Muzeum Otwarte · Sztuka to z dzieciakiem

Czarne wesele

Słowińcy mieszkają wśród bagien. W maju gdy wody gruntowe opadają i drogi stają się przejezdne, do Kluk przybywają weselnicy. Gra kapela ubrana w kaszubskie stroje. W  ostrym odcieniu ultramaryny i czerni podskakują męskie sylwetki tancerzy przy których wirują rozkloszowane spódnice. Na drewnianym parkiecie warkocze małych dziewczynek zataczają koła a młodzi chłopcy wystukują obcasem rytm weselnej melodii. Oto Czarne Wesele. 

kluki1Erna, której imię oznacza bycie stanowczą i upartą płacze pod chatą kreśloną w czarno-białą kratę jak jej życie. Przypomina sobie przygotowania do własnego wesela. Kobiety w kotłach mieszały już strawy dodając do smaku własne tajemnice z zaślubin, suszyły się w słońcu wędzone ryby. Ustroiła nawet chatę polnymi kwiatami. Widzi teraz jak słowińskie duchy znów powracają i zajmują miejsca przy stole na weselną ucztę. Zmiotła widziadła miotłą z progu domu. Miły nie wrócił z morza, a kysz! 

20190503_144114

W drewnianej szafie trzyma strój ślubny i srebrną koronę. Obok leży czepiec mężatki którego raczej nie włoży, częstuje swych adoratorów już tylko czarną polewką. Wiją się kawalerowie obok chaty jak ryby w sieciach splatanych jej dłońmi. Powietrze pachnie jak zwykle słono i mdło o tej porze roku. To zasługa wiosennych wiatrów i drzew majowych. Mężczyźni kopią torf czarny jak jej oczy, obiecują za zamążpójście bursztyn tej ziemi. Czarne złoto jest na opał, daje ciepło w mroźniejsze dni. Erna wyjmuje ślubne odzienie, odświeża je i prasuje. Żelazko z duszą rozgrzewa suknię, starczy jej ciepła do rana. Najchętniej ubrałaby się w białą płachtę jaką noszą tu wdowy, wyglądałaby jak ta jabłoń za oknem, która ma więcej szczęścia niż ona. Znów obrodzi tego roku. Wkłada suknie z powrotem do szafy, będzie gotowa gdy wróci.

kluki

W wieczornym zaciszu zsuwa się na kolana i spogląda na fotografię młodzieńca. Zna każdy jej szczegół. Dostojne oblicze marynarza dla Erny jest czymś więcej, to zapach lata na plaży, wiatr muskający jej twarz, sucha i silna dłoń na jej ramieniu. Marzenia o domu krytym trzciną jeziorną, szuwary rozmów i śmiechu. Nie wrócił z morza, przepadł bez słowa. A morze to największy dar choć zasypuje piaskiem ich życie, zabiera do siebie. Erna odmawia pacierze splecione ze wspomnień, jeszcze modli się po kaszubsku, jeszcze nikt jej nie zabronił. Po zimnych nocach nastaje dzień powszedni zakotwiczony w tradycji słowińskiej wspólnoty. Usypią jej dobrzy sąsiedzi czarne sterty torfu pod oknem.

20190503_143200

Czas mija, dziad żniwny dojrzewa, w powietrzu czuć wilgoć zimnych wieczorów i jesień się pyta co lato zrobiło? O tej porze roku węgorze odchodzą do morza, Erna wybiera się w podróż. Idzie posłuchać wydm, dopiero teraz na jesień wędrujące góry zaczynają mówić. Wierzy, że szmery piasków niosą głosy rozbitków. Na wieczór wraca do rybackiej wioski. Kiedyś opuści na zawsze piękno słowińskich chat, zamknie okiennice z wyrytym sercem na przestrzał. Zapamięta dachy kryte mchem i mały cmentarz na skraju wsi, który wyścielił się polnymi kwiatami jak jej dom weselny. Zapamięta Czarne Wesele choć zapomni, że jest z Kluk. 

kluki-002

Dziś Słowińcy i ich dzieci czują się głównie Niemcami. Mało kto przyznaje się do swojego pochodzenia. Kulturę słowińską wyparła szerząca się germanizacja i masowe wysiedlenia. Do tego piach ruchomych wydm zasypuje powoli tereny przez nich zamieszkiwane. Ślady minionej kultury warto odnaleźć na bagnistych terenach rozciągających się wokół jezior Gardno i Łebsko.

*

Muzeum Wsi Słowińskiej w Klukach  znajduje się na terenie Słowińskiego Parku Narodowego. Skansen utworzono w istniejącej już wsi słowińskiej gdzie zachowały się 3 oryginalne domostwa stojące tam od początku istnienia rybackiej wioski. Warto wybrać się na Czarne Wesele czyli najpopularniejszą imprezę organizowaną przez muzeum, nawiązuje ona do dawnej tradycji kopania torfu (zajęcia dziś zabronionego).  Przy okazji można posmakować ręcznie wyrabianego masła czy zobaczyć jak wyglądają klumy, które zakładano koniom by mogły lepiej poruszać się po bagnach.

*

Będąc w Klukach warto zajrzeć do Czołpina gdzie znajduje się malownicza latarnia morska a także zobaczyć wydmy Słowińskiego Parku Narodowego.

kluki1-001

 

Warmia Mazury

Nieudane podróże w czasie

Ta relacja z podróży miała zostać nieopisana, bo tak na prawdę niczego nie udało nam się zobaczyć. Poza błękitem nieba z kleksem czarnej chmary wron, futurystycznym wyglądzie pól z kanciastymi snopkami i miejsc, których już nie ma – nic w tej podróży nas nie zachwyciło. Dwory i pałace zwyczajnie zniknęły lub stały się niedostępne.

Znalazłam jednak dawne wspomnienia rodziny, która niegdyś zamieszkiwała tereny dawnych Prus Wschodnich i ich relację z podróży w te strony. Nasze wyprawy splotły się ze sobą na tym samym odcinku dróg, które często na mapie oznaczone są cieniutką linią umieszczoną między szpalerami drzew. Im, to znaczy „Wickeńczykom” wtedy też nie udało się zbyt wiele zobaczyć. Mimo wszystko relacja hrabiny Adelheid Grafin Eulenburg bazująca na pięknie opisanych wspomnieniach i trosce o los zabytków zainspirowała mnie do opisania naszej wyprawy. Będzie to opowieść o malarstwie Dudy-Gracza, Chopinie i syntezie sztuk. O miejscach których już nie ma i pałacach których nie zobaczysz albo po prostu o niczym.

Duda-Gracz-Chopin-Walc

„Latem 1989 roku pojechaliśmy do Prus Wschodnich, aby pokazać dzieciom i wnukom kraj, w którym ich przodkowie żyli i działali od początku XV wieku aż do ostatniej wojny. Dostępne dla nas jednak były tylko tereny polskie.”

Jest lato 2019 roku. Kolejny raz wybieram się obejrzeć dwory i pałace dawnych Prus Wschodnich. Jest ich tu tak wiele, że spokojnie celujemy palcem na mapie, który odwiedzimy tym razem. Wypadło na miejscowości przy samej granicy polsko – rosyjskiej. Chcemy zobaczyć tam przede wszystkim pałac w Judytach, zahaczając po drodze do innych miejsc. Gdy mijamy maleńki nieuczęszczany wiadukt z poniemieckim napisem wydaje mi się, że wjeżdżamy do końca lata. Niedzielna aura utrzymuje się nad pustymi, uporządkowanymi już polami. Nieocenionym urokiem Warmii i Mazur są pustkowia wydeptanych ścieżek prowadzących w nieznane. Ta trasa nadaję się bardziej na podróż rowerem, autem zbyt szybko umyka nastrój zostawia za sobą tumany kurzu. W tle leci polonez as-dur Chopina. Szybki rytm uderzania w klawisze doskonale współgra z wyboistą drogą. Chopin kojarzy mi się nieodłącznie z wierszem Wandy Chotomskiej i czasem dzieciństwa, gdy jako mała dziewczynka udawałam tancerkę a tata przygrywał mi na pianinie wciąż ten sam chopinowski walc. Jedna melodia, stabilny punkt odniesienia do bramy wspomnień. Furtka otwierająca labirynt pamięci, której kluczem jest zawsze ta sama nuta. Chopin to także Duda-Gracz i wystawa jego malarstwa przepełniona preludiami, mazurkami, nokturnami. Myślę o jego malarstwie i widzę jak za oknem z sierpniowego pola wyłania się ulotna postać stworzona z ogniskowego dymu i babiego lata. Widzę obraz utkany z melodii walca E-dur, cichego wiatru i żółtych kwiatów wrotyczu.

