał Józef Kur, dozorca wydm. Pilnował piasku i miał oko na wszystko. Ruchome wydmy znają wiele tajemnic, kryją też skarb skradziony z angielskiego statku. Na wydmach porasta także mikołajek nadmorski, który leczy schorzenia a zakochanym letnikom służy jako afrodyzjak. Stał się też inspiracją do haftu kaszubskiego. Mój Mikołajek w sezonie letnim także zwany dzieckiem nadmorskim buduje zamki z piasku i sprawdza smaki z ostatniej czynnej budki z lodami. Chodzimy po leśnych ścieżkach, zbieramy maliny i odkrywamy zakamarki tego niezwykłego miejsca. Za płotem w gąszczu traw i drzew rysuje się chata rybaka. Dalej jest cicho i pusto. Z wieży widokowej czynnej w sezonie, a po sezonie tylko w wyznaczone dni można obejrzeć panoramę morza. Na plaży przy wejściu oznaczonym „19” zaraz za Rybaczówką stoją żółte, niektóre finezyjnie malowane łodzie rybaków. Opowiadam dzieciom historię rozbitego statku, którego wrak znaleziono tuż obok ujścia Piaśnicy. Angielski żaglowiec, który wyglądał jak ten na którym James Cook opłynął świat wracał ze Sztokholmu. Zerwał się wiatr północno zachodni i silny sztorm zatopił statek wypełniony ładunkami żelaza. Legendy o nim snuli od dawien dawna miejscowi rybacy, których historie przyczyniły się do znalezienia wraku. Żaglowiec General Carleton zatonął we wrześniu 1785 roku.

Jest wyjątkowo ciepła połowa września 2018 roku,  miesiąc kwitnięcia wrzosów.

P1050182P1050172

  • W roku 1995 rozpoczęto badania nad wrakiem zlecone przez Centralne Muzeum Morskie w Gdańsku. W muzeum możemy podziwiać eksponaty wydobyte z wraku statku. Mój ulubiony – kubeczek fajansowy został jak i inne eksponaty oznaczony symbolem W-32. Pięknie zdigitalizowane można obejrzeć na stronie: 

https://kolekcje.nmm.pl/Home/SimpleSearch

Desktop1

 

 

  • Przekrój, nr 3 (3558)/ 17 LATO 2017
  • B. Nikliński założył w 1959 roku rezerwat przyrody „Piaśnickie łąki”
  • Historia profesora Wrzoska i Dębek została opisana na podstawie pamiętników m.in. „Kartka z historii Dębków”, „Wyciąg z Księgi Pamiątkowej XX. Zmartwychwstańców w Dębkach”, „Pamiętnik Adama Wrzoska (1875-1965) i własnych wspomnień z wakacji.
  • Polecamy domki Nemo i Fajne Miejsce, zwłaszcza po sezonie 🙂
  • z Dębek już bardzo blisko do muzeum otwartego Zagroda Gburska i Rybacka / Nadole

https://kierunekzwiedzania.blog/2018/10/09/sledzie-po-kaszubsku-i-atomy/

Muzeum Otwarte · Na Szlaku · Sztuka to z dzieciakiem · Uncategorized

Śledzie po kaszubsku i atomy

Byliście kiedyś w niewielkim muzeum otwartym w Nadolu? Ten maleńki skrawek oddziału Muzeum Ziemi Puckiej skrywa w sobie wiele tajemnic. Rozległe wody jeziora Żarnowieckiego kołyszą zacumowane łodzie a wrześniowa cisza podpowiada, że już po sezonie. Wytężcie jednak wzrok, tam po drugiej stronie jeziora była wieś. Wieś była i wsi nie ma, ot co. Mężczyźni spakowali rodzinny dobytek, kobiety powybierały co lepsze pościele z haftem kaszubskim i wszyscy jak jeden mąż opuścili jedno z najstarszych miejsc osadnictwa na Pomorzu. Rozpoczęła się w Kartoszynie budowa Elektrowni Jądrowej.

