Na Szlaku · ochrona · Warmia Mazury

Wdowy, mężatka i przyszła panna młoda

Zjechałam z trasy i podjechałam na tyły dworu żeby na niego popatrzeć. Wiosna dopiero się zaczynała, ktoś łapał pierwsze promienie słońca odpoczywając w ogrodzie. Wtedy obiecałam sobie, że tu wrócę ale już jako gość. Rok później nadarzyła się okazja. Pojawił się wolny pokój i to w piątek trzynastego! Czyżby dzień tak pechowy, że nikt go nie chciał? Nic jednak nie dzieje się przypadkiem, zwłaszcza gdy obchodzi się tego dnia piątą rocznicę ślubu! I tak staliśmy się gośćmi dworu w Dawidach więc marzyć zawsze warto.

20190914_112340

– Dzień dobry. Cisza. Poruszył się królik w klatce. Z kuchni dobiega jakiś szmer, ktoś się tam krząta. Majątek służył kiedyś jako dworek myśliwski, posiadał więc przestronne pomieszczenie do gotowania, oporządzania zwierzyny i wędzarnię. – Dzień dobry – powtarzam i zachodzę głębiej – mieliśmy na dziś rezerwację – mówię. – Ach tak, przepraszam – pani ociera łzy – już, już chwileczkę i zamiast chusteczki używa rękawa – właśnie kroiłam cebulę, jutro mamy tu wesele. Piękną datę wybrali – pomyślałam i uśmiechnęłam się w duchu. Pogoda jak na zamówienie a to przecież pomyślna wróżba. Słońce ciągnie się już ku zachodowi otaczając dwór ciepłym, jesiennym światłem. Obrysowuje kontury stylizowanych mebli a całe wnętrze nabiera przez to wyjątkowego charakteru. Z kuchni unosi się zapach weselnych potraw. Pora odpocząć od zgiełku i dać się ponieść pozytywnym emocjom. Oto dwór wdów, w tym ja – mężatka i przyszła wybranka. Zapowiada się ciekawie. Czy panna młoda ustawiła już ślubne buty na parapecie aby weszło do nich szczęście?

t43t320190914_113537

Pod nogami skrzypią drewniane schody gdy wchodzimy na piętro. Wszystko jest tu zrobione z drewna. Drewniane drzwi, okna, podłogi i meble. W końcu nasza piąta rocznica ślubu też jest drewniana. Dostajemy klucz do pokoju z widokiem na staw i z przestronną łazienką. Chcemy złapać ostatnie promienie słońca wiec nie tracąc czasu udajemy się na spacer malowniczymi wąwozami. Mijamy bogate drzewostany, buki liczące ponad dwieście lat. To dawni strażnicy dworu, pomniki przyrody. W powietrzu wyraźnie czuć jesień, ktoś pali wrześniowe ogniska. Czerwieni się głóg, pola opustoszały, usychają osty i ta cisza jak makiem zasiał. O czym teraz myśli przyszła panna młoda? Co będzie pamiętać z jutrzejszego dnia? Ja przecież pamiętam tak niewiele. Tyle dni już minęło, lat. Uschnął na dobre ślubny bukiet, zamknęłam z pamiątkami urocze ptaszki z korowaja, odłożyłam rusznik na szczęście.

36525336y220190913_182701do pary20190913_185705

Wiatr zwiewa z drzew pożółkłe liście. W spokoju tego miejsca, w zakamarkach sędziwego dworu jesteśmy jak zaczarowani, wszystko nas zachwyca. Z łatwością dobieramy piękne słowa w rozmowach i snujemy historie w salonie przy blasku kominka. W dworze poza nami nie ma innych gości więc za pozwoleniem zwiedzamy wszystkie pokoje. W którym z nich sypiał Wilhelm II z rodziną? Czy opowiadał swej babce, królowej Wiktorii o pobycie tutaj? Przedmioty i detale, wszystko dopracowane. Dopiero jutro dwór ożyje, zjadą się weselnicy jak kiedyś gdy organizowano tu ważne spotkania towarzyskie. Czytam na głos historię tego miejsca: w końcu XV wieku majątek należał do Achatiusa Borcka, a w 1705 roku wdowa po Jerzym Drzewickim sprzedała majątek rodzinie  Dohnów ze Słobit, którzy wznieśli tu dwór… W Dawidach, w  posiadłości o cechach baroku holenderskiego zamieszkiwały samotne kobiety i wdowy z uznanego rodu. Z tego powodu zaczęto dwór nazywać „dworem wdów”. Mam nadzieję, że to żadna mojra ale mimo to przezornie odkładam lekturę. Trzaska ogień w kominku, kolejny łyk wina. Skoro to dwór kobiet niezależnie od ich losu rozmawiały pewnie o miłości. Cisza na stawie, lekko szumi sitowie i głowa.

do pary-004do pary-00720190914_121537do pary-00820190914_120840fds20190913_185503

Szumiało też w miasteczku jak państwo jechali do Dawid. Na piknik i polowanie zbierało się liczne towarzystwo.  Droga ze Słobit wiodła przez piękny pagórkowaty krajobraz, a każdy kto ich widział kłaniał się z szacunkiem. Mężczyźni ściągali czapki czyniąc z nich powitalny gest. Początkowo ruszali do Mikołajek a stamtąd musieli galopem przejechać przez Górski Las, przez bagniska. Z Sęp gdzie droga była już lepsza docierało się prosto do dworku. Pod koniec XIX wieku podczas remontu, który zleconego wybitnemu mistrzowi, postawiono pokaźne piętro i dobudówkę przy wejściu wspartą na  czterech kolumnach. Dziś już jej nie ma. Z zachowanych wspomnień wynika, że na piętrze stał okrągły stół przykryty białym obrusem a do tego zastawiano go owocami i ciastem z kruszonką. Lepiły się dziecięce palce od słodkości, może do dziś ich zjawy zaglądają do łakoci gdy nikt ich nie nasłuchuje? Jutro zjawią się weselni goście i spróbują tortu na zapowiedź słodkiego życia nowożeńców.

do pary-005yutjdo pary-00120190914_12002453520190914_115653do pary-003fdffdfs

Zbudziło nas słońce o wiele łaskawsze od dźwięku budzika. Oświetliło różanecznik i ostatnie w nim kwiaty. Woda w kranie rozgrzewa się pomału. Jakiej pomady używały kobiety? Czy ich pudry pachniały olejkiem różanym? Romantyczna aura dworku wisi w powietrzu, sączymy herbatę kwiatową. Ostatnie spacery i lektura pod altaną z lip, nasłuchiwanie ptasich odgłosów. Ostatnie też śniadanie na zewnątrz w tym sezonie, pożegnanie lata. Panna młoda niedługo założy welon. Czy któraś z dawnych mieszkanek dworu brała też ślub we wrześniu? Gdzie się podziały ich bukiety ślubne z astrów, dalii i kalin? Co się wydarzyło, że tu zamieszkały? Cały ranek chodzą mi po głowie leniwe myśli o nich. O kobietach.  O pannach młodych, żonach i wdowach. Zajadam myśli obszernym ciastem z kremem i kajmakiem. W końcu to nasze pięć lat i jeden dzień a kolejna, szósta rocznica jest przecież cukrowa…

do pary-00920190914_12135920190914_10442820190914_112421

Wrześniowej Pannie Młodej w tym wyjątkowym dniu chciałam życzyć pięknych wspomnień, kolejnych rocznic ślubu i miłości w gestach, słowach i spojrzeniach.