20190811_160706

„Nas, to znaczy „Wickeńczyków” ciągnęło bardzo nad granicę polsko – rosyjską. Mieliśmy nadzieję ujrzeć – choćby z oddali – tamtejszy pałac. Że Wicken (Klimovka) – położone w ściśle odgrodzonej rosyjskiej strefie nadgranicznej – jest niedostępne, oczywiście wiedzieliśmy, ruszyliśmy więc do Szczurkowa. Wokół nas nabrzmiewała cisza. Z rzadka było słychać szum traktorów na polach, gdzieniegdzie widniało kilka niskich domków, zniknął ceglany gotycki kościół. Wreszcie graniczny szlaban, ostrzegawcze napisy, strażnicze wieże. Nasi chłopcy przymierzali się do przeczołgania przez granicę, dopiero wujowi udało się mocą swego autorytetu odwieść ich od tego. Wszędzie las, zdziczała roślinność, zarośla.”

Jak zwykle w takich miejscach tak i tu w Szczurkowie szlaban przywitał nas niepokojem i obcością stref przygranicznych. Stoi tu raptem kilka domów, ich dachy obrosły w bocianie gniazda. Kobieta z maleńkim dzieckiem w wózku wyszła na spacer, zawróciła przy szlabanie i obeszła drugą stroną brukowanej drogi. Czy to nie dziwne tak mieszkać na pograniczu gdy umownym krańcem twojego życia jest metalowa linia, dwukolorowa poprzeczka? A co jeśli chciałoby się iść dalej i dalej? Niedzielna cisza wygrywana miłą etiudą prowadzi nas teraz do Ostrego Barda. Mamy w planie zobaczyć tam cerkiew i jej wyposażenie wykonane przez Jerzego Nowosielskiego. Droga wiedzie wzdłuż granicy usypanej piaskiem. Na miejscu nie udało nam się jednak zobaczyć ikonostasu, zamknięte. Nikt z mieszkańców nie wiedział jak nam pomóc. Msze odbywają się o poranku i jedyny egzemplarz kluczy posiada duchowny z Bartoszyc.

20190811_161153

„Dopiero w Ostrym Bardzie – jak później zdołaliśmy stwierdzić – zarośla się rozrzedzały. Spojrzenie przez lornetkę: tak, to stara aleja prowadząca do naszego pałacu (…) w styczniu 1945 roku uciekali tędy przed Rosjanami w stronę Zalewu ludzie z Wicken (…) Nikt w Ostrym Bardzie nie mógł nam powiedzieć , co się teraz tam dzieje. A pałac?”

Pałac w Judytach jako pierwszy okazał się niedostępny do zwiedzania a co więcej nawet spojrzeć na niego nie było szans. Własność prywatna, obiekt monitorowany ogrodzony wysokim murem – kolejny szlaban. Pani mieszkająca przy samym założeniu skwitowała, że nawet oni, mieszkańcy Judyt nie mają tam wstępu i nikt dawno pałacu nie widział. Szkoda ogromna, bo majątek ma ciekawą historię jak i architekturę. Należał niegdyś do rodziny Kunheim z której Georg Kunheim ożenił się z córką Marcina Lutra – Margarethą. Ślubna biel margaretek usłała im drogę do pałacu, którego miały strzec dwa posągi lwów. Kupiono je w 1889 roku w Paryżu na słynnej wystawie światowej, na którą specjalnie wybudowano wieżę Eiffla! Do majątku należały także pobliskie Liski, gdzie znajduje się stadnina koni. Mijamy ją po drodze, jednak jak wszystko inne także i ona pozostaje dla nas niedostępna do zwiedzania.

20190811_144616prosna20190811_145642

„Prosna – pełna ruchliwego życa, hodowla świń kuzynki Armgard, jej ślub, którego termin ustalono na czas po narodiznach źrebięcia by móc czterokonnym zaprzęgiem pojechać do kościoła. Nasze odwiedziny w przybudówce gdzie wśród ciemnych mebli mieszkała matka z Drogoszy. Siedziała godnie wyprostowana w taki sposób, którego dziś nikt pewnie nie chciałby ani nawet nie potrafiłby naśladować. Od jaśniejszych pokoi pałacu dochodził harmider wnuków (…)” 

Do Prosny zajechałam pełna nadziei. Nastawiałam się na to, że pałac będzie zaniedbany  – jednak nie sadziłam, że ujrzę aż taką ruinę, w końcu należy do osób prywatnych. Ród Eulenburg zarządzał majątkiem przez 450 lat. Przy pomocy miłych pań i ścieżki wiodącej przez ich ogródek zlokalizowaliśmy pozostałości po dawnym założeniu. Zostało nam jedynie minąć zarzęsiony staw, przedrzeć się przez wysokie trawy i jesteśmy na miejscu. Stojący tu niegdyś barokowy pałac był zaledwie preludium do nowego stylu. Po przebudowie majątek zdradzał cechy neogotyku angielskiego, swoją drogą niezwykle modnego w Niemczech. Spełniły się więc marzenia o romantycznym zamku zamieszkałego tam ministra skarbu i wojny – Gotfryda II. Pseudobaszta, formy neogotyckie w drewnianej stolarce okiennej, rozległy park ze starodrzewiem były niewątpliwie ujmujące. Pałac okrzyknięto najpiękniejszą budowlą neogotycką południowych Prus Wschodnich. Teraz zwiedzam zupełnie ogołocone mury, spaceruję po zarysie nieistniejących pomieszczeń i zbieram fragmenty biało-niebieskich kafli, które opadły ze ścian. Wszystko jest takie kruche.

PolonezB-durmłodzieńczy-ŻelazowaWolaWalcEs-durop.18-Słońsk

Podobno Chopin najszczęśliwszy był w Nohant w domu George Sand, nietuzinkowej i bliskiej mu kobiety. Mieszkał tam także jego przyjaciel, znany wszystkim Delacroix. Ta wiejska posiadłość we wspomnieniach malarza opisywana jest jako „dom tonący w zieleni”. Nie tylko w zieleni a także w melodiach wygrywanych na fortepianie jak i barwach z palety artysty. Romantyzm epoki zakorzenił poczucie aby celem sztuki było przenieść duszę w wrażenie. A co jeśli sztuka plastyczna i muzyczna nałożą się na siebie pogłębiając przeżycia? To synteza sztuk, która oznacza różne gatunki wyrażeń spajające się ze sobą by dać nowy twór, przejaw absolutu w postaci zmysłowej. Może więc to synteza sztuk sprawiła, że tak licznie powstawały kompozycje Chopina, uważając jego pobyt w Nohant za najpłodniejszy okres twórczości. Wdzięcznym zestrojeniem barw i instrumentów jest także cykl prac malarskich pt.: Chopinowi Duda-Gracz. Oddanie hołdu kompozytorowi zostało wyrażone w cyklu z lat 1999-2003. Obejmuje 313 dzieł obrazujących 295 utworów, które malarz tworzył z uwzględnieniem zapisanych wypowiedzi kompozytora na ich temat. Całuny tego cyklu symbolizują utwory zaginione.

tumblr_n9qv115nXZ1rktvico1_r1_1280

„Szybkość, z jaką Wicken obróciło się w ruinę, ukazały nam zdjęcia i opowiadania naszego przyjaciela. Wielu z byłych właścicieli wracało już po kilkakroć do swoich ojczystych stron. Z bólem obserwowali, jak szybko dwór czy pałac może ulec zniszczeniu.(…) byłoby wielką stratą, gdyby te siedziby, które częstokroć poświadczają o wielkich osiągnięciach architektury europejskiej i które kiedyś były centrami kultury i rolnictwa, nie zostało tchnięte nowe życie.

Nokturnem B-Flat szumi kolejne pustkowie. Nie udało nam się ujrzeć także ostatniego w tej podróży pałacu znajdującego się w miejscowości Masuny. Już sama tablica miejska wyglądała na dawno zapomnianą, można było się tego spodziewać. Długi czas szukaliśmy choćby śladu ścieżki. Zastąpiły ją cierniste krzewy i bujne pokrzywy. Za nimi wysoko ogrodzone ruiny, szczerbate ściany bez dachu. Jak pokraczne sylwetki duchów ukazał się pałac widmo. Nawet w połowie nie jest zachowany jak na zdjęciu poniżej. Zniknęły podwójne dębowe schody i sztukateria. Zniknęła ornamentalna fasada, dach i okna tego neobarokowego założenia.  Zniknął pałac.

Pałac_w_Masunach

Cykl prac Dudy-Gracza udało mi się obejrzeć w olsztyńskim BWA jak i w Zielonej Bramie w Gdańsku. Szczęściarzem jest ten, kto także trafił na tę wystawę. Jeśli jednak nie miałeś okazji to warto nadrobić zaległości! Każda praca z cyklu nosi tytuł utworu, który można posłuchać w domu. Będą to co prawda okrojone wrażenia ale z pewnością miło spędzicie czas podczas kwarantanny.

Ocalałe srebra z pałacu w Judytach można obejrzeć w Muzeum Warmii i Mazur w Olsztynie. Niezwykle urzekające jest biograficzne muzeum Fryderyka Chopina w Warszawie, zaplanujcie na nie więcej czasu, bo jest czego słuchać! Doskonałe!