blogblog-001

 Wieś była – wsi nie ma, elektrowni zresztą też a ogromne jezioro stoi jak stało. Spokojny rytm szuwar trzcinowych można zauważyć już z zagrody rybackiej. Mieszkańcy wsi z trzciny jeziornej pletli sobie dach nad głową. Sama architektura domów szachulcowych ostro odcina się od jesiennego krajobrazu.  Powstawały z gliny i siana co czyniło je lekkimi tak, że nie zapadły się na podmokłym terenie. Słupy ustawiano w kratkę i malowano czarnym jak noc dziegciem. Przestrzeń między nimi tynkowano, pokrywano białą farbą i powstawała szachownica. Cudo, prawda? Nie mylcie jej z murem pruskim, który wypełniano cegłami.

20180919_153340

W ten sam sposób zrobiono chatę gburską, którą wykupiono od rodziny Rutzów. Drewniana figura Chrystusa Frasobliwego znajduje się przed jej wejściem. To typowe przedstawienie w polskiej kulturze ludowej powstało już w XIV wieku. Zamyślony Chrystus wspierający swą głowę na dłoni najczęściej przedstawiany jest w formie rzeźbiarskiej. Smutne oblicze niosące znaki męki pańskiej urozmaicano koroną cierniową, perizonium, czaszką Adama pod stopą lub berłem czy trzciną w dłoni. 

20180919_153634blog-003

Cichutko w skansenie w Nadolu. Jabłonka kłania się w pas od owocnego urodzaju, gołębnik wyścielił się puchem z piór. Pokryła się śnieżną pierzyną wystawa zabaw zimowych w stodole.  Opuszczone ule i piec chlebowy mówią, że toczyło się tu życie w spokoju i dostatku. Makatka przytacza przysłowia o dobroci i wdzięczności, a na haftowanej serwecie w żółto-niebieskie kwiaty zastawiano półmisek śledzi po kaszubsku. Przypłynęły ostatnim statkiem pasażerskim kończące się ciepłe dni września.

blogblog-002

*Oddział Muzeum Ziemi Puckiej im. Floriana Ceynowy: „Zagroda Gburska i Rybacka”

*Historia rodzin z Kartoszyna została pokazana w filmie „Ojcowizna” (I.Engler)

https://kierunekzwiedzania.blog/2017/07/10/lyzka-dziegciu-w-beczce-miodu/

Co łączy Gdańsk z tymi terenami? Opactwo jak  i jezioro to dawna własność cystersów z Oliwy. Wchodzą w skład trzech głównych kompleksów pocysterskich w ramach Pomorskiej Pętli Szlaku Cysterskiego. Szlak ten to część większego szlaku w Polsce. To jak, zwiedzamy?

20180919_154003

Na Szlaku · Warmia Mazury

Dwory i Pałace Dawnych Prus Wschodnich (1.): Kurs traktorzysty i chińska porcelana.

Malownicze drzewa u skraju drogi, w gęstej zieleni migoczące tafle jezior i ten ożywczy zapach. Jestem na Warmii i Mazurach, jestem w domu. Zamykam tylko okna gdy woń lasu zmienia się w zapach krowiego łajna. Nie umiem jeszcze poradzić sobie z walorami wsi, oto ja – mieszczuch na tygodniowych wczasach. Włączam ulubioną muzykę, śpiewam w głos za Janis Joplin i zatrzymuję się gdy zobaczę coś ciekawego. Deszcz wybija rytm na szybie i wchodzę w ten zapomniany skrawek ziemi. Świat jest wspaniały i mam dostatecznie dużo czasu na zabytki, nic nad komfort samotnych podróży! Auto podskakuje na wyboistych drogach, jadę w podskokach do babci. Łapię tym samym ostatnie dni lata i między rozmowami a babcinymi obiadami urządzam sobie wycieczki po dworach i pałacach dawnych Prus Wschodnich.