*

Opuszczony dwór w Dawidach uratował od ruiny pan S. Matuszewicz z żoną wykupując go w 1976 roku i pozbywając się chociażby drzew z wnętrza dworu. Wysoki dach mansardowy kładł się do środka.  Dzisiejszy właściciel po gruntownym remoncie umiejętnie stworzył klimat dawnego dworu wcale nie korzystając przy tym z barokowej stylistyki. Na piętrze w korytarzu ustawiono warmińską skrzynię posagową, do której panny młodej należała?

*

o pałacu w Słobitach: https://wordpress.com/post/kierunekzwiedzania.blog/1291

do pary

 

Muzeum Otwarte

W beżowym odcieniu

Na wyspie zamieszkał wiatr. Jeśli coś usłyszysz na tym pustkowiu to z pewnością będzie on. Cicho gra melodie na skrzydłach wiatraków. O wietrznych i nie wiecznych romansach na chwilę. W porywach letnich miłości utrzymuje stałą temperaturę ciał. Unosi tumany beżowego kurzu, buduje z nich miasta.

W sercu surowego krajobrazu jest Ecomuseo, osada. Powstałe z wymarłej wioski siedmiu kamiennych domów. Bielone ściany, czarna koszula i kapelusze. Suchy pejzaż każdego dnia w roku przyodziewa kolor beżowy. Zastygło życie na tej suchej ziemi. Czasem tylko skosztuje ulgi jak z niedzielnego kropidła.

Na podwórzu za rogiem wyrósł aloes. W ocienionym skrawku ziemi Majojero plecie kosze z niedawno kołyszących się na wietrze palm. Spójrz! Ukuł się w palec liściem i pojawiła się czerwona kropla krwi. Tak dziwnie nieprawdziwa w tym beżu.

20190522_13040820190522_135321skansen220190522_13264120190522_132705skansen420190522_133500skansen520190522_14192220190522_13245120190522_13210020190522_132036skansen320190522_141743skansen6

  • camaïeu – termin używany do malowideł, które powstały przy użyciu tylko jednego koloru ale w różnych jego odcieniach.

 

Maj 2019

Ecomuseo La Alcogida

Tefia, Fuerteventura, Hiszpania

Na Szlaku · ochrona · Sztuka to z dzieciakiem · Warmia Mazury

ul. Zamkowa, Orneta

Część 1.:     https://kierunekzwiedzania.blog/2019/06/14/obecnie-w-ruinie/

Desktop2

– Poprosimy dwa razy śmietankowe, płatność kartą  – spełniam obietnicę – Niestety, tylko gotówka. Szlag to….zaklinam w duchu. – O nie  i co teraz? – Mikołaj wykrzywia buzię w grymasie i zaczyna litanię – już nigdy w życiu nie zjemy lodów, nie mamy pieniędzy i nie możemy kupić już niczego, dlaczego dałaś… Dalej nie słucham, zaczynam się rozglądać po rynku. Szyld sklepu spożywczego natrętnie wybija się pod malowniczymi arkadami, idziemy. Oto urocza Orneta, którą czasem widywałam przez okna rozklekotanego i nagrzanego PKS-u. Siedziska wysłane zużytą tkaniną przesiąkniętą dymem popularnych papierosów do tej pory wracają do mnie zapachem, który mogę odtworzyć w pamięci na zawołanie. Jednak widok Ornety był za każdym razem tak samo zachwycający a kwaśny posmak w ustach z powodu krętych tras nie mógł tego zmienić.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

– Te dwa lody i zapłacę kartą – mówię. Pan za mną sapnął zirytowany. Wygląda na to, że nikt tu nie płaci kartą i moje pytanie jest absolutnie nie na miejscu. Jakbym wyrzekła się publicznie jakiejś rytualnej czynności, odrzuciła wielopokoleniową kulturę zakupów a tradycja tkana od pokoleń została przeze mnie przerwana. Tylko widzicie państwo, zazwyczaj się słyszy: nie wydam, no nie wydam! Nie mam! Kartą nie może pani?Od 20 zł – stanowczo stwierdza pani ekspedientka. Jesteśmy gdzieś w tym samym wieku, ale dźwięk jej głosu zagrzmiał tak silnie nad moimi myślami, że rozgonił je raz a dobrze. Robimy więc większe zakupy, a pani wygląda na zadowoloną więc zagaduję: czy jest tu w Ornecie zamek albo był? – staram się przybrać miły i wyluzowany ton żeby absolutnie nie wyczytała z mojej twarzy, że kiedyś uczono mnie o Ornecie tylko niewiele z tego pamiętam – coś mi się kojarzy, że powinien być, ale padł mi telefon, jesteśmy przejazdem…– tłumaczę się i robię minę pt.: „wie pani”. Przez chwilę mam wrażenie, że ekspedientka jest moim profesorem, który dokładnie omawiał zabytki miasteczka ale zapamiętałam tylko dekoracje fasady kościoła, rzygacze o niepokojącym obliczu i jakieś majaki dotyczące zamku i czuję jak płonę ze wstydu. – Zamek hmm ale to daleko, na piechotę to pani nie dojdzie. Ostatni raz to nie pamiętam…może w szkole, mała byłam ale nie, chyba nie mamy – zmieszała się dziewczyna. I kto tu kogo przyłapał? Dzieci dobierają się do lodów, zwykłe rożki ale jak widzę im to nie stanowi różnicy. Zaczepiam zakochaną parkę – czy jest tutaj jakiś zamek? – Zamek? nie wiem ja z Lidzbarka to nie wiem, niech pani kogoś starszego zapyta, bo my to nie wiemy, za młodzi jesteśmy. I właśnie nieświadomie doczepił mi łatkę staruchy, bo w końcu biegam dla rozrywki po zamkach. I proszę, wszyscy narzekają że ludzie w telefony zapatrzeni, ale bez internetu niczego się nie dowiesz. Kogo by tu zaczepić…? Idzie kobiecina, dwie siaty w rękach utrzymujące balans. Kołysze się na opasłych biodrach to w lewo to w prawo. Obraz kobiet się tutaj nie zmienia, tak często wyglądały niektóre mamy i babcie gdy byłam mała. Zaczepić, nie zaczepić? Biedna dźwiga te torby… –Przepraszam panią czy był albo jest tu jakiś zamek? Nie sprawdziłam wcześniej a mam wrażenie… –  kolejny raz wyrzucam z siebie wszystkie słowa. – Nieeee kochana, my tu w Ornecie zamku nie mamy, tylko ten rynek – przerywa. – I nic tu nie ma? – upewniam się. – Już mówiłam, nie mamy. Jakoś nie wierzę, przecież musi coś być. Powerbank odratował mój telefon na tyle, że może dam radę cokolwiek sprawdzić. Pani się dalej zastanawia ale chyba bardziej mi się przygląda. Wpisuję: ORNETA ZAMEK. Pozycja pierwsza: Orneta – średniowieczny zamek biskupi (zniszczony). Pani pyta: o! a gdzie to ma niby być? – Ulica Zamkowa – czytam – to daleko? – Nie, to ta tutaj – wskazuje siatką wypchaną warzywami malowniczą uliczkę obok nas. – Czyli to może w szkole było? – pyta zdziwiona. Faktycznie, szkoła postawiona na fundamentach dawnego zamku, ale w samej szkole widać o tym nie uczyli. Ale jest!