O syntezie sztuk, przyjaźni Fryderyka Chopina z francuskim przedstawicielem romantyzmu Eugène Delacroix można poczytać w krótkim artykule Marii Poprzęckiej „Chopin i malarstwo”

prosna1

 

Zdjęcie pałacu w Masunach: M. Jackiewicz-Garniec, M. Garniec, Pałace i dwory dawnych Prus Wschodnich, Olsztyn 2001, s. 178.

Sztuk kilka

Drużka Hucułka

Podróż w góry

Nieco ponad godzinę temu zostawiłyśmy za sobą szarość Iwano-Frankiwska, dawnego Stanisławowa. Do autobusu odprowadziła nas gromada bezpańskich psów błąkających się po terenie niewielkiego dworca. Osowiałe, mizerne stworzenia o sympatycznych pyskach snuły się bez celu, inne wylegiwały się w silnym jak na styczeń słońcu. Roztopniała chlapa kleiła nam się pod nogami. Zimie tej zimy nie było po drodze a nasza podróż w góry ciągnęła się wielkim pustkowiem burej równiny, którą od czasu do czasu przecinały domostwa. Jeśli rok 2020 ma być także rokiem Teodora Axentowicza to nie mogłyśmy go lepiej rozpocząć niż wyprawą na Huculszczyznę. Pomyślałam o tym gdy po godzinie drogi za oknem zaczęły pojawiać się szczyty gór obsypane na ostrych wierzchołkach śniegiem. To był niezwykły widok zwłaszcza dla kogoś kto mieszka przy równym horyzoncie morza. Czułyśmy się więc nieco zawiedzione kiedy kierowca zmienił kierunek wioząc nas teraz w stronę niewielkich zalesionych wzniesień. Podróż mijała w skwarze podkręconej klimatyzacji i nieokreślonym uczuciu niedoczekania. Rozmowa ciągnęła się lekką serpentyną drogi by w końcu przyznać, że gorące powietrze wypełnia wnętrze busa tak silnie bowiem z zimy w Karpatach zrobił się tu gorący klimat Odessy. Jak pijane z ukropu i jednostajnego kołysania osunęłyśmy się w milczeniu na siedzenia. Na bilecie jako stację docelową miałyśmy Jaremcze, które powitałyśmy ceremonią nakładania na siebie wszystkich warstw zdjętych w podróży. 

20200111_13112320200112_081834

Nad rzeką Prut

Miasteczko położone w dolinie Karpat nad kapryśną rzeką Prut wystroiło się w kolory. Zbliżają się imieniny Melanii, dzień Małanki i tym samym Nowy Rok. Ze sceny dają się słyszeć huculskie śpiewy na głosy, których dźwięk będzie nam kołatał w pamięci jeszcze długo. Wymalowane i wystrojone jak lalki dziewczęta czekają na występ. Nowoczesność ich telefonów miesza się z folklorem barwnych chust. Niezwykła feeria kolorów i dźwięków wybija się na tle sczerniałego zimowego krajobrazu. Wszystko jest tu wyraźne i ostre. Bazary korowodem przyciągają przechodniów i mamią nasze oczy. Nietrudno jest mieć pstro w głowie przy tak licznych stoiskach. Słodkie górskie miody, eliksiry prawdy i zioła na wszystkie dolegliwości w zielono-mętnym odcieniu bylicy piołun. Wełniane skarpety, młode wino, soroczki wyszywanki czy ceramika w huculskie wzory. Kupujemy co się da. Pomiędzy stoiskami na skleconych ławach sprzedawcy wyrobów mają ucztę. Zajadają chleb z grubo krojoną soloną słoniną, którą dla kurażu popijają czystą wódką. Staramy się poskładać ten chaos w jeden ład. Chłopiec zakręcił gwiazdą, ruszyli ze śpiewem na ustach młodzi kolędnicy. Jest gwarno i żwawo, tylko wąwozy jakieś milczące i mroczne.

Huculszczyzna120200111_125017Huculszczyzna2

Wielka sztuka, wyższe góry

„Na wysokiej połoninie…” – jak wieloksiąg Vincenza zaczynał się tytuł krakowskiej wystawy, z której przywiozłam pamiątkę „Drużkę Hucułkę”, barwną reprodukcję pędzla Sichulskiego. Malarz przyjechał w te strony zimą 1904 roku aby zaszyć się w lesie dla odnowy sił witalnych i artystycznych. Huculszczyzna była w tym czasie modnym kierunkiem dla twórców Młodej Polski a zafrapowani chłopomanią artyści znajdowali tu lek na dręczącą ich wówczas dekadencję. I choć w Jaremczy leczono głównie gruźlików to lokalny folklor mógł pocieszyć każdego. Kuracjuszy więc nigdy nie brakowało, pielgrzymkami przybywali urzędnicy ze Lwowa. Pakowali swoje teczki i ruszali opalić poszarzałe od papierzysk twarze. Jeszcze wtedy Jaremcza jako Perła Karpat była popularnym uzdrowiskiem i stały tu wspaniałe wille i pensjonaty. Smutny szkielet jednego z nich można podziwiać przy głównej ulicy Svobody. My za to swobodnie wdychamy czyste górskie powietrze starając się rozszyfrować topografię miasteczka, które wzdłuż na pół przecięte jest torami kolejowymi. Niegdyś ich trasa wiodła przez najsławniejszy kamienny most malowniczo wzniesiony nad rzeką Prut. Miał on wówczas największą rozpiętość łuku w Europie co podziwiać można już wyłącznie na dawnych fotografiach Jaremczy. Rzeka pozostała ta sama, nakropiona co jakiś czas hałaśliwymi wodospadami i spacerem dochodzimy do wodogrzmotu Probiy. Jego mlachitowy odcień jest hipnotyzujący, mroźna woda uderza z hukiem o skały. Góry także o tej porze dnia mają odcień malachitu, dziwny i nawołujący do patrzenia. Mienią się jak upierzenie srok metalicznymi kolorami odbijającymi co jakiś czas jaskrawe promienie słońca. Poza tym wokół czerń uśpionej przyrody i jaskrawe róże na huculskich dywanach.

132f7513d0eec2117ae58a72dd683696.020200111_134456Huculszczyzna

Strzygi

Nawet tej umownej zimy górale ubierają się w baranie kożuchy. Rymarze wystawiają swoje wyroby na straganach, które ciągną się już przeszło kilometr. – Zachodźcie dziewczatka, kupujcie – słyszymy stale nawoływania. Dopiero teraz wchodzimy na niewydeptaną jeszcze ścieżkę, która ma nas doprowadzić do starego cmentarza położonego na skraju miasteczka. Rozpoczyna się nasze prawdziwe randez – vous z górskim krajobrazem. W pewnym momencie zza zakrętu wychodzi kobieta i ciągnie za sobą na sznurku najprawdziwszą kozę. Jest tak samo zdziwiona, że nas widzi jak i my. Poza tym nie ma nikogo, ludzie zeszli się do centrum na festyn. Podobno wiosną na tych wąwozach jest prawdziwy oczopląs barw, jakby Hucułki zdjęły kwieciste chusty z głów i złożyły hołd przyrodzie rozpościerając je na wzgórzach. Jednak o tej porze roku mijamy jedynie kolorowe reklamy zapraszające do zwiedzania konno skał Dobosza. Hucuły – pokraczne choć silne konie ciągną przez cały rok ten majdan. Wieczorami zachodzą do ich stajni leśne strzygi i plączą im grzywy, chowają wtenczas swe dzieci przestraszone góralki. Powiada się, że w wodach Prutu mieszkają Utopce a dawni gospodarze huculskich samotni zmieniają się w Domowiki, które niepocieszone zsyłają na niewinnych mieszkańców Zmory. Więc sadzono wokół domów ochronne ziele podróżnika i zawiązywano dzieciom czerwone wstążeczki.  Nam na horyzoncie majacze za to czerwona tablica gospody „Krym”, która staje się prawdziwym ratunkiem zmęczonego wędrowca. W ofercie znalazły się kibiny i inne smakołyki tradycyjnej tatarskiej kuchni. Siedząc na przedziwnej w swej formie łóżko-ławie przestrzegamy bon-ton tatarskiej kultury. Poprzez Internet oznaczony SlavaUkraini łapiemy kontakt ze światem, który zdaje się być w tym momencie tak bardzo odległy i prosty.