drogosze

Jadę przez Parys. Nazwa wsi pięknie mitologiczna. Zatrzymuję się przy kościele, tu wszystkie są do siebie z pozoru podobne. Wysokie mury o kamiennych cokołach z których wyrasta dumna wieża gotyku ceglanego. Kolor mokrego cynobru migocze na horyzoncie. Jasność bielonych tynków i skromna dekoracja architektoniczna na zewnątrz budowli pozwala odnaleźć spokój ducha. Mój najwdzięczniejszy obraz niedzielnych nabożeństw z dzieciństwa, gdy dostawałam pieniążek na tacę, a koleżanki czekały na mnie w odświętnych koszulach przed wejściem. Gdzie podziali się baronii i hrabiowie tutejszych miejsc? Junkier odzyskał wolność i przepadł, a w raz z nim bogactwo dawnych czasów. Obserwuję wieś niedzielnego popołudnia i nie widzę nikogo w wyjściowym stroju, które z pewnością czeka w szafie na ten jeden dzień w tygodniu. Mówiło się: to na niedzielę. Dziś widać niedziela jak każda inna środa czy sobota.  Wiatr zagania pod próg kościoła opadające liście i raczej nic się tu nie wydarzy, pora jechać dalej. W Drogoszach skręcam w lewo zaraz przed przejazdem kolejowym jak nakazała babcia i trafiam na kościół p.w. MB Ostrobramskiej. Spójrzcie na tę kaplicę, to postać dumnego właściciela majątku. Popiersie Bogusława Fryderyka Doenhoffa (in. Dönhoff, Donhoff) wyrzeźbione zostało ręką Johanna Heinricha Meissnera, którego w Gdańsku tak doskonale znamy. Wszystko się plecie i przeplata ciut jesieni, trochę lata.

drogosze1

Tu natomiast wszyscy znają pałac w Drogoszach, to jeden z największych na Mazurach. Babcia opowiadała mi jakim widziała go po wojnie. Sandra jaki był piękny! – mówiła. A później zrobili tam kurs traktorzysty to śmierdziało tylko. Kilka razy z dziadkiem w jakąś wolną niedzielę pojechaliśmy Syrenką obejrzeć pałace i to co zobaczyłam...- zadumała się babcia. –A niech ich piorun trzaśnie, taki piękny pałac zmarnować! A jednak coś z tymi piorunami jest na rzeczy. Korzystam z chwili ciszy i oddzwaniam do koleżankiSandra to Ty? Poznaję po głosie,  słuchaj w mój dom w Gdyni trafił piorun i teraz mamy awarię. Telefon też jakoś nie działa, ale mów – i mówię jej, że tu gdzie jestem,  w Drogoszach przez uderzenie pioruna spaliła się też część pierwszego dworu w końcu XVII wieku. Nie ma żartów, pogoda dalej nienajlepsza. Wszystko się plecie i przeplata nowy pałac, dobre lata.

drogosze1

Deszcz ucichł a ja korzystam z okazji, wychodzę z kryjówki i obchodzę pałac dookoła. Staję na wprost portyku jońskiego. Kolumny to 4 pory roku – życie toczyło się tu przez cały ten czas. Przez 12 miesięcy jak liczba kominków, by ogrzać mieszkańców w 52 pokojach na każdy tydzień z kalendarza. Woalką pajęczyn obrosło 365 okien i rok zatacza koło. Zmieniały się pory roku, gdy z 7 balkonów wróżono pogodę od poniedziałku do niedzieli. Pozmykane puste dziś wnętrza bardzo mnie ciekawią więc sprawdzam odruchowo klamkę, zamknięte. Posprawdzałam okna i szczeliny, dziś nie wejdę. Moje słowo na niedzielę: jeszcze tu wrócę. Pod ryzalitem od strony ogrodu z mokrych ścian w opłakanym stanie odeszła farba. Sama odchodzę bez pożegnania.