SAMSUNG DIGITAL CAMERASAMSUNG DIGITAL CAMERA

Pięknie. Ta uliczka – kadr z filmu „Wenecja”. Przysiedliśmy na murku, wszystko buduje się tu na pewną nastrojowość. Powolność tygodnia, mieszkańcy, kamieniczki, obdrapane tynki i przy tym wszystkim góruje nad miasteczkiem filmowa atmosfera. Zabytkowa plebania przy kościele gdzie ksiądz zaparza ziele mniszka. Mały domek szachulcowy ze spadzistym dachem, który pamięta stukot słynnych furmanek z lokalnej fabryki. Obdrapany drewniany baranek na fasadzie i legendy o Lilianie pochowane w zakamarkach. Dziś w starej synagodze mieszkają ludzie. Na rynku w barokowej wieżyczce drzemie najstarszy na Warmii dzwon. Powoli zbiera się na deszcz. Najbardziej znane z Ornety są dekoracje fasady. Wiśniówki i zendrówki mienią się gotykiem. Gotyk ceglany miał to do siebie, że dekorację architektoniczną tworzono także z cegieł, które były głównym materiałem budowlanym. Można je podziwiać głównie na elewacjach, a ta z Ornety zasługuje na wyróżnienie. Cegłę można było formować w celach dekoracyjnych już na samym początku. Kościół nie tylko posiada wspaniały fryz ale i kaplice boczne z najeżonymi szczytami. Pamięta wojny i pożary które rzygacze, piękne gargulce, maszkarony opluwały wodą opadową. Przeplatają się wzajemnie stare kamienice i nowi powojenni ich mieszkańcy. Nad dachami snuje się z dymem pewien rodzaj melancholii, smutku post-pokoleń. Kiedyś szły tu cygańskie kolorowe wozy Wajsów, a potem nagrywano „Papuszę”. Oglądam mury szkoły. Wędruję wzrokiem po starych cegłach. Zamek miał nietypowy kształt, nieregularny ze względu na ukształtowanie terenu. Różnił się więc na tle innych założeń krzyżackich na terenie Warmii. A cóż to? Drzewo? Na dachu? I teraz grzmią w uszach słowa profesor Rouby. Profilaktyka! Profilaktyka moi drodzy! Drzewo usadowiło się jak bocian na szczycie. Czas na nas, ruszamy w dalszą podróż. Czy wszyscy tu zapomnieli o ulicy Zamkowej, która zapuszcza korzenie w głąb murów dawnego zamku?

ornetaSAMSUNG DIGITAL CAMERA

Cegły układane są według różnych wątków. Główka – wozówka – główka to typowo polski układ. Ceglana dekoracja może występować także ze względu na wykorzystanie cegieł w różnym stopniu jej wypalania. I tak rozróżniamy np. wiśniówkę o intensywnym czerwonym odcieniu czy zendrówkę wypalaną aż do zeszklenia.

Post-pokolenie to termin który określić można także słowem „postmemory” i opisuje związek jaki „pokolenie po” osobiście zmaga się ze zbiorową i kulturową traumą wcześniejszych pokoleń. Temat często wykorzystywany w sztuce w stosunku do doświadczeń, które nowe pokolenia „pamiętają” tylko dzięki historiom, obrazom i zachowaniom wśród których dorastali. Ale te doświadczenia zostały im przekazane tak głęboko i uczuciowo jakby wydawały się same w sobie wspomnieniami. Dotyczy np. zmiany rzeczywistości pod wpływem Holocaustu i traumy jaką wywołała wojna.

20190705_143410

  • Uliczki i kamienice Ornety posłużyły jako plan filmowy do filmów: „Wenecja”, „Papusza”, „Róża”. Nieopodal leżące Krosno, także można zobaczyć w filmach.

https://kierunekzwiedzania.blog/2019/03/11/dwory-i-palace-dawnych-prus-wschodnich-2-jedzmy-wracajmy/

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

  • kadr z filmu „Papusza” przy pałacu w Słobitach

 

Sztuka to z dzieciakiem · Warmia Mazury

Obecnie w ruinie

I tylko Mikołaj idący krok w krok za mną rozdziawia te swoje oczy, jeśli tylko oczy można rozdziawiać. I ich lodowaty błękit tak mocno mnie przeszywa, że robi mi się nawet niezręcznie. Nie boi się, ale z wielkim niedowierzaniem i niezrozumieniem patrzy na swoją matkę, jakby chciał powiedzieć: mamo co ty do licha robisz? Tylko widocznie czuje, że to nieodpowiednie zdanie dla tak małego chłopca i nie przerywa milczenia. W ciszy przeciskamy się przez wysokie zarośla, czyli ja i dzieci, bowiem za Mikołajem idzie jeszcze jego młodsza siostra. Wyglądamy jak stado gęsi, zwłaszcza że czasem na wyciągniętej szyi wychyli się któraś blond główka, ale głównie giną cali w zieleni. Idziemy zobaczyć z bliska upadek piękna. Już tylko tego należy się spodziewać po pałacu w Słobitach. Może niezbyt trafna rozrywka dla maluchów więc jakoś staram się dodatkowo ich zachęcić barwną historią pałacu, poza tym nie mają nic przeciwko.

Teraz ja wybałuszam oczy z niedowierzania. Przed nami najwybitniejsza realizacja doby baroku na terenie Prus kruszy się w oczach. I ogarnia mnie takie uczucie jak przy jedzeniu malin czy agrestu. Początkowo zbierając owoce cały się pokujesz, ale myślisz – przecież warto, pokusa jest silna. Potem cieszysz się ich smakiem choć sama myśl o owocach była wyraźniejsza i przyjemniejsza niż one same. Więc stoimy przed pałacem, obchodzimy go wokół i okazuje się, że jest to widok daleki od tego jakim chcieliśmy go zobaczyć. Czar wspaniałości towarzyszący temu miejscu prysł. A jaki był niegdyś pałac? Przede wszystkim wielkim założeniem pałacowo-parkowym. Majątek należał do rodziny zu Dohna co już mówi samo za siebie. Achacy – syn Piotra przeniósł się z Morąga do Słobit gdzie wybudowano dla nich Nowy Dom. Jego syn Abraham po zdobyciu wyksztalcenia w kilku ośrodkach europejskich wznosi pierwszy pałac w Słobitach w latach 20. XVII wieku zatrudniając przy tym zagranicznych architektów. Stylistyka pałacu nawiazywala do architektury niderlandzkiej. Renesansowe szczyty, plan na kształt spłaszczonej litery H. Ale to co najpiękniejsze miało nadejść nieco później.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAdwory-001