20200226_090832

Medaliony

Przed nami rozciągają się purpurowe góry spowite zmierzchem zmieszane z szarością dymu z kominów. Jakby mgliste języki powoli zjadały ostatnie partie tego słonecznego dnia. Zaczyna się wyścig z czasem, słońce zachodzi dość szybko. W dali na tle śniegowej aury wybijają się huculskie dywany rozwieszone na ścianach osiemnastowiecznej cerkwi. Przesłonięto nimi od zewnątrz drzwi, by mroźne powietrze nie zaglądało do środka. Drewniane wyposażenie pracuje pod wpływem zmian temperatury, czasem słychać jak trzaskają drewniane figury świętych. Kurczą się z zimna i rozluźniają gdy jest gorąco. Wokół cerkiewki jeżą się w śniegu barwne mogiły. Jedne całe złote inne z kutymi krzyżami. Nieco dalej jest grób z huculskim motywem wykładanym mozaiką, a w starej części w kształcie szyszki. Wszystkie skierowane są tablicami w tę samą stronę. Tylko jeden wyrwał się z szeregu i niezgrabnie burzy harmonię układu. Mieszkańcy cmentarza prezentują się en face, często w chustach, koszulach, kapeluszach i serdakach. Zdjęcia są w kolorze, przeważnie na niebieskim tle i czarno-białe. Wyróżnia się wśród nich jeden medalion, którego czerwień haftów i obszerne sznury jarzębinowych korali dają wrażenie kropelki krwi na śniegu. To wizerunkiem młodej Hucułki. 

20200111_15275420200111_153823blog-001

Urokliwość

Oblicze ma pogodne i młode jakby w jej spojrzeniu migały zadziorne chochliki. Jakby te górskie licha grały jej w sercu melodię skocznej kołomyjki. Nie ma w niej cmentarnej powagi i uległości. Widać jeszcze wyblakle jak życie w niej pulsuje i gotuje się czerwienią strojnych korali, które to pewnego razu posypały się w tańcu. Jeden koralik za młodość co w niej tak kipiała wybuchając gorącem wdzięcznego ciepła i śmiechu. Drugi koralik za panieństwo malowane buraczanym różem i czekaniem na wejście w dorosłość. Trzeci koralik za święto Jordanu, za ten ołtarz z lodu co odbijał światło jak jakiś diament. Za tamte marzenia i melodię, która niosła się górskim echem jeszcze hen daleko. Trembity zazwyczaj zimą milczą, żeby nie zbudzić uśpionej przyrody i nie zwabić lawiny nieszczęść. Kręciło się fortuną koło ozdobione kolorowymi chwostami. Czwarty koralik za wspomnienie jak ojciec przywiózł do domu wełniany liżnik. Mówiono się u nich, że każdemu jeden liżnik na całe życie. Piąty koralik za zamążpójście i barwinkowy wianek. Za wesele, toast i za nią jak kwiat piękną i za niego jak się okazało farbowanego lisa. Szósty koralik za ciszę i śmierć zbyt szybką. Przyjeżdżali do niej medycy ale pomogło jak umarłemu kadzidło. A potem były i kadzidła i sroga zima skuta lodem. Tylko Hucułki nie było. I ten liżnik jej dali na ostatnią drogę, szli i śpiewali pieśni żałobne niepodobne do tych sprzed lat. A teraz zobacz ten bezruch, płaszcz topniejącego śniegu obsuwa się z dachu cerkwi. Pierzaste mgły zachodzą od lasu. Złotą niteczką tak pięknie mieni się czerwony ruszcznik, otula święty obrazek. Wszędzie twarze w kamieniu i stepowa cisza. Duch Hucułki znika gdzieś za zieloną świerczyną.

Pogrzeb_huculskiblog-002

Ostatnia wieczerza

Na przystanek Yamna podjechała rozklekotana marszrutka. Chlupnęła pluchą lepiąca się i tak pod nogami. Znów to senne ciepło, gra w radiu tania melodia. Giba się na boki chybocący środek transportu. Kierowca zbyt szybko wchodzi w zakręty serpentynowej drogi. Sam się chyba gdzieś śpieszy, bo pasażerowie przysnęli ukołysani w cieple. Wnętrze busika wyścielono świętymi obrazkami. Z Ostatniej Wieczerzy spoglądają na mnie wyblakłe twarze apostołów. Po co się tak patrzą te niebieskie lica? Kołacze mi w głowie: Leonardo da Vinci, koniec XV wieku, iluzja, Mediolan, bezpowrotnie utracone detale. Dyndają głowy pasażerów i koraliki różańca kierowcy. I wydaje mi się, że właśnie czuję tę podróż, w tej zwykłej marszrutce powszedniej. Nie ilość odwiedzonych miejsc i nie wielkie dzieła tego świata decydują o odczuwania poetyki miejsca. Gdy wysiadałyśmy w centrum miasteczka góry zdążyły już zmienić barwę na atramentowy granat. Na kolację zajadamy lokalną kuleszę i banosz. Wszystko ma tu posmak bryndzy. Obudzimy się rano z widokiem otulonych mglistą pierzynką gór. Licho nie śpi powiadają. Metalowy kogut na jednym z dachów zapieje koślawo melodię o poranku. Ruszymy w dół w dalszą drogę, do Iwano-Frankiwska, do Lwowa, do Gdańska. Czeka tam na nas równy horyzont morza.

20200111_15430020200111_16363720200111_164249

W miasteczku uwagę przykuwa urwisko skalne zwane „Słoń”. Na pierwszym zdjęciu widnieje polska przedwojenna willa. Niektóre z tego typu zabudowań wówczas nazywały się „Warszawianka”, „Morskie Oko”. Oficjalnie w 2006 roku miejscowość Jaremcza zmieniła nazwę na Jaremcze. Huculiści którzy spędzili zimę 1904r. w Karpatach to Fryderyk Pautsch, Kazimierz Sichulski, Władysław Jarocki.
Obraz: „Pogrzeb huculski”  – Teodor Axentowicz

blog-003

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 

 

Uncategorized

Na ul. Karpia w Gdańsku

Fala przygotowań wigilijnych zalewa Gdańsk. Na ulicy Karpia pływa w wannie świąteczna ryba. Całe zastępy chórów zebrały się na Aniołkach i dały koncert. Widziano ich potem jak szli ulicą Do Studzienki. Przy ulicach Gwieździstej i Oriona wyczekują pierwszej gwiazdki. Na ulicy Bajki siwy dziadzio snuje wnuczętom opowieści wigilijne. Głodne wrażeń dzieciaki pożarły w tajemnicy znalezione łakocie. Głowy stracili zwłaszcza Mikołaje, a czeka ich jeszcze dużo pracy. Telewizor chciał dopomóc i zaczął śnieżyć. Na Korzennej pachną cynamonowe wypieki, na Toruńskiej sprzedają pierniki. Ludzie powiadają, że sam Archanioł Michał wyszedł z obrazu Memlinga i skusił się na kilka – tylko do muzeum już nie wrócił! Jego zbroję znaleziono nieopodal na Chmielnej a skrzydła na Piwnej. Nikt jednak nie komentuje tego głośno. Podobno też sam Neptun zszedł z fontanny i z Panienką z okienka poszli w Długą. Nie ma czasu na ich wygłupy! Robotnicy z Robotniczej, straganiarze ze Straganiarskiej, bursztynnicy z Bursztynowej – wszyscy pędzą, wszyscy gnają. Uszka w barszczu nasłuchują: powieś łańcuch, gwiazda wyżej, gdzie jest mak? gdzie jest ryba? Czas już zwolnić, zobacz tylko – śledź kaszubski pod pierzynką, wino dawno się już zgrzało. Lwy usnęły na kwartałach, pod jemiołą ktoś przystanął…

Spokojnych i Zdrowych Świąt! 

20191218_105307

Muzeum Otwarte · Sztuka to z dzieciakiem · Warmia Mazury

Święto ziół i malowane kwiaty

Maj 2016 / Sierpień 2019

Mikołajowi.

Pamiętasz jak wtedy maił się maj? Rozbielony kwiatostanem pejzaż mienił się w słońcu wprawiając w drganie nieprzyzwyczajone jeszcze powieki. Zdmuchnięte dmuchawce unosiły się delikatnie, a było to – pamiętasz? – nasze pierwsze rodzinne zwiedzanie skansenu naznaczone orientalnym motywem z cygańskiego wozu. Bogate chaty przyciągały barwną stolarką okienną i drzwiową. Cieszyły nas wówczas te zielenie, błękity i brązy tak nowe dla zaspanych po zbyt długiej zimie oczu. Delikatność mchu, który pokrywał dach miała w sobie coś baśniowego. Chaty w muzeum mają charakterystyczny dwuspadowy dach z płaskim gzymsem, nierzadko wykończony podłużną dekoracyjną deską na szczycie. Zdobienia o formach geometrycznych i zoomorficznych można było podejrzeć także na skrzyżowanych krańcach wiatrownic nazywanych ŚPAROGAMI. Nie ustępowały im także w swej krasie PAZDURY – zdobione deski umieszczone na szczytach. Drewniany ptak przysiadł i czeka. Ryglowe ściany, żuraw studzienny i domy podcieniowe opowiadają historie Powiśla, Warmii i Mazur a wszystko to znaleźć można w parku etnograficznym w Olsztynku.