SAMSUNG DIGITAL CAMERASAMSUNG DIGITAL CAMERA

Zapłakano gdy podczas pojedynku zginął Stanisław Ernest herbu Dzik, a wraz  z nim zginęła męska linia potomków drogowskich Doenhoffów. Dziś jego postać – marmurowa rzeźba w pałacowym mauzoleum. Mówią, że wspierał króla Augusta II Mocnego z którym uciekła Marianna, jako jego metresa. Zawsze wiedziałam, że kobiety jawią się sprytem i wewnętrzną siłą. Majątek przypadł siostrze Stanisława – Angelice, która wspaniale rozbudowała rezydencję czyniąc z niej niezwykle modne i prężnie działające miejsce. Dziś jej postać – marmurowa rzeźba w pałacowym mauzoleum. Potem przyszła nowa dziedziczka – siostrzenica Angeliki, a w 1945 roku następni i wszystko się zmieniło. Rozgrabili pałac w Drogoszach. Ogołocono wnętrza z arrasów flamandzkich, waz chińskich i sreber z których spijał herbatkę sam  król. Wspaniałe historie ulatują w niepamięć wraz z sypiącym się tynkiem. Nie dasz rady wejść do tej samej rzeki – pisał Heraklit. Guber płynie a jego wspomnienia trafiają do Wielkiej Krainy Jezior. Może i kiedyś wszystko było jak z krainy wymarzonych snów. Dziś pałac stoi pusty. Karety odjechały, sobolowe futro przeżarły mole, daniele pouciekały, a bagnet rozszarpał króla Prus. Fryderyk Wilhelm IV był później reanimowany przez sprawnych konserwatorów zabytków. Kartusz herbowy Doenhoffów zupełnie zdziczał i przepadł. Na wjazd dla karet podjechał Ursus. Wszystko się plecie i przeplata, złoto opada zostaje strata.  

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Posłuchajcie historii o pałacu i samych Drogoszach, którą warto mieć podczas zwiedzania. Radio Olsztyn i program: „Niedziela odkrywców”:  https://ro.com.pl/113519/01113519

 O Drogoszach przypomniała mi wystawa w Muzeum Warmii i Mazur w Olsztynie, zobacz na:  http://muzeum.olsztyn.pl/1687-3392,fotografie-posiadanych-portretow-przedstawicieli-rodu-donhoffow-na-drogoszach-i-friedrichsteinie,18651.html

mapa i kaplica,dwozrec1 SAMSUNG DIGITAL CAMERA

***

Johann Heinrich Meissner działał także w  Gdańsku, jeśli chcesz obejrzeć jego działa to  udaj się na spacer po Starym Mieście i spoglądaj na przedproża. Płaskorzeźby znajdziesz przy ulicy Chlebnickiej, Piwnej i Długim Targu.

 

Muzeum Otwarte · Sztuka to z dzieciakiem

Kolbuszowa

Kolor zielony ma nieskończenie wiele odcieni. Zielono mi w Kolbuszowej. Dojechaliśmy do Parku Etnograficznego Kultury Ludowej. Muzeum otwarte przywitało nas wiosennie i nad wyraz spokojnie. Ogromne rozmiary wiszących na horyzoncie chmur burzowych wcale nie pośpieszają nas ze zwiedzaniem. Zielono mi na skrawku ziemi Rzeszowiaków i Lasowiaków. Prąd ciepłego powietrza unosi się wysoko, rozszerza i ochładza. My chłodzimy się lodami w odcieniu bieli i limonki, bo robi się powoli duszno. Topią się stożki na patyku i maleńkie dziecięce dłonie masz całe w klejącej mazi. Uroczo oblizujesz paluszek po paluszku. Jak konwalie wyglądają kropelki roztopionych lodów na stole. Siedzimy w zabytkowej recepcji z kawiarnią. Przez okno obserwujemy jak idzie noc z deszczowych chmur, pora iść zwiedzać! Wszystko intensywnie pachnie nam soczystą zielenią. Obserwujemy jak ten młody las kołysze się na wietrze. Na Twojej popielatej koszuli pojawiają się pierwsze krople deszczu. Staw jest pełen rechotu żab i unoszącej się nad nim mgły. Chaty już pozamykane, zaglądamy więc przez okna. W chałupie z Wrzaw ma swoją wystawę zabawek nieżyjący już pan Stanisław Naroga. A w jej wnętrzu dawne formy charakterystyczne dla ośrodka z Brzózy Stadnickiej, elementy do tworzenia zabawek i własne nowe formy. W tej ciszy leśnej nie ma zwiedzających, Tylko ja i Ty. Spacerujemy z dziećmi od kapliczki do kapliczki, od paproci do paproci. Do dziś pamiętamy, że było nam w Kolbuszowej jakoś wyjątkowo pięknie, spokojnie i bardzo zielono.