Dzisiejsza Warmia, Mazury to przede wszystkim zamki krzyżackie i biskupie, dawne kościoły ewangelickie, pałace i dwory z niegdyś rozbudowanymi założeniami parkowymi. Magiczne szpalery drzew, aleje i szlaki konne. Sprowadzani tu zagraniczni architekci dawali wyraz wielkiej klasy. Z analizy planów pałacowo – dworskich dawnych Prus Wschodnich można wyróżnić kilka typów założeń. Słobity, Drogosze, Gładysze należące do rodu zu Dohna jak i inne siedziby o wielkim obszarze zdradzają cechy charakterystyczne dla założeń rezydencjonalnych XVIII wieku. Pałac był usytuowany miedzy dziedzińcem a ogrodem przy czym kompleks gospodarczy daleko odsunięty od zespołu. Park i architektura parkowa była tworzona z zamysłem artystycznym. Przy założeniu posiadającym mniejszą ilość obszaru ale wciąż zdradzającym cechy dużych założeń reprezentacyjnych jest typ z dworem wewnątrz parku z wyłącznie którym był związany. Budynki gospodarcze pozostają wciąż oddalone. Jednak najliczniejszy typ założeń dla średniej wielkości obszaru to typ gdzie siedziba została ustawiona między parkiem a zabudowaniami gospodarczymi. Charakterystyczna dla tego układu jest elewacja frontowa zwrócona w kierunku podwórza gospodarczego oddzielona od niego tylko zielenią. Strefa gospodarcza jest tu silnie zaakcentowana. Rozległy park położony z drugiej strony, często związany był z wodą typu staw, rzeka. Zupełnie odrębnym typem są założenia położone nad jeziorem, których układ zależny był od topografii terenu. Co charakterystyczne dla tych założeń to park otaczający jezioro, a rezydencja usytuowana była na wzgórzu blisko wody z otwarciem widokowym w stronę jeziora.

rodzaje planów


Aleksander zu Dohna poświecił się w całości rozbudowie pałacu przekształcając go w reprezentacyjną rezydencje położoną między dziedzińcem i ogrodem. Pałac wkomponowany w rozlegle architektoniczno-krajobrazowe założenie obmyślił francuski architekt Jean Baptista Broebes. Jego projekt dodatkowo przedłużał istniejący pałac galeriami do których dostawiono prostopadłe skrzydła. Ogród w stylu francuskim roztaczał się po południowej stronie. Kamienny most nad prostokątnymi stawami ustawiono na osi fasady. Słobity należały do tzw. pałaców królewskich gdzie monarchowie zatrzymywali się w podroży oddając się odpoczynkowi i zabawie. Pałac posiadał salę balową a także wspaniałe kolekcje dzieł sztuki. W wyniku działań wojennych w 1945 pałac został spalony, obecnie w ruinie. Ostały się pomnikowe lipy sadzone w 1625 roku i resztki pokaźnej kolekcji,  w tym 4 obrazy i trzy cynowe posążki.

o gościach Słobit w tym Wojciechu Kossaku, pięknej Luizie można poczytać w artykule:

https://www.glospasleka.pl/artykuly/na-tropie-skarbow-ksiazat-zu-dohna-w-slo,a,16387.html

SAMSUNG DIGITAL CAMERASAMSUNG DIGITAL CAMERA

Pan, który wskazał nam drogę co  dokładnie oznacza dziurę w płocie i uprzejmie znalazł w zaroślach ślad po dawnej ścieżce, opowiadał że jeszcze jak był małym chłopcem to widać było założenia ogrodowe, stare alejki. – Ale już nic nie ma, rozebrali pozabierali. Jeszcze jak pałac stał, bo teraz to same cegły – opowiada dalej –  to mieszkała tu w Słobitach starsza pani i ona oprowadzała wszystkich. To przyjeżdżali tu do nas i się patrzyli. Teraz nie ma na co się patrzeć droga pani – zakończył. No to spóźniłam się o jakieś 70 lat. Rzeczywiście wielkie nic. Głucha cisza i pustka po kartuszu herbowym. Za fatygę wskazania drogi życzy sobie zapłaty, co okazuje się w dobie kart dla mnie zbyt wiele. Przetrzepuję portfel i torebkę, do licha żadnej gotówki? Wygrzebuję z kieszeni Mikołaja jakieś monety które miał odłożone na lody. Wręczam panu mniej niż równowartość czterech złotych zapewniając o mojej dozgonnej wdzięczności i życzę miłego dnia. Mikołaj tylko kręci oczami, nie wiem czy na myśl o potencjalnej stracie ulubionego deseru czy moich pokracznych formach wdzięczności i niskiej zapłacie. Potem mu powiem, że to było konieczne a lody z pewnością zjemy w Ornecie.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

 

Niedaleko znajduje się również zabytkowa stacja kolejowa Słobity, którą na szybko udało nam się wcześniej obejrzeć. Następnie kierujemy się w stronę Ornety zatrzymując w Gładyszach. Tam chcieliśmy zobaczyć pałac, ale akurat trwały przy nim prace remontowe otoczone wysokim płotem. Jedynie co udało nam się uwietrznić to tablice informacyjne i dzisiejszy dom mieszkalny z przeuroczą wieżyczką.

Pałac w Gładyszach także był siedzibą rodową rodziny zu Dohna, którą odziedziczył Christoph – brat Aleksandra. Początkowo będący tam dwór nie spełniał wymogów i właściciel pozostawał na stałe w Morągu. Okoliczności, które sprawiły że zmuszony był do zamieszkania Gładysz sprawiły, że do projektu przebudowy zatrudnił francuskiego architekta Jeana de Bodt. Co ciekawe pracował on przy realizacji Poczdamu. Ukończony pałac świecił przykładem baroku holenderskiego, wyróżniając się detalem architektonicznym i harmonijnym przenikaniem zabudowań z krajobrazem. Malowniczo otoczony sześcioma stawami był piękną rezydencją o wyjątkowej aurze. Następny właściciel Carl Florus zu Dohna zadbał o rokokową sztukaterie i poszerzył koncepcję ogrodu między innymi o chińską herbaciarnię. W okresie letnim w oranżerii chodowano drzewka cytrusowe i jadano posiłki. Robiono tu słynną marmoladę pomarańczową, która kusiła swym smakiem.

Pałac przetrwał wojnę. Zajął go ogień w 1986 roku, dziś w remoncie.