Wyniki wyszukiwania dla wyrażenia olsztynek

To nie prawda, że patrząc na obrazy w ramach nie jesteś w stanie poczuć ich zapachu i smaku. Cierpko smakują porzeczki ze stołu holenderskiego malarstwa a wonny i liryczny jest Dziwny Ogród Mehoffera. Mikołaj całkowicie wtopił się w  wiośniany krajobraz. Przybrał postać uroczego chłopca jakby tuż przed chwilą wyszedł z płótna mistrza. Zamiast malw ma garstki dorodnych dmuchawców. Zamieram w tym widoku. Czy do każdej chwili naszego życia jesteśmy w stanie dopasować dzieło sztuki? Idylla dzieciństwa, potęga przyrody – ile będziesz z tego pamiętał syneczku? 

ladne2

Teraz spójrz, meble ludowe przed nami. W drewnianej kołysce tuliła się do snu dziecina. Schowany w posagowej skrzyni welon zamknął na spust stare czasy. Rodzinna szafa i łóżko z podniebziem umila sny po ciężkim dniu pracy. Pod białą pierzyną grzeją się przemarznięte ciała. Z piecowych kafli można poznać smak chleba i wyczytać historie. Za rogiem rośnie pole słoneczników, a ze wsi Słonecznik pochodzi mebel z ornamentem kwiatowym – stylizowane ulubione tulipany i narcyze. Upijamy się w pijalni ziół naparem z bzu, rozmyślając o tym co minęło i co nadchodzi. Celebrujemy ostatnie chwile w trójkę.  Kołysze się we mnie mała dziewczynka, która właśnie rozpoczyna serię podróży po skansenach. Przyjemnym zefirkiem otula nas ta wiosna, tylko nie ma tego złego nad nami, ważka przeleciała nad głową i zniknęła.

DSC01980

W chałupie ze wsi Kaborno jest wystawa istny cud – prezentacja malowanych mebli ludowych. W całym skansenie znaleźć można skrzynie wianne, kredensy, szafy, łóżka z podniebziem, kołyski biegunowe, zydle, kufry. O meblach warmińskich można mówić jako o unikalnych. Utrzymały własny styl, zachowując przy tym w pełni swoją indywidualność. Dekoracje na licach nie przypominają w żaden sposób intarsjowanych i rzeźbionych mebli gdańskich. Ich wzory bliższe są dekoracji malarskiej drewnianych stropów kościelnych.  Elementami wyróżniającymi skrzynie są bogate opracowania architektonicznie i barwnie. Szafy są zazwyczaj 1-2 drzwiowe, złożone przeważnie z 3 części – podstawy, szafy właściwej i gzymsu. Jak i w skrzyniach lico ma zasobną dekorację, malaturę. Przeważają motywy kwiatowe, rzadziej drzewko życia. Szafy mazurskie mają ciekawy gzyms koronujący wzbogacony ornamentem a z Warmii i Powiśla gzyms płaski złożony jedynie z kilku płytek i sim. Są też narożne kredensy – rogale, a każdy egzemplarz jest świadectwem wysokiego poziomu potrzeb estetycznych.

meble20190815_143313meble-001meble-002


Sierpień 2019

W sierpniowe Święto Ziół wracamy do Muzeum Budownictwa Ludowego, zniknęła jednak majowa aura. Dorodne sad i lato w pełni bardziej przypominają ogród ze wspomnianego płótna. Tylko nasz chłopiec wyrósł, pogubił piękne loki. Od samego wejścia można poczuć ziołowy aromat. Napary na spokój ducha, na gorączkę, na krztusiec. Żankiel na rany, robinia akacjowa na nerwy, głóg na ciśnienie. Lubczyk na miłość, tymianek na powodzenie. Ziołowa apteczka i kuchnia. Święcenie zbóż i kwiatów, wianki, suszone bukiety, zielarskie wróżby. Stragany pachnące bochenkami chleba i woda różana. Jałowcowe piwo umila nam wypoczynek na trawie. Kiedyś tu było – pamiętasz? – nasze pierwsze rodzinne zwiedzanie skansenu. 

ladne320190815_120036ladne4-00220190815_12232320190815_140327ladne520190815_143541ladne4-001

W muzeum jest altana parkowa która jest kopią obiektu z pałacu w Judytach 

„DAWNE MEBLE LUDOWE PÓŁNOCNEJ POLSKI”

 

20190815_143516

ochrona · Warmia Mazury

Gdy sen zmorzy

Jest niewielkiej wielkości, ma zaledwie 185×100 mm blachy wyciętej w kształt pięciokątnej tarczy skierowanej ostrzem w dół. Sama tarcza herbowa składa się z błękitnego kwadratu, którego jeden z kątów tworzy ostrze. Nad nim równie błękitny trójkąt. Przestrzeń między nimi jest rozgraniczona po każdej stronie bielą. W górnej części napis: „ZABYTEK CHRONIONY PRAWEM”. Oto pałac w Drogoszach, jedyny zabytek na tym terenie z mauzoleum. Choć w sali balowej nie ma podłogi do tańca, kruszą się dekoracyjne plafony a w kominach wieje tylko wiatr to warto tu zajrzeć. Zapraszam do środka.

drogosze1-010drogosze1-008drogosze1-003drogosze1-001drogosze1-01344265658_486010458551740_2034689152447938560_n44263657_177389733186862_2828368541466492928_ndrogosze1-014drogosze1drogosze1-009

drogosze1-004drogosze1-00544400853_354797658602899_2216306543253520384_ndrogosze1-002

44306309_190860068497106_8706638482748997632_n

W neogotyckiej kaplicy kommemoratywnej spoczywają dawni właściciele majątku. Dziś po ich castrum doloris zostały puste ściany niezamieszkałego pałacu. Przeszywające zimno ciągnie od nieszczelnych okien. W sennej okolicy opuszczonych miasteczek zostali jako jedyni przedstawiciele stanu szlacheckiego. Ich naturalnej wielkości postacie wykonane w białym marmurze mają łagodne oblicza. Jak gdyby sen wieczny przyszedł  na chwilę czy przypadkiem choć trwa już setki lat. Spokojnie oczekujący zmartwychwstania błądzą po salach królestwa niebieskiego. Czasem przyśni im się niefortunny pojedynek czy wizyta zaprzyjaźnionego króla Prus.

W sztuce sepulkralnej epoki gotyku popularne były nagrobki w kształcie tumby wolno stojącej na której ukazywano zmarłego podczas snu co dodawało niezwykłej aury. W renesansie rozwinął się nagrobek przyścienny z czasem piętrowy, gdzie zmarli byli przedstawiani w półśnie jakby przysnęli nad lekturą czy poddali się chwilowym przywidzeniom. Często podparci na jednej ręce w tak zwanej pozie sansovinowskiej. Wyróżnia się także typ nagrobka z postacią klęczącą. Postacie zmarłych ukazywane były jako żywe, pogrążone w modlitwie i żalu. Jest to typ przedstawienia charakterystyczny dla czasów kontrreformacji w 1 poł. XVII wieku. Barokowe nagrobki natomiast zachwycały swym bogactwem barw, symboli i personifikacji po to by w epoce klasycyzmu znów przejść do surowszych form nawiązujących do czasów starożytnych. Ściany kaplicy pałacowej w Drogoszach zdobią dodatkowo epitafia rodziny czyli skromniejsze w swej formie sposoby upamiętniania osoby zmarłej.

44277268_2133729880276346_7323673809599332352_ndrogosze1-015drogosze1-018kaplicadrogosze1-011drogosze1-006.jpg

 

o pałacu w Drogoszach:

https://kierunekzwiedzania.blog/2018/09/28/dwory-i-palace-dawnych-prus-wschodnich-1-kurs-traktorzysty-i-chinska-porcelana/

 

SAMSUNG DIGITAL CAMERA
SAMSUNG DIGITAL CAMERA
Na Szlaku · ochrona · Warmia Mazury

Wdowy, mężatka i przyszła panna młoda

Zjechałam z trasy i podjechałam na tyły dworu żeby na niego popatrzeć. Wiosna dopiero się zaczynała, ktoś łapał pierwsze promienie słońca odpoczywając w ogrodzie. Wtedy obiecałam sobie, że tu wrócę ale już jako gość. Rok później nadarzyła się okazja. Pojawił się wolny pokój i to w piątek trzynastego! Czyżby dzień tak pechowy, że nikt go nie chciał? Nic jednak nie dzieje się przypadkiem, zwłaszcza gdy obchodzi się tego dnia piątą rocznicę ślubu! I tak staliśmy się gośćmi dworu w Dawidach więc marzyć zawsze warto.