kolbuszowa3kolbuszowa4kolbuszowa1

Musiało minąć trochę czasu jak zaczęto malować zabawki na zielono. Początkowo miały odcień buraczkowo-fioletowy jak zimowe rumieńce na twarzy Marcina Guzego. Wystrugał on raz głowę konia i od tego zaczął się cały korowód zabawek w Brzózie Stadnickiej. Gdy nadchodził okres zimowy i bieda z nudą chętnie zaglądały do okien, Marcin strugał dla wszystkich. Dołączali się do niego sąsiedzi. Uśpione pola nie wymagały opieki, a każdy grosz ze sprzedaży się przyda. Rzeszowiacy nie byli bogaci, nędznie szedł przemysł fabryczny więc w małych chałupach chałupniczo dorabiali chłopi czym się dało. Marcin Guzy koników nie malował, za to miały podstawki na kółkach. Dla starszych wyrabiał fajki zakończone przedstawieniem ludzkiej głowy. Głowę na karku mieli jego następcy, gdy podejrzeli wzory z fabryki zabawek w Leżajsku. Bracia Guzy wraz z siostrą Agnieszką malowali koniki i upiększali je dodatkowo charakterystycznymi czarnymi ciapkami. Wyróżniał ich zabawki także szafranowo – żółty odcień i prosty ornament kwiatowy. Kolekcja wzorów się powiększała. Wytwarzano rozmaitości: łóżeczka i kołyski, kurki dziobiące ziarenka i ptaszki klepotki z ruchomymi skrzydełkami. Popularne w Brzózie Stadnickiej były też pajace na sznurkach i kaczki. Szymon Guzy rzeźbił też duże koniki do karuzeli. Kręciło się w głowie od barw i różności. Wzorów i twórców zabawek przybywało. Założono spółdzielnie, która pozyskiwała od rzemieślników zabawki na sprzedaż. Szybko zakończył się jednak galop sukcesu. Gonitwa za zyskiem obniżyła znacznie jakość produktu i zabawki z Brzózy Stadnickiej poszły na strych. 

kolbuszowakolbuszowa-001

Niemniej jednak w Polsce w odróżnieniu do Zachodu nie istniał przepis cechowy dotyczący zabawkarstwa, co dało pole do rozwoju tej dziedziny. Największy targ zabawek odbywał się na krakowskim Emaus, gdzie w poniedziałek wielkanocny można było kupić barwne cudeńka. Wystawiano tam zabawki od najstarszych znanych form po współczesne autorskie projekty.

DSC08208

Głównym ośrodkiem produkcji stolarskiej na terenach południowo-wschodnich była właśnie Kolbuszowa. Stanowiła centrum ośrodka w którego skład wchodziły liczne wsie i miasteczka. Meble z Kolbuszowej charakteryzowały się prostą bryłą, intarsją geometryczną i roślinną.  Często ornamentyka mebli z Kolbuszowej wskazuje na związki ze sztuką ludową jak wykorzystanie motywu „gwiazdy”. Meble z Kolbuszowej słynęły głównie z integracji funkcji. Jeden mebel potrafił łączyć w sobie trzy rodzaje mebli siedemnastowiecznych: biurko, sekretarzyk, bieliźniarkę. Meble produkowane w Kolbuszowej w inwentarzach są wymieniane jako pierwsze, uznając je za najcenniejsze i piękne. Drugim największym ośrodkiem meblarskim był Gdańsk a wraz z nim jego słynne szafy gdańskie.

 

W niedalekiej odległości od Parku Etnograficznego Kultury Ludowej w Kolbuszowej jest muzeum otwarte w Markowej.

https://wordpress.com/post/kierunekzwiedzania.blog/906

20180808_13540920180808_135433

  • Tadeusz Seweryn „Polskie Zabawki Ludowe”
  • Tekst piosenki „Zielono mi” A. Osieckiej, polecamy wersję K. Nosowskiej czyli N/O Nosowska / Osiecka