ORNETA: link do wpisu

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

 

*dawne zdjęcia pałaców i stacji pochodzą z portalu: https://polska.fotopolska.eu/

* informacje o pałacach z nieocenionej książki:

20190614_174127

 

 

Muzeum Otwarte · Sztuka to z dzieciakiem

Kotyliony i binokle

W spiekocie słońca o smaku słonego masła orzechowego, na wyspie Long Island zaczęła się nasza przygoda w Ameryce. Znaleźliśmy się w czasach przed wojną secesyjną, gdzie farmerzy wyczesują wielkimi grabiami swój skrawek ziemi. Kobiety pieką aromatyczne placki z owocami, przekładając przy tym jabłka z zasłyszanymi nowinkami. Ubrane w drewniane domy miasteczko sprawia urocze wrażenie. Toczy się leniwie czas jak beczka soli opróżniona po sąsiedzku. Z szerokim uśmiechem na ustach witają nas muzealni aktorzy. Wszystko wokół wygląda jak z filmów, które każdy z nas oglądał. Oto Nowy Świat z przełomu XVIII i XIX wieku. Jesteśmy w open air museum w Old Bethpage Village Restoration.  

skansen-001skansen ny blog-001

Kolonialne domy kryte poziomo deskami lub gontem mają wiele odcieni. Brudne róże i czerwienie mieszają się z wyblakłą kukurydzianą żółcią. Szaro-bure drewno wydaje się być w tym upale świetlistą bielą. Mijamy domy wzorowane na stylu pierwszych emigrantów. Mają kształt drewnianych solniczek, z kominem w centralnej części. Nazywane od swojej formy saltbox houses wyróżniają się niską po jednej stronie linią dachową, co wygląda tak jakby dach przyklęknął na jedno kolano. Za okiennicami skrywają się tajemnice rodzinne urządzone w ciemnym drewnie i portrety ojca narodu. Z Holandii przywieziono modę na drzwi o dwóch skrzydłach. Otwiera się na oścież gabinet lekarski do którego prowadzi drewniana weranda z ustawionym na niej fotelem bujanym. Spokojnie kołyszą się kotyliony i flagi gdzie znajdują się dodatkowe atrakcje. Upał zagania nas do zobaczenia ich wszystkich. Skromnie płynie życie w maleńkim domku rybaka, chwiejące się na słonych wodach i lądzie. Wszystko jest tu zależne od przypływów dobrych wrażeń gości skansenu.

37124609_10215953235399650_4222985752947982336_n37082448_10215953208038966_8884701423044919296_n

W domu połączonym ze sklepem można dostać kolorowe łakocie o korzennych i owocowych smakach. Pod szklaną ladą zachwycają kolorowe pudełka z zapałkami, strugane koniki w drewnie i oryginalne karty do gry. Jednak prawdziwe dyskusje rozgrywają się w sklepie obok. Luyster Store to niewielki sklep z około 1850 roku. Wnętrze ginie w ciemni, słońce oświetla jedynie kontury panującego tu nieładu. Powoli nasz wzrok się przyzwyczaja i słuchamy historii sklepikarza, który jak każdy tutaj mówi przy drzwiach otwartych, głośno i śmiało. Właściciel ma krępą posturę i niewielkie binokle na nosie, które co rusz mu się przekrzywiają. Widać źle znosi upały gdyż nerwowo wyciera co chwilę chusteczką mokre czoło. Otwiera swój sklep tylko raz na jakiś czas, nim uda się ponownie w świat. Zbiera przedtem zamówienia i towary na wymianę. Ze swojej podróży przywozi nowe produkty i wieści ze świata. Nie ma jeszcze pieniędzy w obiegu, z ręki do ręki następuje wymiana. Uścisk dłoni potwierdza umowę. Niedługo zaprzęgnie swój wóz i ruszy w świat pozostawiając po sobie tumany kurzu i wyczekiwanie. Miesza nam się rzeczywistość ze scenerią.

skansen37095853_10215953203078842_4621212724041351168_n

Tutaj dżentelmeni noszą eleganckie kapelusze i załatwiają sprawy w dymie cygara. W maleńkim Hat Shop poznaliśmy technikę wykonywania eleganckich nakryć głowy i elementy stroju męskiego za które trzeba było słono zapłacić. Jak z cylindra wyskakuje kolejna atrakcja. W domu po przeciwnej stronie młoda dziewczyna tka wyśpiewując przy tym miłe dla ucha melodie. Jej sprawne palce wyrabiają tkaninę przeplataną wieloma kolorami, w przerwie wyczesuje i barwi bawełnę. Ma także pięknie zaplecione warkocze wokół głowy. Idziemy na farmę, gdzie przeganiamy gąski i podsłuchujemy rozmowy dziewcząt ubranych w stroje z epoki.  Chowają roześmiane twarze pod białymi czepkami a ich letnie rozkloszowane u dołu suknie sprawiają wrażenie dość ciężkich jak na ten upał. Ciężko się już także oddycha, powietrze staje się jak z ołowiu. Łapiemy trochę cienia i patrzymy jak białe pióra gąsek stworzyły niby ukwieconą łąkę. Opuszczając Powell Farm mamy połowę trasy za sobą. Trwają warsztaty dla dzieci, które śmieją się wesoło poganiając koło patykiem. Urocze dziewczynki uczą się tańczyć i haftować. O dawnych zwyczajach dokształca nas surowy nauczyciel w budynku szkoły. Zasiadamy w ławkach i słuchamy opowieści o uczniach będących solą w oku nauczyciela i sposobie nauczania. Wierzono, że dobra chłosta z gałązek brzozy doskonale przyśpiesza nauczanie i łagodzi nazbyt energiczne zachowanie.

37098451_10215953210319023_6902451166991351808_nskansen ny blog

W barze zwanym saloon można zamówić napoje które tylko na chwilę gaszą pragnienie. Na jego piętrze znajduje klub, gdzie wieczorem po przesunięciu ławek rozpoczynają się tańce i serwują piwo brzozowe. Na zabawie wesoło przygrywa lokalny muzyk wygrywając skoczne melodie. Trochę czasu jeszcze upłynie zanim poczują bluesa. Jego gra jest jednak do tańca i różańca. Nazajutrz w niedzielę wszyscy stawią się pięknie ubrani w białym kościele. Z książeczki do nabożeństw wyrecytują kolejne wersety i przyklękną w pokorze na jedno kolano. Do Abrahama na piwo odeszli już dawno mieszkańcy cmentarza położonego na skraju muzeum. My ruszamy na kolejną przygodę tym razem w magicznych Appalachach.

skansen ny blog-00237095113_10215953195758659_8328672401399218176_n

  • W 1963 r. kościół metodystyczny Manetto Hill był pierwszą budowlą, która została zachowana i przeniesiona do skansenu. Obecnie istnieje 51 zabytkowych budynków i siedem rekonstrukcji, teren obejmuje 209 akrów. Budynki są wybierane w oparciu o ich detal architektoniczny i znaczenie historyczne. 