20190914_112340

– Dzień dobry. Cisza. Poruszył się królik w klatce. Z kuchni dobiega jakiś szmer, ktoś się tam krząta. Majątek służył kiedyś jako dworek myśliwski, posiadał więc przestronne pomieszczenie do gotowania, oporządzania zwierzyny i wędzarnię. – Dzień dobry – powtarzam i zachodzę głębiej – mieliśmy na dziś rezerwację – mówię. – Ach tak, przepraszam – pani ociera łzy – już, już chwileczkę i zamiast chusteczki używa rękawa – właśnie kroiłam cebulę, jutro mamy tu wesele. Piękną datę wybrali – pomyślałam i uśmiechnęłam się w duchu. Pogoda jak na zamówienie a to przecież pomyślna wróżba. Słońce ciągnie się już ku zachodowi otaczając dwór ciepłym, jesiennym światłem. Obrysowuje kontury stylizowanych mebli a całe wnętrze nabiera przez to wyjątkowego charakteru. Z kuchni unosi się zapach weselnych potraw. Pora odpocząć od zgiełku i dać się ponieść pozytywnym emocjom. Oto dwór wdów, w tym ja – mężatka i przyszła wybranka. Zapowiada się ciekawie. Czy panna młoda ustawiła już ślubne buty na parapecie aby weszło do nich szczęście?

t43t320190914_113537

Pod nogami skrzypią drewniane schody gdy wchodzimy na piętro. Wszystko jest tu zrobione z drewna. Drewniane drzwi, okna, podłogi i meble. W końcu nasza piąta rocznica ślubu też jest drewniana. Dostajemy klucz do pokoju z widokiem na staw i z przestronną łazienką. Chcemy złapać ostatnie promienie słońca wiec nie tracąc czasu udajemy się na spacer malowniczymi wąwozami. Mijamy bogate drzewostany, buki liczące ponad dwieście lat. To dawni strażnicy dworu, pomniki przyrody. W powietrzu wyraźnie czuć jesień, ktoś pali wrześniowe ogniska. Czerwieni się głóg, pola opustoszały, usychają osty i ta cisza jak makiem zasiał. O czym teraz myśli przyszła panna młoda? Co będzie pamiętać z jutrzejszego dnia? Ja przecież pamiętam tak niewiele. Tyle dni już minęło, lat. Uschnął na dobre ślubny bukiet, zamknęłam z pamiątkami urocze ptaszki z korowaja, odłożyłam rusznik na szczęście.

36525336y220190913_182701do pary20190913_185705

Wiatr zwiewa z drzew pożółkłe liście. W spokoju tego miejsca, w zakamarkach sędziwego dworu jesteśmy jak zaczarowani, wszystko nas zachwyca. Z łatwością dobieramy piękne słowa w rozmowach i snujemy historie w salonie przy blasku kominka. W dworze poza nami nie ma innych gości więc za pozwoleniem zwiedzamy wszystkie pokoje. W którym z nich sypiał Wilhelm II z rodziną? Czy opowiadał swej babce, królowej Wiktorii o pobycie tutaj? Przedmioty i detale, wszystko dopracowane. Dopiero jutro dwór ożyje, zjadą się weselnicy jak kiedyś gdy organizowano tu ważne spotkania towarzyskie. Czytam na głos historię tego miejsca: w końcu XV wieku majątek należał do Achatiusa Borcka, a w 1705 roku wdowa po Jerzym Drzewickim sprzedała majątek rodzinie  Dohnów ze Słobit, którzy wznieśli tu dwór… W Dawidach, w  posiadłości o cechach baroku holenderskiego zamieszkiwały samotne kobiety i wdowy z uznanego rodu. Z tego powodu zaczęto dwór nazywać „dworem wdów”. Mam nadzieję, że to żadna mojra ale mimo to przezornie odkładam lekturę. Trzaska ogień w kominku, kolejny łyk wina. Skoro to dwór kobiet niezależnie od ich losu rozmawiały pewnie o miłości. Cisza na stawie, lekko szumi sitowie i głowa.

do pary-004do pary-00720190914_121537do pary-00820190914_120840fds20190913_185503

Szumiało też w miasteczku jak państwo jechali do Dawid. Na piknik i polowanie zbierało się liczne towarzystwo.  Droga ze Słobit wiodła przez piękny pagórkowaty krajobraz, a każdy kto ich widział kłaniał się z szacunkiem. Mężczyźni ściągali czapki czyniąc z nich powitalny gest. Początkowo ruszali do Mikołajek a stamtąd musieli galopem przejechać przez Górski Las, przez bagniska. Z Sęp gdzie droga była już lepsza docierało się prosto do dworku. Pod koniec XIX wieku podczas remontu, który zleconego wybitnemu mistrzowi, postawiono pokaźne piętro i dobudówkę przy wejściu wspartą na  czterech kolumnach. Dziś już jej nie ma. Z zachowanych wspomnień wynika, że na piętrze stał okrągły stół przykryty białym obrusem a do tego zastawiano go owocami i ciastem z kruszonką. Lepiły się dziecięce palce od słodkości, może do dziś ich zjawy zaglądają do łakoci gdy nikt ich nie nasłuchuje? Jutro zjawią się weselni goście i spróbują tortu na zapowiedź słodkiego życia nowożeńców.

do pary-005yutjdo pary-00120190914_12002453520190914_115653do pary-003fdffdfs

Zbudziło nas słońce o wiele łaskawsze od dźwięku budzika. Oświetliło różanecznik i ostatnie w nim kwiaty. Woda w kranie rozgrzewa się pomału. Jakiej pomady używały kobiety? Czy ich pudry pachniały olejkiem różanym? Romantyczna aura dworku wisi w powietrzu, sączymy herbatę kwiatową. Ostatnie spacery i lektura pod altaną z lip, nasłuchiwanie ptasich odgłosów. Ostatnie też śniadanie na zewnątrz w tym sezonie, pożegnanie lata. Panna młoda niedługo założy welon. Czy któraś z dawnych mieszkanek dworu brała też ślub we wrześniu? Gdzie się podziały ich bukiety ślubne z astrów, dalii i kalin? Co się wydarzyło, że tu zamieszkały? Cały ranek chodzą mi po głowie leniwe myśli o nich. O kobietach.  O pannach młodych, żonach i wdowach. Zajadam myśli obszernym ciastem z kremem i kajmakiem. W końcu to nasze pięć lat i jeden dzień a kolejna, szósta rocznica jest przecież cukrowa…

do pary-00920190914_12135920190914_10442820190914_112421

Wrześniowej Pannie Młodej w tym wyjątkowym dniu chciałam życzyć pięknych wspomnień, kolejnych rocznic ślubu i miłości w gestach, słowach i spojrzeniach.

*

Opuszczony dwór w Dawidach uratował od ruiny pan S. Matuszewicz z żoną wykupując go w 1976 roku i pozbywając się chociażby drzew z wnętrza dworu. Wysoki dach mansardowy kładł się do środka.  Dzisiejszy właściciel po gruntownym remoncie umiejętnie stworzył klimat dawnego dworu wcale nie korzystając przy tym z barokowej stylistyki. Na piętrze w korytarzu ustawiono warmińską skrzynię posagową, do której panny młodej należała?

*

o pałacu w Słobitach: https://wordpress.com/post/kierunekzwiedzania.blog/1291

do pary

 

Muzeum Otwarte

W beżowym odcieniu

Na wyspie zamieszkał wiatr. Jeśli coś usłyszysz na tym pustkowiu to z pewnością będzie on. Cicho gra melodie na skrzydłach wiatraków. O wietrznych i nie wiecznych romansach na chwilę. W porywach letnich miłości utrzymuje stałą temperaturę ciał. Unosi tumany beżowego kurzu, buduje z nich miasta.

W sercu surowego krajobrazu jest Ecomuseo, osada. Powstałe z wymarłej wioski siedmiu kamiennych domów. Bielone ściany, czarna koszula i kapelusze. Suchy pejzaż każdego dnia w roku przyodziewa kolor beżowy. Zastygło życie na tej suchej ziemi. Czasem tylko skosztuje ulgi jak z niedzielnego kropidła.

Na podwórzu za rogiem wyrósł aloes. W ocienionym skrawku ziemi Majojero plecie kosze z niedawno kołyszących się na wietrze palm. Spójrz! Ukuł się w palec liściem i pojawiła się czerwona kropla krwi. Tak dziwnie nieprawdziwa w tym beżu.

20190522_13040820190522_135321skansen220190522_13264120190522_132705skansen420190522_133500skansen520190522_14192220190522_13245120190522_13210020190522_132036skansen320190522_141743skansen6

  • camaïeu – termin używany do malowideł, które powstały przy użyciu tylko jednego koloru ale w różnych jego odcieniach.