37148068_10215953195358649_1123832223686983680_n

Sztuk kilka · Warmia Mazury

Dwory i Pałace Dawnych Prus Wschodnich (2.): Jedźmy, wracajmy

Przy każdym kroku z podmokłej ziemi jak z nasiąkniętej gąbki sączy się woda. Staram się ominąć wysokie zarośla i jak najbliżej podejść do opuszczonego budynku stacji kolejowej w Drogoszach. Zawsze jest mi szkoda tych niewielkich stacyjek, które popadają w ruinę. Kiedyś musiało być tu gwarno, pociągi przychodziły i odchodziły, ktoś na kogoś czekał. Moi dziadkowie mieli w zwyczaju podporządkowywać się rozkładom jazdy pociągów do tego stopnia, że na pytanie o której przyjdzie babcia, dziadek odpowiadał: będzie z tym o 17:15 albo mówić: pojechał Ełk, zaraz pogoda. Oglądanie prognozy pogody było czymś niezwykle ważnym choć nigdy nie byłam w stanie pojąć dlaczego. Kamienica dziadków stoi tak blisko torów kolejowych, że przy każdym przejeździe pociągu trzęsły się ustawione na białej serwecie filiżanki w kredensie. Wydawały przy tym niezwykły dźwięk przez który bałam się zostawać sama w mieszkaniu. W tym czasie wierzyłam w  duchy, a one miały najwyraźniej odgłos wysokich tonów obijanej się o siebie porcelany, uroczo malowanej w różane wzory. Potem zdjęto częste połączenia i duchy odeszły. Wracam do auta i jadę do Jegławek. W radiu nadają komunikat, że długotrwała i silna ulewa zalewa Gdańsk. Potoki zamiast ulic – mówią, Gdańsk tonie a ja mam szczęście być tu i teraz. Parkuję przed bramą dawnego majątku rodziny Siegfried.

Prawdziwa historia tego miejsca sięga głęboko pod ziemią, w dwupiętrowych piwnicach pałacu o krzyżowych i kolebkowych sklepieniach. Na krzyżackich podwalinach wybudowano neogotycki pałac porośnięty dzikim winem. Przeplata się tutaj  i plącze wiele historii. W zalanych wodą piwnicach po części spełniały się marzenia Marka będące ułudą wymarzonej podróży do Wenecji. Bardzo chciałam tu przyjechać, poczuć  liryczny i senny nastrój końca lata jaki przedstawiono w filmie. Chciałam by oplotły mnie ulubione historie Odojewskiego i zapachy dzieciństwa. Przed oczami mam jednak tylko zwidy i widziadła: zatopioną tekturową Wenecję, gondoliera rozpoczynającego karnawał, odcisk ust matki na kawałku rozbitej szklanki, cyrk SARASSINI i dziecięcą tęsknotę zamkniętą w blaszanym pudełeczku. Nic nie pasuje do dzisiejszego  wyglądu pałacu. Nie ma śladu po zapachu zbutwiałych piwnic i gry świateł na wodzie. To się tutaj nie wydarzyło, sama iluzja-scenariusz a to miejsce ma własną poetykę w dodatku gęsto usianą liliami wodnymi. Ciekawy architektonicznie obiekt z dwiema wieżami, oknami zamkniętymi łukiem Tudorów i ryzalitami wcale mi się nie podoba. Przyglądam mu się ciut zawiedziona. Może te blanki straciły swoją dostojność i wyglądają jak ze snu cukiernika? Może gdy powracano do oryginalnej bieli tynków wybielono obiekt z wszelkich historii tego miejsca? Nie mogę oderwać wzroku od dachówek tak nazbyt nowych i jednolitych. Stała tu niegdyś drewniana ażurowa weranda, serce majątku. Deszcz zmywa ostatnie kadry z pamięci. Za jakiś czas pałac obroście od północy mchem, wiatr przyniesie kurz i pył który na nim osiądzie. Przyjadę może ponownie i poszukam innej, prawdziwej historii tego miejsca. Skrywa się ona gdzieś głęboko pod ziemią, w starych piwnicach ze studnią i w pałacu porośniętym dzikim winem.

20180906_155017

Dziesięć minut drogi dalej, w Skandławkach jest kolejna posiadłości rodziny Siegfried. To dwór w którym zakochujesz się od razu! Jego idealnie dobrane proporcje późnoklasycystycznej architektury sugerują wyjątkowy gust i smak. Parterowy dwór o dwóch kondygnacjach w bocznych ryzalitach, interesujących detalach architektonicznych, do tego na osi od frontu ustawiono czterofilarowy portyk! Gdy podjeżdżam bliżej zaczyna szczekać pies mieszkańców niskiego domu i na próg wychodzi mężczyzna nakazany głośnym krzykiem kobiety sprawdzić kto przyjechał. Jestem pewna, że jest to nie lada wydarzenie na tym odludziu, zwłaszcza tak nudnej i deszczowej niedzieli jak ta. Turist – mówi ze wschodnim akcentem. A turist już przedziera się przez wysokie trawy i znika im z pola widzenia. Chciałabym móc zobaczyć ten dwór w czasach jego świetności. Jest pewna nastrojowość tego miejsca, coś wisi w powietrzu. Wiatr gwiżdże przez wyszczerbione szyby, czy to duchy Gertrudy i Joachima? Może właśnie kosztują herbatę z pięknych filiżanek? Wyważony w proporcjach, z werandą na tyle dwór wygląda dostojnie. Potem doczytam, że wybudowany został na planach sławnego niemieckiego architekta, to widać. Wracam po obejściu budynku mokra i obczepiona ostami od stóp po same włosy. Zdejmuję z siebie kujące rośliny  i przypomina mi się zabawa z dzieciństwa jak obrzucaliśmy się nimi nazywając je psimi rzepami. Teraz myślę, że była to wyjątkowo okrutna zabawa i wsiadam jeszcze w kolcach do auta. Pies szczeka na pożegnanie ale tym razem już nikt nie wyszedł. Ruszam do kolejnego majątku rodziny Siegfried oddalonego o pięć minut drogi stąd, do Kolkiejm.

Dawne założenie dworsko-parkowe jest w opłakanym stanie. Nic ponad piękny fragment mansardowego dachu i przerażającego pustkowia. Oblatuje mnie strach, jestem blisko granicy i żywej duszy tu nie ma. Jest zawsze coś niepokojącego w tych stronach, jakby nigdy i żadne marzenie miało się tu nie spełnić na prawdę, zwłaszcza w taki pochmurny dzień. W starej kamienicy położonej blisko torów czeka na mnie babcia z niedzielnym obiadem i prognozą pogody podaną z ciśnieniem, kierunkiem i prędkością wiatru. Gdańsk zamienił się w Wenecję – mówi zdziwiona…

SAMSUNG DIGITAL CAMERASAMSUNG DIGITAL CAMERASAMSUNG DIGITAL CAMERASAMSUNG DIGITAL CAMERA

*Film w reżyserii Jana Jakuba Kolskiego oparty na opowiadaniu „Sezon w Wenecji”, autorstwa Włodzimierza Odojewskiego nagrywano m.in. w pałacu w Jegławkach

„Tyle lat minęło. Zjeździł pół świata. Tyle krajów, tyle miast, tyle przeróżnych widoków. Ale nigdy nie był naprawdę w Wenecji, choć wielokrotnie w pobliżu. Nie żeby go nie ciągnęła albo nie budziła ciekawości. Może tylko gdzieś w głębi duszy bał się trochę. Nie, nie bardzo wiedział czego. Wiedział natomiast, że czeka go tam gondola wcale nie podobna do ich olbrzymich balii z piwnicy ciotki Weroniki. Więc nie chciał”.