 

Maj 2019

Ecomuseo La Alcogida

Tefia, Fuerteventura, Hiszpania

Na Szlaku · ochrona · Sztuka to z dzieciakiem · Warmia Mazury

ul. Zamkowa, Orneta

Część 1.:     https://kierunekzwiedzania.blog/2019/06/14/obecnie-w-ruinie/

Desktop2

– Poprosimy dwa razy śmietankowe, płatność kartą  – spełniam obietnicę – Niestety, tylko gotówka. Szlag to….zaklinam w duchu. – O nie  i co teraz? – Mikołaj wykrzywia buzię w grymasie i zaczyna litanię – już nigdy w życiu nie zjemy lodów, nie mamy pieniędzy i nie możemy kupić już niczego, dlaczego dałaś… Dalej nie słucham, zaczynam się rozglądać po rynku. Szyld sklepu spożywczego natrętnie wybija się pod malowniczymi arkadami, idziemy. Oto urocza Orneta, którą czasem widywałam przez okna rozklekotanego i nagrzanego PKS-u. Siedziska wysłane zużytą tkaniną przesiąkniętą dymem popularnych papierosów do tej pory wracają do mnie zapachem, który mogę odtworzyć w pamięci na zawołanie. Jednak widok Ornety był za każdym razem tak samo zachwycający a kwaśny posmak w ustach z powodu krętych tras nie mógł tego zmienić.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

– Te dwa lody i zapłacę kartą – mówię. Pan za mną sapnął zirytowany. Wygląda na to, że nikt tu nie płaci kartą i moje pytanie jest absolutnie nie na miejscu. Jakbym wyrzekła się publicznie jakiejś rytualnej czynności, odrzuciła wielopokoleniową kulturę zakupów a tradycja tkana od pokoleń została przeze mnie przerwana. Tylko widzicie państwo, zazwyczaj się słyszy: nie wydam, no nie wydam! Nie mam! Kartą nie może pani?Od 20 zł – stanowczo stwierdza pani ekspedientka. Jesteśmy gdzieś w tym samym wieku, ale dźwięk jej głosu zagrzmiał tak silnie nad moimi myślami, że rozgonił je raz a dobrze. Robimy więc większe zakupy, a pani wygląda na zadowoloną więc zagaduję: czy jest tu w Ornecie zamek albo był? – staram się przybrać miły i wyluzowany ton żeby absolutnie nie wyczytała z mojej twarzy, że kiedyś uczono mnie o Ornecie tylko niewiele z tego pamiętam – coś mi się kojarzy, że powinien być, ale padł mi telefon, jesteśmy przejazdem…– tłumaczę się i robię minę pt.: „wie pani”. Przez chwilę mam wrażenie, że ekspedientka jest moim profesorem, który dokładnie omawiał zabytki miasteczka ale zapamiętałam tylko dekoracje fasady kościoła, rzygacze o niepokojącym obliczu i jakieś majaki dotyczące zamku i czuję jak płonę ze wstydu. – Zamek hmm ale to daleko, na piechotę to pani nie dojdzie. Ostatni raz to nie pamiętam…może w szkole, mała byłam ale nie, chyba nie mamy – zmieszała się dziewczyna. I kto tu kogo przyłapał? Dzieci dobierają się do lodów, zwykłe rożki ale jak widzę im to nie stanowi różnicy. Zaczepiam zakochaną parkę – czy jest tutaj jakiś zamek? – Zamek? nie wiem ja z Lidzbarka to nie wiem, niech pani kogoś starszego zapyta, bo my to nie wiemy, za młodzi jesteśmy. I właśnie nieświadomie doczepił mi łatkę staruchy, bo w końcu biegam dla rozrywki po zamkach. I proszę, wszyscy narzekają że ludzie w telefony zapatrzeni, ale bez internetu niczego się nie dowiesz. Kogo by tu zaczepić…? Idzie kobiecina, dwie siaty w rękach utrzymujące balans. Kołysze się na opasłych biodrach to w lewo to w prawo. Obraz kobiet się tutaj nie zmienia, tak często wyglądały niektóre mamy i babcie gdy byłam mała. Zaczepić, nie zaczepić? Biedna dźwiga te torby… –Przepraszam panią czy był albo jest tu jakiś zamek? Nie sprawdziłam wcześniej a mam wrażenie… –  kolejny raz wyrzucam z siebie wszystkie słowa. – Nieeee kochana, my tu w Ornecie zamku nie mamy, tylko ten rynek – przerywa. – I nic tu nie ma? – upewniam się. – Już mówiłam, nie mamy. Jakoś nie wierzę, przecież musi coś być. Powerbank odratował mój telefon na tyle, że może dam radę cokolwiek sprawdzić. Pani się dalej zastanawia ale chyba bardziej mi się przygląda. Wpisuję: ORNETA ZAMEK. Pozycja pierwsza: Orneta – średniowieczny zamek biskupi (zniszczony). Pani pyta: o! a gdzie to ma niby być? – Ulica Zamkowa – czytam – to daleko? – Nie, to ta tutaj – wskazuje siatką wypchaną warzywami malowniczą uliczkę obok nas. – Czyli to może w szkole było? – pyta zdziwiona. Faktycznie, szkoła postawiona na fundamentach dawnego zamku, ale w samej szkole widać o tym nie uczyli. Ale jest!

SAMSUNG DIGITAL CAMERASAMSUNG DIGITAL CAMERA

Pięknie. Ta uliczka – kadr z filmu „Wenecja”. Przysiedliśmy na murku, wszystko buduje się tu na pewną nastrojowość. Powolność tygodnia, mieszkańcy, kamieniczki, obdrapane tynki i przy tym wszystkim góruje nad miasteczkiem filmowa atmosfera. Zabytkowa plebania przy kościele gdzie ksiądz zaparza ziele mniszka. Mały domek szachulcowy ze spadzistym dachem, który pamięta stukot słynnych furmanek z lokalnej fabryki. Obdrapany drewniany baranek na fasadzie i legendy o Lilianie pochowane w zakamarkach. Dziś w starej synagodze mieszkają ludzie. Na rynku w barokowej wieżyczce drzemie najstarszy na Warmii dzwon. Powoli zbiera się na deszcz. Najbardziej znane z Ornety są dekoracje fasady. Wiśniówki i zendrówki mienią się gotykiem. Gotyk ceglany miał to do siebie, że dekorację architektoniczną tworzono także z cegieł, które były głównym materiałem budowlanym. Można je podziwiać głównie na elewacjach, a ta z Ornety zasługuje na wyróżnienie. Cegłę można było formować w celach dekoracyjnych już na samym początku. Kościół nie tylko posiada wspaniały fryz ale i kaplice boczne z najeżonymi szczytami. Pamięta wojny i pożary które rzygacze, piękne gargulce, maszkarony opluwały wodą opadową. Przeplatają się wzajemnie stare kamienice i nowi powojenni ich mieszkańcy. Nad dachami snuje się z dymem pewien rodzaj melancholii, smutku post-pokoleń. Kiedyś szły tu cygańskie kolorowe wozy Wajsów, a potem nagrywano „Papuszę”. Oglądam mury szkoły. Wędruję wzrokiem po starych cegłach. Zamek miał nietypowy kształt, nieregularny ze względu na ukształtowanie terenu. Różnił się więc na tle innych założeń krzyżackich na terenie Warmii. A cóż to? Drzewo? Na dachu? I teraz grzmią w uszach słowa profesor Rouby. Profilaktyka! Profilaktyka moi drodzy! Drzewo usadowiło się jak bocian na szczycie. Czas na nas, ruszamy w dalszą podróż. Czy wszyscy tu zapomnieli o ulicy Zamkowej, która zapuszcza korzenie w głąb murów dawnego zamku?

ornetaSAMSUNG DIGITAL CAMERA

Cegły układane są według różnych wątków. Główka – wozówka – główka to typowo polski układ. Ceglana dekoracja może występować także ze względu na wykorzystanie cegieł w różnym stopniu jej wypalania. I tak rozróżniamy np. wiśniówkę o intensywnym czerwonym odcieniu czy zendrówkę wypalaną aż do zeszklenia.

Post-pokolenie to termin który określić można także słowem „postmemory” i opisuje związek jaki „pokolenie po” osobiście zmaga się ze zbiorową i kulturową traumą wcześniejszych pokoleń. Temat często wykorzystywany w sztuce w stosunku do doświadczeń, które nowe pokolenia „pamiętają” tylko dzięki historiom, obrazom i zachowaniom wśród których dorastali. Ale te doświadczenia zostały im przekazane tak głęboko i uczuciowo jakby wydawały się same w sobie wspomnieniami. Dotyczy np. zmiany rzeczywistości pod wpływem Holocaustu i traumy jaką wywołała wojna.