kolkiejmy

Sztuka to z dzieciakiem

Brulion wspomnień

Rozpoczęło się liceum, my pierwszoklasiści staliśmy wężykiem do sekretariatu. W małym korytarzu unosił się zapach olejków do opalania i świeżych koszul. Po prostu nie mogłam  się na nią napatrzeć, wyglądała jak bohaterka z ostatnio przeczytanej książki. Tak sobie ją wyobrażałam. Poruszaliśmy się nieznacznie do przodu, osoba za osobą. Stała kilkanaście kroków przede mną i widziałam ją dopóki szyk nie wymknął się z ładu. Czas się dłuży i nuży w otoczeniu obcych twarzy. Po chwili znów ją widzę i patrzę się na nią co raz już bardziej zaciekawiona. Studiuję jej profil, kolor włosów i gesty. Dziewczyna unika moich spojrzeń i prostuje się odruchowo. Robi mi się nawet głupio, ale nie mogę się powstrzymać. To musi być ona, Beata Bitner z książki Musierowiczowej! – Cześć, jestem Beata – zwraca się tak po prostu bohaterka po przydzieleniu nas do jednej klasy. Świat mi zawirował: BEATA??!! – krzyczę i słyszę ten niestosowny piskliwy dźwięk, który wydobywa się samowolnie z moich ust i tworzy aromat niezręcznej chwili między nami. Pokochałam ją od pierwszego momentu, miłością na trzy lata w jednej ławce, na każdy przedmiot bycia razem i chwile poza murami szkoły. Może to za sprawą „Brulionu Bebe B.”, a może tak po prostu się lubimy. Z falbaniastych spódnic, repertuaru Myslovitz i wcale niewykwintnego wina, które ubywało za starymi murami kamienic wyrosła nasza przyjaźń.

– Beata! – znów krzyczę po latach, ale będziemy miały tu pięknie! Moja towarzyszka, świeżo upieczona matka znosi właśnie wszystkie leżaczki-bujaczki, stosy pampersów i wszelkie urządzenia dzisiejszych niemowląt.  Jej syn gaworzy na potwierdzenie, gdy moje dzieci otoczyły go jak dwa sępy. Pięknie w tych Dębkach, na naszych babskich wczasach! Jest wyjątkowo ciepła połowa września,  miesiąca wrzosów a tu w Dębkach dodatkowo miejsca pamięci profesora Wrzoska. Jest po prostu wspaniale.

P1050133

Nieoceniony klimat po sezonie daje się odczuć na każdym kroku. Pustka, kojąca cisza i ten zapach igliwia. Z miasteczka wszyscy wyjeżdżają, słychać ostatnie postukiwania narzędzi przy zamykanych kramach i bzyczenie os, które garną się do naszych lukrowanych jagodzianek. Nikogo więcej nie ma. Kto nie mieszkał nad morzem ten nie zrozumie widoku zdziwionego dmuchanego krokodyla w sezonie, który zatopiony pod pachą Wczasowicza chce wydać ostatnie tchnienie. Mówią o tym jego szeroko otwarte i mocno wymalowane oczy. Właściciel popularnej zabawki w tych stronach (rzecz jasna dostępnej także w innych wariantach) z racji przebywania w mieście nadmorskim hasa w skąpym przyodzieniu jeszcze daleko poza plażą, wycierając z czoła kropelki potu i  ostatnie krokodyle łzy. Już dawno przestał przejmować się, że w lustrze nie dostrzega dawnego atlety. Jego zręczność i wytrzymałość przełożyły się na łapanie dzieci w locie i pokłady ojcowskiej cierpliwości. Ojciec Wczasowicz przybiera na wakacjach postawę herosa i w geście polskiej gościnności zaprasza całą rodzinę na gofry. Rozpływa się gotówka jak bita śmietana w upale z zaklętymi owocami w żelfixie.  I nas mieszkańców zazdrość zżera nie tylko na myśl o  wakacyjnych, słodkich przyjemnościach. Chodzimy latem do pracy ubrani w stroje spod hasła dress code i savoir-vivre, przedzieramy się przez tłum jako zwykli śmiertelnicy w nadziei, że dziś się nie spóźnimy. Rozpoczynamy sezonową walkę, gdy w tym czasie turyści zaczynają kosztować nadmorskiej ambrozji w postaci piwa podawanego z sokiem malinowym. Dlatego po sezonie jest zdecydowanie najlepiej. Wszyscy są spokojniejsi, zrelaksowani. Biel piasku i błękit wody łagodnie pieści zmysły, pochyłe od wiatru drzewa kłaniają się na dzień dobry. Nic nie mąci surowego nadmorskiego krajobrazu. Delikatnie oblizuję usta sprawdzając czy mają już słony posmak. Lodowata woda rzeki tworzy malowniczą tasiemkę wpadającą do morza. Nie mamy ochoty iść do kolejnego przejścia wiec przechodzimy ją boso. Woda w jednym miejscu sięga zaledwie do kolan.

P1050137debki blogNa początku było tu tak jakby sezon zupełnie miał nie nadejść. Stało tylko kilka chat polskich – kaszubskich i ze trzy niemieckie. Rzeka Piaśnica, wyznaczała granicę państw, miejsce zapomniane i obce. Dziś jeszcze przypomina o niej zrekonstruowany  kamień wersalski ustawiony zaraz za malowniczym mostkiem. Gdy profesor Wrzosek przybył do Dębek musiał przeżyć iście prawdziwy zachwyt, który zaczyna się małym niepokojem gdzieś w głowie, przechodzi lekko w kołatanie serca i swędzenie w koniuszkach palców. To  tu w Dębkach znajdowała się północno-zachodnia granica, gdzie przybywano po symbolicznych zaślubinach Polski z morzem. Wyprawa na sam kraniec kraju ma w sobie coś romantycznego. Wyobrażałam go sobie będąc w Dębkach wiele razy, zazwyczaj oddającego się talasoterapii w pasiastym kostiumie z epoki. Zakręcał od czasu do czasu w zadumie wąsa stojąc nad brzegiem morza, wsłuchiwał się w szum fal, by potem wrócić do swoich naukowych obowiązków. W niedzielne popołudnie jadał słodki poczęstunek udekorowany malinowym bukietem zerwanym prosto z ogrodu pana Grena, którego dom wraz z rodziną zamieszkiwał aż do połowy września.