20190705_143410

  • Uliczki i kamienice Ornety posłużyły jako plan filmowy do filmów: „Wenecja”, „Papusza”, „Róża”. Nieopodal leżące Krosno, także można zobaczyć w filmach.

https://kierunekzwiedzania.blog/2019/03/11/dwory-i-palace-dawnych-prus-wschodnich-2-jedzmy-wracajmy/

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

  • kadr z filmu „Papusza” przy pałacu w Słobitach

 

Sztuka to z dzieciakiem · Warmia Mazury

Obecnie w ruinie

I tylko Mikołaj idący krok w krok za mną rozdziawia te swoje oczy, jeśli tylko oczy można rozdziawiać. I ich lodowaty błękit tak mocno mnie przeszywa, że robi mi się nawet niezręcznie. Nie boi się, ale z wielkim niedowierzaniem i niezrozumieniem patrzy na swoją matkę, jakby chciał powiedzieć: mamo co ty do licha robisz? Tylko widocznie czuje, że to nieodpowiednie zdanie dla tak małego chłopca i nie przerywa milczenia. W ciszy przeciskamy się przez wysokie zarośla, czyli ja i dzieci, bowiem za Mikołajem idzie jeszcze jego młodsza siostra. Wyglądamy jak stado gęsi, zwłaszcza że czasem na wyciągniętej szyi wychyli się któraś blond główka, ale głównie giną cali w zieleni. Idziemy zobaczyć z bliska upadek piękna. Już tylko tego należy się spodziewać po pałacu w Słobitach. Może niezbyt trafna rozrywka dla maluchów więc jakoś staram się dodatkowo ich zachęcić barwną historią pałacu, poza tym nie mają nic przeciwko.

Teraz ja wybałuszam oczy z niedowierzania. Przed nami najwybitniejsza realizacja doby baroku na terenie Prus kruszy się w oczach. I ogarnia mnie takie uczucie jak przy jedzeniu malin czy agrestu. Początkowo zbierając owoce cały się pokujesz, ale myślisz – przecież warto, pokusa jest silna. Potem cieszysz się ich smakiem choć sama myśl o owocach była wyraźniejsza i przyjemniejsza niż one same. Więc stoimy przed pałacem, obchodzimy go wokół i okazuje się, że jest to widok daleki od tego jakim chcieliśmy go zobaczyć. Czar wspaniałości towarzyszący temu miejscu prysł. A jaki był niegdyś pałac? Przede wszystkim wielkim założeniem pałacowo-parkowym. Majątek należał do rodziny zu Dohna co już mówi samo za siebie. Achacy – syn Piotra przeniósł się z Morąga do Słobit gdzie wybudowano dla nich Nowy Dom. Jego syn Abraham po zdobyciu wyksztalcenia w kilku ośrodkach europejskich wznosi pierwszy pałac w Słobitach w latach 20. XVII wieku zatrudniając przy tym zagranicznych architektów. Stylistyka pałacu nawiazywala do architektury niderlandzkiej. Renesansowe szczyty, plan na kształt spłaszczonej litery H. Ale to co najpiękniejsze miało nadejść nieco później.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAdwory-001

Dzisiejsza Warmia, Mazury to przede wszystkim zamki krzyżackie i biskupie, dawne kościoły ewangelickie, pałace i dwory z niegdyś rozbudowanymi założeniami parkowymi. Magiczne szpalery drzew, aleje i szlaki konne. Sprowadzani tu zagraniczni architekci dawali wyraz wielkiej klasy. Z analizy planów pałacowo – dworskich dawnych Prus Wschodnich można wyróżnić kilka typów założeń. Słobity, Drogosze, Gładysze należące do rodu zu Dohna jak i inne siedziby o wielkim obszarze zdradzają cechy charakterystyczne dla założeń rezydencjonalnych XVIII wieku. Pałac był usytuowany miedzy dziedzińcem a ogrodem przy czym kompleks gospodarczy daleko odsunięty od zespołu. Park i architektura parkowa była tworzona z zamysłem artystycznym. Przy założeniu posiadającym mniejszą ilość obszaru ale wciąż zdradzającym cechy dużych założeń reprezentacyjnych jest typ z dworem wewnątrz parku z wyłącznie którym był związany. Budynki gospodarcze pozostają wciąż oddalone. Jednak najliczniejszy typ założeń dla średniej wielkości obszaru to typ gdzie siedziba została ustawiona między parkiem a zabudowaniami gospodarczymi. Charakterystyczna dla tego układu jest elewacja frontowa zwrócona w kierunku podwórza gospodarczego oddzielona od niego tylko zielenią. Strefa gospodarcza jest tu silnie zaakcentowana. Rozległy park położony z drugiej strony, często związany był z wodą typu staw, rzeka. Zupełnie odrębnym typem są założenia położone nad jeziorem, których układ zależny był od topografii terenu. Co charakterystyczne dla tych założeń to park otaczający jezioro, a rezydencja usytuowana była na wzgórzu blisko wody z otwarciem widokowym w stronę jeziora.

rodzaje planów


Aleksander zu Dohna poświecił się w całości rozbudowie pałacu przekształcając go w reprezentacyjną rezydencje położoną między dziedzińcem i ogrodem. Pałac wkomponowany w rozlegle architektoniczno-krajobrazowe założenie obmyślił francuski architekt Jean Baptista Broebes. Jego projekt dodatkowo przedłużał istniejący pałac galeriami do których dostawiono prostopadłe skrzydła. Ogród w stylu francuskim roztaczał się po południowej stronie. Kamienny most nad prostokątnymi stawami ustawiono na osi fasady. Słobity należały do tzw. pałaców królewskich gdzie monarchowie zatrzymywali się w podroży oddając się odpoczynkowi i zabawie. Pałac posiadał salę balową a także wspaniałe kolekcje dzieł sztuki. W wyniku działań wojennych w 1945 pałac został spalony, obecnie w ruinie. Ostały się pomnikowe lipy sadzone w 1625 roku i resztki pokaźnej kolekcji,  w tym 4 obrazy i trzy cynowe posążki.

o gościach Słobit w tym Wojciechu Kossaku, pięknej Luizie można poczytać w artykule:

https://www.glospasleka.pl/artykuly/na-tropie-skarbow-ksiazat-zu-dohna-w-slo,a,16387.html

SAMSUNG DIGITAL CAMERASAMSUNG DIGITAL CAMERA

Pan, który wskazał nam drogę co  dokładnie oznacza dziurę w płocie i uprzejmie znalazł w zaroślach ślad po dawnej ścieżce, opowiadał że jeszcze jak był małym chłopcem to widać było założenia ogrodowe, stare alejki. – Ale już nic nie ma, rozebrali pozabierali. Jeszcze jak pałac stał, bo teraz to same cegły – opowiada dalej –  to mieszkała tu w Słobitach starsza pani i ona oprowadzała wszystkich. To przyjeżdżali tu do nas i się patrzyli. Teraz nie ma na co się patrzeć droga pani – zakończył. No to spóźniłam się o jakieś 70 lat. Rzeczywiście wielkie nic. Głucha cisza i pustka po kartuszu herbowym. Za fatygę wskazania drogi życzy sobie zapłaty, co okazuje się w dobie kart dla mnie zbyt wiele. Przetrzepuję portfel i torebkę, do licha żadnej gotówki? Wygrzebuję z kieszeni Mikołaja jakieś monety które miał odłożone na lody. Wręczam panu mniej niż równowartość czterech złotych zapewniając o mojej dozgonnej wdzięczności i życzę miłego dnia. Mikołaj tylko kręci oczami, nie wiem czy na myśl o potencjalnej stracie ulubionego deseru czy moich pokracznych formach wdzięczności i niskiej zapłacie. Potem mu powiem, że to było konieczne a lody z pewnością zjemy w Ornecie.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 

Niedaleko znajduje się również zabytkowa stacja kolejowa Słobity, którą na szybko udało nam się wcześniej obejrzeć. Następnie kierujemy się w stronę Ornety zatrzymując w Gładyszach. Tam chcieliśmy zobaczyć pałac, ale akurat trwały przy nim prace remontowe otoczone wysokim płotem. Jedynie co udało nam się uwietrznić to tablice informacyjne i dzisiejszy dom mieszkalny z przeuroczą wieżyczką.

Pałac w Gładyszach także był siedzibą rodową rodziny zu Dohna, którą odziedziczył Christoph – brat Aleksandra. Początkowo będący tam dwór nie spełniał wymogów i właściciel pozostawał na stałe w Morągu. Okoliczności, które sprawiły że zmuszony był do zamieszkania Gładysz sprawiły, że do projektu przebudowy zatrudnił francuskiego architekta Jeana de Bodt. Co ciekawe pracował on przy realizacji Poczdamu. Ukończony pałac świecił przykładem baroku holenderskiego, wyróżniając się detalem architektonicznym i harmonijnym przenikaniem zabudowań z krajobrazem. Malowniczo otoczony sześcioma stawami był piękną rezydencją o wyjątkowej aurze. Następny właściciel Carl Florus zu Dohna zadbał o rokokową sztukaterie i poszerzył koncepcję ogrodu między innymi o chińską herbaciarnię. W okresie letnim w oranżerii chodowano drzewka cytrusowe i jadano posiłki. Robiono tu słynną marmoladę pomarańczową, która kusiła swym smakiem.

Pałac przetrwał wojnę. Zajął go ogień w 1986 roku, dziś w remoncie.

ORNETA: link do wpisu

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 

*dawne zdjęcia pałaców i stacji pochodzą z portalu: https://polska.fotopolska.eu/

* informacje o pałacach z nieocenionej książki:

20190614_174127