20180917_143124

Nasza połowa września okazała się nad wyraz piękna i chyba nikt się tego do końca nie spodziewał. Tu przy Piaśnicy, której wody nas nieustannie zachwycały  mieszkał niegdyś rybak Jan Gren, którego niesforna rzeczka skłoniła do sprzedaży ziem i wyprowadzenia się w głąb lądu. Profesor Wrzosek wykupując od niego gospodarstwo dał początek nowej epoce. Rozpoczęło się w Dębkach modne letnisko. Zbliżał się właśnie maj, rok 1922, gdy nadmorską wioskę zaczęli zamieszkiwać kolejni letnicy, głównie towarzystwo lekarskie z Poznania. Stawiali domki letniskowe i wille. Bronisław Niklewski znany fizjolog roślin  wykupił dom pod strzechą i prowadził obserwacje nad fotosyntezą Mikołajka nadmorskiego wdychając przy tym nieskażone niczym powietrze. Państwo Wrzosek założyli w salonie muzeum etnograficzne zbiorów kaszubskich, które z czasem doczekało się nawet własnej siedziby w postaci chaty kaszubskiej. Był to największy na tamte czasy zbór eksponatów. Dziś Dworek państwa Wrzosków stoi odnowiony a dawne kolekcje rozproszyły się wraz z widmem minionych czasów. Na parceli obsadzonej przez profesora drzewami powiewają już tylko przypieczętowane pinezkami strzępy ogłoszeń wynajmu. Kołyszą się niedbale w takt nadmorskiej bryzy wakacyjne oferty kupna i sprzedaży rzeczy wszelakich. Na marne szukać także domku pana Iwaszkiewicza czy pani Hinzowej. Murowana willa Otomańskich zniknęła w skutek wojennych czarów. Zburzono domy, jeden po drugim. Willa Wrzosków została ogołocona z drzwi, okien, futryn, podłóg i pieców. „Daj Boże, aby Dębki wróciły rychło do swego przedwojennego kwitnącego stanu!” – pisał profesor w grudniu 1957 roku.

drogosze120180917_135109

Potrzebę odprawiania mszy w Dębkach jeszcze przed wojną jako pierwsza poruszyła żona prof. Wrzoska. Oddając stodołę na miejsce spotkań, zorganizowała tymczasową kaplicę czynną w sezonie letnim przy współpracy XX. Zmartwychwstańców. Dopiero w 1935 roku powstał w Dębkach piękny kościółek z drzewa modrzewiowego, którego  wystrój zaaranżowali kaszubscy rzeźbiarze. W tym czasie państwo Wrzosek przebudowują także swój dom. Chata rybaka jak za sprawą złotej rybki zmienia się w uroczy dworek. Dawna posiadłość profesora  i kaplica stoją niemalże obok siebie. Niestety dzisiejsze oblicze drewnianej fasady kościoła burzą banery reklamujące wiarę, ukoronowane wielką tarczą plastikowego zegara. Niemniej jednak jest to piękna architektura na planie litery „T” i z podcieniem, którą ktoś potraktował z wielkim nietaktem. Na szczęście Mikołaj zażyczył sobie by coś już zjeść i odgonił mnie od nieestetycznych myśli. Przypomina mi się jeszcze historia zaginionej gipsowej figury Matki Boskiej Morskiej, która miała się tu znajdować. Rzeźba wzbudzała zgorszenie przez delikatne i zwiewne odzienie madonny, oplatające przy tym jej kobiece kształty. Jedno przychodzi na myśl – Afrodyta wychodząca z piany morskiej.

20180918_154729debki blog-001

Padło na rosół, nie ma co ryzykować z wykwintnym podniebieniem mego syna. Rosół to rosół, receptura ta sama od pokoleń i nic nas nie zaskoczy. A jednak Mikołaj pyta patrząc mi w oczy:  mamo co to jest? Pytanie proste, odpowiedź zupa. Nachylam się jednak badawczo nad obiadem. Wkładam łyżkę, mieszam, nabieram zupy i znów wlewam do środka przybierając przy tym minę prawdziwego eksperta. Spektakl zakończony, diagnoza zapadła – to nie jest rosół! Mikołaj zgodnie kiwa głową. Uznałam, że to pomyłka. Zupa jak to się okazało później nazywała się „po sezonie”. Kolor brunatny, ciecz oleista w miarę gęsta, dosolona. Zanim jednak dowiedziałam się co zamówiłam, panie z restauracji zrobiły wielkie oczy dmuchanego krokodyla i dam wiarę, że zastygły bez ruchu. Zegar na kaplicy tyka a tu jakby czas się zatrzymał. Jedna z pań ułożyła nawet usta w dziubek jakby chciała coś powiedzieć ale nic nie mówi, ja też. Cisza po sezonie. Patrzy  się na mnie i widzę jak upodabnia się do ryby namalowanej na obszernym menu. Po chwili mówi, że już właściwie jak wiadomo jest po sezonie. Odstawiam miseczkę i na pocieszenie kupujemy sobie lody, w końcu jesteśmy na wakacjach! Mikołaj jest przeszczęśliwy.

debki blog-002

Kiedyś Dębki zamieszkiwał Józef Kur, dozorca wydm. Pilnował piasku i miał oko na wszystko. Ruchome wydmy znają wiele tajemnic, kryją też skarb skradziony z angielskiego statku. Na wydmach porasta także mikołajek nadmorski, który leczy schorzenia a zakochanym letnikom służy jako afrodyzjak. Stał się też inspiracją do haftu kaszubskiego. Mój Mikołajek w sezonie letnim także zwany dzieckiem nadmorskim buduje zamki z piasku i sprawdza smaki z ostatniej czynnej budki z lodami. Chodzimy po leśnych ścieżkach, zbieramy maliny i odkrywamy zakamarki tego niezwykłego miejsca. Za płotem w gąszczu traw i drzew rysuje się chata rybaka. Dalej jest cicho i pusto. Z wieży widokowej czynnej w sezonie, a po sezonie tylko w wyznaczone dni można obejrzeć panoramę morza. Na plaży przy wejściu oznaczonym „19” zaraz za Rybaczówką stoją żółte, niektóre finezyjnie malowane łodzie rybaków. Opowiadam dzieciom historię rozbitego statku, którego wrak znaleziono tuż obok ujścia Piaśnicy. Angielski żaglowiec, który wyglądał jak ten na którym James Cook opłynął świat wracał ze Sztokholmu. Zerwał się wiatr północno zachodni i silny sztorm zatopił statek wypełniony ładunkami żelaza. Legendy o nim snuli od dawien dawna miejscowi rybacy, których historie przyczyniły się do znalezienia wraku. Żaglowiec General Carleton zatonął we wrześniu 1785 roku.

Jest wyjątkowo ciepła połowa września 2018 roku,  miesiąc kwitnięcia wrzosów.

P1050182P1050172

  • W roku 1995 rozpoczęto badania nad wrakiem zlecone przez Centralne Muzeum Morskie w Gdańsku. W muzeum możemy podziwiać eksponaty wydobyte z wraku statku. Mój ulubiony – kubeczek fajansowy został jak i inne eksponaty oznaczony symbolem W-32. Pięknie zdigitalizowane można obejrzeć na stronie: 

https://kolekcje.nmm.pl/Home/SimpleSearch

Desktop1

 

 

  • Przekrój, nr 3 (3558)/ 17 LATO 2017
  • B. Nikliński założył w 1959 roku rezerwat przyrody „Piaśnickie łąki”
  • Historia profesora Wrzoska i Dębek została opisana na podstawie pamiętników m.in. „Kartka z historii Dębków”, „Wyciąg z Księgi Pamiątkowej XX. Zmartwychwstańców w Dębkach”, „Pamiętnik Adama Wrzoska (1875-1965) i własnych wspomnień z wakacji.
  • Polecamy domki Nemo i Fajne Miejsce, zwłaszcza po sezonie 🙂
  • z Dębek już bardzo blisko do muzeum otwartego Zagroda Gburska i Rybacka / Nadole

https://kierunekzwiedzania.blog/2018/10/09/sledzie-po-kaszubsku-i-atomy/